czwartek, 27 listopada 2014

Skrót za siatkę cz.7 (Beukes, Cejrowski)


Lauren Beukes "Zoo city" (ocena 2/10)
Jak wygląda życie społeczne RPA, każdy widzi z przekazu mediów. Jedna z największych na świecie przestępczości przeciwko życiu i zdrowiu, szczególnie odbijająca się w rzeczywistości Johannesburga i tylko gdybać, czy to skutek zniesienia apartheidu, czy też przyczyna tkwi głębiej, jeszcze w podziałach ukształtowanych segregacją rasową. W każdym razie dla białych nastały tam ciężkie czasy.
Chyba wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom Beukes czyni bohaterką swojej powieści Zinzi December, czarnoskórą dziewczynę z getta Zoo city, dzielnicy Joburga. W świecie przedstawionym powieści Zoo city to degrengolada lokalnego społeczeństwa, gdzie zalęgły się największe wyrzutki, czyli przestępcy obdarzeni .... zwierzakami. Na wzór pullmanowskich dajmon z trylogii "Mroczne materie" zwierzaki w "Zoo city" stygmatyzują w oczach społeczeństwa ich posiadaczy za dokonane przez nich zbrodnie. A dlaczego, Szanowna Autorko, tak się dzieje, skąd te zwierzaki się materializują, bo że są materialne, to oczywisty fakt świata przedstawionego? Bo tak, czytelniku, sobie wymyśliłam, i nic Ci do tego, nie wnikaj, bo Cię tylko głowa rozboli!
Generalnie autorka unika jak ognia odpowiedzi na kontrowersyjne pytania. Jej powieść dosłownie ocieka krwią, brudem, degrengoladą moralną i syfem społecznym, wypisz wymaluj industrialna rzeczywistość współczesnych miast, tymczasem Beukes nie rozważa tego, nie tworzy żadnych wniosków, morału, czegokolwiek. "Zoo city" jest powieścią wewnętrznie pustą, sprowadza się wyłącznie do pomysłu wyjściowego, do którego doczepiony na siłę jest wątek prowadzonego przez Zinzi quasi-śledztwa. Fabuła to głównie przemieszczanie się bohaterki z jednego punktu do drugiego. Bohaterka się nie zmienia, "Zoo city" nie wnosi sobą nie tylko żadnej refleksji, ale nawet ciekawej fabuły. Jest zasyfiały świat przedstawiony, w nim społeczeństwo obdarte ze zdrowych zasad, z moralności, w nim z kolei główna bohaterka i jej kompani z drugiego planu toczą swoje życie pozbawione zasad i moralności. Antyspołeczeństwo i antybohaterzy. Czy zatem powieść z takim światem przedstawionym mogła się skończyć dobrze? Czy w ogóle mogła się skończyć? Zakończenie jest nie tyle słabe, co zwyczajnie go nie ma.
Przed całkowitą degrengoladą ratuje powieść świetny styl Beukes, swoboda w operowaniu językiem, jego stylizacja oraz niektóre ciekawe rozwiązania formalne. Tak więc czyta się dobrze, niestety ze względu na wspomniane braki w kreacji bohaterów i wątkach fabularnych "Zoo city" nie stanowi udanej pozycji.


Wojciech Cejrowski "Wyspa na prerii" (ocena 3/10)


Niewątpliwie WC jest umiejętnym opowiadaczem, nie bez kozery z zainteresowaniem chłonie się jego telewizyjną serię "Boso przez świat", nawet gdy opowiada o takich pierdołach jak potrawy serwowane na statku wycieczkowym po Amazonce. Niemniej w "Wyspie na prerii" przekroczył akceptowalne granice lania wody, tytuł książki powinien raczej brzmieć "Wodolejstwo na prerii". Prawie 3/4 jego dzieła o małym domku na prerii w Arizonie, to obszerne opisy kaktusów, wiatrów, piasku, krzaków, wychodków, kup, blachy, rdzy, termitów, krzeseł, Walmartów, kotów, kojotów, krów, koni, traw i nicnierobienia (jak sam to nazywa WC). O dziwo nie ma nic o rodeo, widocznie WC uznał, że jest mniej ciekawe od wychodków i krzaków. Jakby wodolejstwa było mało WC nie może się powstrzymać i raczy czytelnika swoją ciężkostrawną filozofią życiową oraz błyskotliwymi sucharami, oto jeden z nich: "(..) Krowa nic innego nie je - tylko trawa i trawa popijana wodą i wodą. To oznacza, że rogi, kopyta, skóra, mleko i cała reszta krowy są zrobione z trawy(...) a zatem steki wołowe to sama trawa, co oznacza, że stek to mięso wegetariańskie(...)" Wzorcowy wywód logiczny.

Na szczęście są w "Wodolejstwie na prerii" fragmenty, kiedy to WC odchodzi od fascynacji nicnierobieniem i zaczyna opowiadać o zwyczajach miejscowej społeczności farmerskiej. Zebrałoby się tego na oko kilkadziesiąt stron książki, głównie w ramach tak nazwanej "księgi kopyt". WC kreuje dosyć idylliczną wizję grupy trzymającej się razem, odznaczającej się specyficznym podejściem do zasad współżycia społecznego, żyjących prosto i bez większych ambicji. Z praktycznych przyczyn noszą non stop charakterystyczne kapelusze (oczywiste, że chodzi o nadmiar Słońca), z praktycznych powodów mało mówią, a jak mówią, to półgębkiem i maksymalnie zwięźle (dostający się wszędzie pył prerii, także w otwór gębowy), praktyczne są też przyczyny noszenia broni (węże, kojoty), niesamowicie pragmatyczny ludek. WC jest nimi ewidentnie zafascynowany, ale nie ma dnia bez nocy. Ludzie prerii strzelają bez ostrzeżenia do intruzów, są prostaccy, nieoczytani, o ograniczonych horyzontach myślowych, podział ról społecznych jest tradycyjny i paternalistyczny, a nad tym wszystkim wisi subtelna mgiełka ksenofobii. Społeczeństwo prerii jest społeczeństwem zamkniętym, nieufnie patrzy na obcych, WC dosyć trafnie nazywa je po prostu stadem. Stado rządzi się swoimi wewnętrznymi regułami, stąd dla turysty może i wygląda to egzotycznie, ale jak to wygląda dla jednostki w stadzie? WC nie może mieć o tym zielonego pojęcia, bo raz, że jest bajkopisarzem i większość jego tekstu należy czytać przez kalkę sceptycyzmu, a dwa, przecież nawet z tego, co WC pisze można między wierszami wyczytać, że nie dane mu było i będzie nawet ułamka tajemnic stada, bo zwyczajnie stado go nie przyjęło. Zresztą można do tego podejść logicznie: jeżeli WC wzbudza ogromne kontrowersje w otwartym i mimo wszystko tolerancyjnym kraju jakim jest Polska, to jak mogą go odbierać w Arizonie, skansenie społecznej stagnacji? No chyba że WC jest typowym hipokrytą, w Polsce udaje wielkiego obieżyświata i znawcę kultur, a tam pracuje na zmywaku.
Podsumowując, "Wodolejstwo na prerii" jest dobre, gdy się czyta o ludziach Arizony. W pozostałym zakresie (czyli jakieś 200 stron książki) to ordynarne nabijanie czytelnika w butelkę. 

niedziela, 23 listopada 2014

"Światło cieni" Rafała Dębskiego - przerost formy nad możliwościami autora

Niestety, Rafał Dębski stworzył gniota, "Światło cieni" to słaba i męcząca powieść. Słaba, bo Dębski nie był w stanie wykorzystać potencjału tkwiącego w zaproponowanej przez siebie historii. Męcząca, albowiem "Światło cieni" to 272 stron, z czego 2/3 to dywagacje, dygresje, didaskalia i inne poboczne przemyślenia autora na poziomie swobodnej konwersacji kilku kumpli w przydrożnym barze, które mają się do głównego wątku fabularnego, jak mysz do sera w pułapce. "Światło cieni" to bardziej rozdęta nowelka, niż pełnoprawna powieść, co też znajduje odzwierciedlenie w ubogim wątku fabularnym. Męcząca, bo w "Świetle cieni" Dębski karmi czytelnika chaosem targowiskowych mądrości życiowych, tworząc dzieło niespójne logicznie, koncepcyjnie, fabularnie i nawet ideologicznie (te fatalne wstawki o Bogu, prawie i antropocentryzmie). Wreszcie niestety, gdyż uwielbiam tematykę kosmicznej eksploracji, a w ręku dobrego pisarza "Światło cieni" nie zaliczyłoby tak druzgocącej porażki. Kosmicznej eksploracji tutaj tyle, co w gniotach Paulo Coelho, fabuła mogłaby zostać umiejscowiona w jakimkolwiek miejscu współczesnej Ziemi, i nic by to nie zmieniło, bo akcja toczy się w 99% w zamkniętych pomieszczeniach bazy planetarnej oraz statku kosmicznego, co zresztą sprawia mizerne, kameralne wrażenie. 
Już sam tytuł jest pułapką, którą autor zastawił sam na siebie i w którą wkroczył z pełną samozadowolenia ignorancją. Jeżeli za tytuł powieści obiera się oksymoron, z którego wynika rzucanie światła przez cień (cień - obszar, powierzchnia, zjawisko, jakkolwiek nie spojrzeć, z istoty swej pozbawiony jest światła), to wypadałoby to w mniej lub bardziej bezpośredni sposób wyjaśnić fabularnie. Tytuł sugeruje, że powieściowe "cienie" są źródłem światła rzucanego na inne przedmioty, a nie poboczną istnienia przeszkody dla światła rzucanego z innego źródła. Ok, przyjmijmy za dobrą monetę, że w powieści zostaje wyjaśnione czym/kim są tytułowe "cienie". Ale w takim razie dlaczego nie zostaje przynajmniej zasugerowane czym jest ich światło? Bo tak to mamy efektownie brzmiący pretekst do stworzenia efektownie wyglądającej ilustracji okładkowej, lecz niestety nic ponadto. 
Tyle tytuł, a co z fabułą i bohaterami? Fabuła jest prosta jak drut, odwołuje się do nostalgii za przygodą, eksploracją nieznanych planet i przestrzeni kosmicznej. Aby zachwycić czytelnika autor musi zaproponować coś nowego, jeżeli nie na polu pomysłu, to chociaż własnego stylu i konceptu, w ostateczności kreacji bohaterów. Niestety we wszystkich tych elementach "Światło cieni" leży i kwiczy, padając ofiarą kombinacji kiepskiego warsztatu autora i braku pomysłu na coś więcej niż kilkunastostronicowe opowiadanie. Te drętwe dywagacje, rozważania o życiu, o ludzkości, polityce, prawie i zbiorach porzeczek, na siłę wetknięte przez wszechwiedzącego narratora w głowę płaskiego i irytującego głównego bohatera. Te fatalnie rozpisane, sztuczne i wkurzające dialogi pomiędzy postaciami. Dębski mnoży niezrozumiałe zachowania bohaterów (ludzie wrzeszczą na siebie bez powodu, zachowują się jak stado tokujących głuszców, seks w sumie też jest bez powodu). Ten brak jakiejkolwiek głębszej refleksji kryjący się za filozofią autora, po prostu czuć, że autor nie dość że ma nieciekawy warsztat, to w dodatku ma też niewybijający się ponad przeciętność umysł. Jako czytelnik oczekuję, że przeczytana książka będzie rozrywką, ale także mnie w jakiś sposób rozwinie, autor zaproponuje mi coś nowego, coś od siebie, co mnie wzbogaci, co da mi chociaż taką malutką rzecz, jak satysfakcja z przeczytania dobrego czytadła. Gdyby Dębski skupił się tylko na tym, by napisać znośne czytadło, to zapewne wyszło by znośne czytadło, bo to powinien być szczyt jego ambicji jako pisarza. Tymczasem albo Dębskiego poniosła ambicja albo, co bardziej prawdopodobne, wydawca startujący z nową, hucznie nazwaną ("Horyzonty zdarzeń") i z założenia ambitną serią, zmusił go do stworzenia sztywnego, pretensjonalnego kloca, przerażającego swoją miałkością i rozdętego poza granice cierpliwości czytelnika. Tytułem przykładu przytoczę fragment z końcówki książki. Zbliżamy się do kulminacji powieści, napięcie powinno rosnąć, wyborne tajemnice i skomplikowane zagadki powinny być konsekwentnie rozwiązywane, bohater winien zbliżać do swojego powieściowego przeznaczenia, a tymczasem Autor raczy nas kolejnym, obszernym i całkowicie nic nie wnoszącym do wątku fabularnego, fragmentem "wewnętrznych" przemyśleń komandora Vaybara, jednego z najgorzej rozrysowanych bohaterów współczesnej literatury: "(...) na planetach obiegających Słońce i ich księżycach również wrzała praca, ale górników, robotników i inżynierów traktowano z równym brakiem szacunku jak niższe warstwy społeczne w Grecji. Bez nich i bez twardych kolonistów Federacja nie miałaby racji bytu, tymczasem najwyższą pozycję mieli właśnie próżniacy: politycy, rzesza urzędników państwowych i korporacyjnych, aktorzy, artyści (czyżby autoironia, panie Dębski?), wszelkiej maści kadra kierownicza (jako kadra kierownicza swojej jednoosobowej działalności gospodarczej powinienem to chyba wziąć do siebie, ale jakoś nie mogę się skupić). To oni mieli być kwiatem cywilizacji, pachnącym i skąpanym w ożywczych promieniach, podczas gdy pozostali stanowili zwykły, cuchnący nawóz". Po czym następuje obszerne rozwinięcie idei nawozu. W każdym razie, porażony głębią myśli komandora Vaybara, zmuszony jestem zmienić swoje postępowanie, gdyż niegodne moje życie pachnącego kwiatu cywilizacji, od tej pory będę nawozem!
A wiecie, co jest najlepsze? Wszystko powyżej w niniejszej recenzji napisałem zaledwie po przeczytaniu 2/3 powieści, tak niewiele potrzeba było Autorowi by rozgotować mój mózg. I teraz po skończeniu lektury niczego nie zmieniłem, tylko dorzucę, że nawet zagadka "cieni" poraża wtórnością oraz nielogicznością. Pomysł ten z założenia był zatem nieciekawy, a rozdęty do granic powieści, w połączeniu z nieuzasadnionymi rozwiązaniami fabularnymi, czyni "Światło cieni" wyjątkowo niestrawnym półproduktem. Niestety, panie Autorze, jako fan eksploracyjnej s-f srodze się zawiodłem. Proszę, niech Pan już więcej nie wchodzi do tej rzeki i nie psuje mojego ulubionego gatunku literackiego.
Całość dostaje ode mnie 1,5/10 (za klimatyczną okładkę).

poniedziałek, 3 listopada 2014

Skrót za siatkę cz.6 (Sorokin, Pielewin, Petecki, Averill)


1. Wladimir Sorokin - "Lód" (ocena 2/10), "Bro" (ocena 1/10) "23000" (ocena 1/10) 

Przeczytałem trylogię "Światło i lód" Sorokina i przyznam szczerze, że szkoda mi energii na płodzenie osobnych recenzji dla każdej powieści. "Lód", "Bro" i "23000" zostaną przeze mnie podsumowane krótko i dobitnie - ordynarne wodolejstwo. Zmarnowałem czas, moje astrocyty uległy nieodwołalnemu zidioceniu, a szacunek dla literatury rosyjskiej puka w dno Rowu Mariańskiego od spodu. Sorokin zrobił sobie z czytelników jaja i jeszcze zgarnął za to niezły hajs. 
W zasadzie jedyne, co się broni w trylogii Sorokina, to stylizacja języka. Rosyjski pisarz ma niepodważalną łatwość w pisaniu różnymi stylami, kolokwializmami, dialektami, czy to w pierwszej, czy trzeciej osobie, do tego jest niezłym opowiadaczem. Tylko co z tego, skoro fabularnie historia bractwa światłości leży i kwiczy jak prosię zabijane lodowym młotem.
Ostrzegam wszystkich przed tymi trzema powieściami, sięgnijcie raczej po "Lód" Dukaja, rzecz cięższego kalibru pod kilkoma względami, ale przynajmniej wszystko trzyma się tam kupy i czytelnik ma poczucie obcowania ze świetną literaturą. Trylogia Sorokina zaś to niemożebnie rozwleczona do trzech powieści kupa zbędnych nonsensów, gdzie potencjału wystarczyłoby co najwyżej na pięćdziesięciostronicowe opowiadanie jakiegoś anonimowego debiutanta. Podobno Sorokin to niezły pisarz, ale na razie niaemam na to namacalnych dowodów. 

2. Wiktor Pielewin "Napój ananasowy dla pięknej damy" (ocena 5/10)
Pomimo tego że nie mam zbyt dobrego zdania na temat literatury wschodnioeuropejskiej, to i tak wzięło mnie coś ostatnio  i po Sorokinie sięgnąłem po Pielewina. Z Pielewinem miałem już wcześniej do czynienia za sprawą totalnie pokręconej powieści o tytule "T". Nic wtedy nie zrozumiałem z historii hrabiego T., ale byłem pod wrażeniem wyśmienitej erudycji, ciężarówki świetnych pomysłów fabularnych i ciętego, bogatego języka literackiego. Ostatecznie "T" dostała ode mnie ocenę bardzo dobrą.
Z podobnym nastawieniem przystąpiłem do "Napoju...". Miało być zero głębi, ale mnóstwo zabawy i celnej refleksji nad otaczającym nas światem. I taki produkt otrzymałem. Szkoda, że nic ponadto. Kilka absurdalnych historyjek, opowiedzianych z pozorną powagą, stanowi bardziej prozatorski żart, aniżeli pełnokrwistą powieść ze wspólną myślą przewodnią. Poszczególnych opowieści nie łączy wspólny mianownik, no chyba że za takowy uznać twórczą interpretację sytuacji geopolitycznej Rosji i świata. Jeżeli miałbym wybierać, to najlepszy jest dialog Borysa ze swoimi oprawcami w noweli o sekcie thugów.

3. Bohdan Petecki "Operacja wieczność" (ocena 6/10)
Kilka miesięcy temu wydawnictwo Solaris zaczęło wydawać cykl Archiwum Polskiej Fantastyki. W ramach tej serii pojawiły się nazwiska Peteckiego. Borunia, Żwikiewicza, Białczyńskiego, czy Zajdela. Nie da się ukryć, że było dla mnie sporym zaskoczeniem istnienie innych niż Lem rodzimych twórców s-f epoki PRL. W związku z tym zainteresowałem się tematem i w antykwariatach wyszukałem kilka pozycji m.in. Peteckiego, oczywiście po okazyjnych cenach.
"Operacja wieczność" jest właśnie jedną z tych antykwarycznych pozycji, a przy tym pierwszą moją literacką przygodą z twórczością Bohdana Peteckiego. No i mam mieszane uczucia. Niewątpliwie największą zaletę tekstu jest, że praktycznie w ogóle się nie zestarzał. Wizja przyszłości jest nadal aktualna i wciągająca (pantomaty!), a drobny anachronizm w postaci nazywania klonowania "kopiowaniem" można wybaczyć, jeżeli weźmie się pod uwagę, że ideą przewodnią powieści Peteckiego jest nieśmiertelność, a samo kopiowanie ma być środkiem do osiągnięcia tego celu. Zresztą jednym z dwóch głównych wątków "Operacji wieczność" są rozważania autora nad koncepcją tego, co zostaje z osobowości człowieka po takim "skopiowaniu" (główny bohater swoim postępowaniem doprowadza do sytuacji, gdzie współistnieje on-oryginał i on-kopia, a następnie obserwujemy interakcje zachodzące między bohaterem w dwóch wersjach). Oprócz tego mamy tutaj porządny dreszczowiec (akcja wewnątrz pantomatu), dramat osobisty, czy też konflikt nowe-stare w oparciu o świat przed i po operacji wieczność. Tak więc na 130 stronach bardzo dużo się dzieje, Petecki porusza ciekawie wiele fundamentalnych wątków, które do dzisiaj pozostają świeże.
Niestety "Operacja wieczność" jest pozycją ciężką w odbiorze. Banalny tytuł zwodzi, bo powieść wymaga stałej koncentracji, żeby się nie zgubić w przekazie autora. Język Peteckiego, dialogi, wszystko podawane jest w didaskaliach, czytelnik stale musi się domyślać sensu tego, co czyta. Wątki się przeplatają, Petecki nie ułatwia sprawy gmatwając swoim stylem przekaz. Nie da się ukryć, że zaważyło to na ogólnej ocenie z mojej strony, chociaż czytając "Operację wieczność" w tramwajach i autobusach nie miałem zbyt dobrych warunków do koncentracji. Być może gdybym czytał książkę w zaciszu domowego kominka, to miałbym łatwiej, a i ocenę wystawiłbym wyższą.
W każdym bądź razie "Operacja wieczność" to porządna, klasyczna s-f, która zachęciła mnie do przeczytania kolejnych powieści Peteckiego, na półce już czekają "Strefy zerowe" oraz "Tylko cisza".

4. Alan Averill "Piękny kraj" (ocena 3/10)
Koszmar wykonania. Chaos koncepcyjny. Bohaterowie - kukły emocjonalne. Głębia przydrożnej kałuży. Główny bohater to japońsko-irlandzki mieszaniec mikrus, połączenie McGyvera i Bear Gryllsa z jednej strony oraz nerdowskiego prawiczka, co to nie potrafi dotknąć leżącej mu na kolanach dziewczyny bez zmoczenia się. Z bliżej niewyjaśnionych przyczyn postanawia się zabić, chyba chcąc w ten sposób położyć kres swojej seksualnej niewydolności. Główna bohaterka to córka irańskiego emigranta, która postanawia uciec przed osobistym bólem i cierpieniem ... na wojnę do Afganistanu. Dobra decyzja, sam bym tak zrobił. Razem tworzą najbardziej niedorzeczną parę w historii literatury, to już nawet Romeo i Julia byli bardziej dobrani.
A co z fabułą? Jest znośna, bo stanowi kalkę sprawdzonych pomysłów fantastycznych i zwyczajnie nie było tutaj niczego, co dałoby się spieprzyć.
Averill ma jednak talent do pisania, potrafi wciągnąć, jego styl jest płynny i atrakcyjny, a najlepiej wychodzą mu elementy horroru (np. przejmujący grozą atak wrażego ptaka przez komin w opuszczonej chałupie). Dostałby ode mnie większą notę, gdyby tylko nie bawił się w głębię psychologiczną, drętwe dialogi oraz wielką, prawiczą miłość pomiędzy bohaterami.

niedziela, 2 listopada 2014

Nowofundlandzka epopeja

Jako czytelnik ewoluuję od ponad dwudziestu lat. Przeczytałem w swoim życiu kilka tysięcy książek, jestem do tego stopnia "obyty" z literaturą, że sam nawet ostatnio poczułem się na siłach, aby spróbować swoich twórczych sił, czego efektem jest zamieszczone na moim blogu opowiadanie "Naoczny świadek". Nowela ta powstała w ciągu piętnastu intensywnych godzin, w pewną niedzielę pod koniec września, przy czym proces twórczy miałem ograniczony wymaganiami konkursu, do którego opowiadanie zgłosiłem - maksymalnie piętnaście tysięcy znaków w wordzie, tematyka związana z Poznaniem. Do pisania opowiadania przystąpiłem z marszu, mając jedynie mgliście zarysowany pomysł fabularny, tymczasem im bardziej się angażowałem, tym więcej koncepcji chciałem wrzucić do treści, tak że wyszłaby z tego pewnie porządna nowela, a może nawet powieść, gdyby nie wspomniane ograniczenia.
W każdym razie po stworzeniu "Naocznego świadka" byłem rozczarowany, wymogi formalne konkursu ograniczyły mnie twórczo, mam takie poczucie, że "Naoczny świadek" nie jest tym, co chciałbym stworzyć. A chciałbym napisać ni mniej ni więcej, coś, co sam najbardziej lubię w literaturze - ciekawą, w miarę możliwości oryginalną, ale przede wszystkim koncepcyjną i spójną logicznie fabułę, z pełnokrwistymi bohaterami, z którymi czytelnik może, a nawet powinien się identyfikować, bo bez tego literatura nie wchłania czytelnika, bohaterami podążającymi z punktu A (początek historii) do punktu Z (kulminacja, rozwiązanie fabuły i losu bohaterów) poprzez całą gamę alfabetu wydarzeń spinających punkty A-Z, a przy tym chciałbym przekazać czytelnikowi chociaż odrobinę pewnej wartości, niekoniecznie morału, ale czegoś na wzór przemyślenia, nostalgii, tego osobliwego uczucia, które sprawia, że dzieło literackie zapada mi w pamięć. W zasadzie każda moja recenzja zasada się na tym schemacie, pisałem o tym nie raz. 
Nie ma dla mnie znaczenia gatunek literacki, z którym mam do czynienia. Szczególnym sentymentem darzę co prawda fantastykę naukową, gdyż właśnie na tym polu autor ma największe pole do popisu (możliwość połączenia wizji naukowej z fabułą dotyczącą kierunku rozwoju ludzkości, w tym bohaterów powieści np. "Perfekcyjna niedoskonałość" Dukaja), niemniej także literatura realistyczna ma dużo do zaoferowania (vide genialna "Iskra życia" Remarque'a), zwyczajnie oczekuję dobrej literatury. 
W dwudziestym wieku narodził się nurt w kulturze łączący elementy fantastyczne z dostrzegalną rzeczywistością, który zwany jest realizmem magicznym. Kombinacja elementów fantastycznych i realistycznych, przy czym przeważnie metafizyka, nierealność są kwiatkiem do kożucha, mają służyć fabule, subtelnie wnikają w opisywaną rzeczywistość, wtapiają się w nią, asymilują tak aby na pierwszy rzut oka nie wyróżniać się z tłumu. Jest to koncepcja na tyle pojemna, że tak naprawdę od talentu autora zależy, czy jego dzieło będzie udanie komponowało się z założeniami realizmu magicznego. Dla mnie takim sztandarowym klopsem w tym gatunku jest przereklamowany gniot Bułhakowa "Mistrz i Małgorzata". Na drugim biegunie z kolei znajduje się geniusz realizmu magicznego, czyli "Szatańskie wersety" Rushdiego (odsyłam do swojej recenzji "Sunt lacrimae rerum"). Teraz do arcydzieł tego gatunku literackiego dołącza Michael Crummey ze swoim "Dostatkiem".
Nowa Fundlandia na przestrzeni ponad stu lat, rzeczywistość XIX i XX wieku, dwie osady rybackie zimą odcięte od świata, dwie rodziny skłócone, których losy się przeplatają, katolicyzm i protestantyzm, potem pogodzony przez metodystów, magia wyspy, moc prastarego drzewa i tajemniczy, śmierdzący przybysz z brzucha wieloryba. Crummey kreśli fascynującą, przebogatą wizję surowej rzeczywistości, w której objawiają się rzeczy niewytłumaczalne, gdzie szerzący się materializm i postęp naukowy ustępują pola mistycznym zjawiskom wskrzeszeń i cudów. Jak autor sam podkreśla w końcowych podziękowaniach, na dzieje rodów Devine i Sellersów składają się mity, podania, wierzenia, opowieści przekazywane nowofundlandzkimi pokoleniami z ust do ust. "Dostatek" to powieść o położonym na końcu świata niewielkim skrawku lądu, targanym nieustającymi konfliktami między zabobonem a religijną doktryną, ciemnotą a postępem, starotestamentowymi obsesjami a nadzieją i łagodnością. Wysmakowanym stylem Crummey tworzy dzieje prozaicznych pragnień ludzkich, namiętności, bólu i miłości życia. 
Wedle schematu mojej ulubionej prozy bohaterem podążającym z punktu A do punktu Z jest w "Dostatku" społeczność dwóch wiosek, rodziny Devine i Sellers. Nie ma tutaj jednego klasycznego bohatera, chociaż klamrą spinającą wieki są bezimienna i tajemnicza Wdowa po Devinie oraz jej wnuczka Mary Tryphena, obie długowieczne i naznaczone pierwotnymi zabobonami. To w tych dwóch kobietach odbija się jak w soczewce obraz Nowej Fundlandii jako miejsca mistycznego, miejsca tajemnic głębszych niż religia chrześcijańska, gdzie Bóg występuje w postaci życiodajnego Drzewa Kerrivanów, a współczesna medycyna jest bezradna, tam gdzie można posłać Mary Tryphenę. 
"Dostatek" nie byłby jednak równie dobry, gdyby Crummley nie umieścił na łamach powieści postaci Judy Devine'a, Wielkiego Białego, Bratanka Boga, niemoty i śmierdziela z trzewi wieloryba, quasi-albinosa, o którym wiemy tyle, że jest i śmierdzi. Jedna z najoryginalniejszych postaci w historii literatury, obłąkany znawca biblijnych psalmów i przysłów, jego motywy i pobudki są zupełnie nieznane, oprócz tego że trwa przy rodzinie Devine z sobie wiadomych przyczyn. Jest też duch mordercy i wiele innych dziwów zaludniających nowofundlandzką rzeczywistość "Dostatku" równie naturalnie jak zwykli ludzie. Doktor Newman nawet kolekcjonuje ten festiwal dziwów na fotografiach i wysyła je do swoich kolegów ze Stanów. 
"Dostatek" to wspaniała epopeja o zwykłym skrawku niegościnnej ziemi owiana nostalgią i mistyką regionalnych wierzeń i bajań. To utrzymana w duchu wspomnień opowieść o kraju, gdzie życie jest proste, a dostatek utożsamiany jest z dobrą pogodą i udanymi połowami dorszy. Gdzie twardzi ludzie idą do lekarza, kiedy są już kalekami, bo wcześniej nie zważali na ból i problemy zdrowotne, zwyczajnie je ignorując. Gdzie za całą literaturę służy Biblia wyłowiona z brzucha ryby, w której historia Izaaka i Abrahama kończy się uniesionym przez ojca nad synem nożem, a resztę trzeba sobie twórczo dopowiedzieć. To historia o krainie zawieszonej pomiędzy jawą, a snem, gdzie czas się zatrzymał, a ludzie trwają w dawno utrwalonej rzeźbie wyspiarskiego społeczeństwa. Kraj odcięty od świata, tworzący swój własny obraz na swoje własne podobieństwo. Polecam wszystkim te chwile zapomnienia z krainą dostatku, jaką jawi się Nowa Fundlandia Michaela Crummleya. Doktor Newman zapytany, odpowiedział, że nie żałuję ani jednej chwili spędzonej na wyspie. Ja też nie żałuję, że miałem niekłamaną przyjemności obcowania z Nową Fundlandią. Polecam "Dostatek" wszystkim ceniącym wysublimowaną, wysmakowaną prozę z wyższej półki. 
Na marginesie dwa słowa o wydawnictwie Wiatr od morza, które jest chyba najciekawszym tego typu projektem ostatnich lat. Jego omnipotentnym twórcą jest tłumacz Michał Alenowicz, który chce wyszukiwać dla polskiego czytelnika rarytasy światowej literatury przeoczone przez inne wydawnictwa. Już sama nazwa wydawnictwa wskazuje na niebanalność jego twórcy. Jak dalej pisze na swojej stronie internetowej Wiatr od morza to "zapach kanadyjskich lasów, gwar angielskich portów, piaski Afryki, ostra woń chłodnego, arktycznego powietrza, smak soli w ustach, okrzyki rybaków zarzucających sieci u zapomnianych wybrzeży". Oby wydawnictwo przetrwało na naszym trudnym rynku i dalej dostarczało takie rarytasy jak "Dostatek" Crummeya. 

środa, 22 października 2014

Almanachy fantastyki - Kroki w nieznane 2011, 2012 i 2013

Debiut literacki debiutem, a tu trzeba nadrabiać zaległości recenzenckie. Trochę to wina tego, że wziąłem się jednocześnie za kilka antologii oraz rozgrzebałem cykl Asimova. Na pierwszy ogień idą zatem Kroki w nieznane, których trzy tomy czytałem od maja do października. 
Dużo czasu upłynęło od ostatniej recenzji opowiadań z antologii Kroki w nieznane. Dokładnie miało to miejsce w styczniu 2013 roku i dotyczyło almanachu z 2006 (tutaj). Tym razem zaliczyłem trzy antologie cyklu za jednym zamachem. Poniżej prezentuję krótkie opinie odnośnie każdego z opowiadań w nich zamieszczonych.

"Kroki w nieznane 2011" (ocena sumaryczna 8/10)
1. Dan Simmons "Tegoroczne zdjęcie klasowe" (ocena 7/10)
Simmonsa w Polsce nigdy dosyć, nawet jeżeli ma to być króciutkie opowiadanie o zombie. Simmons w końcówce odchodzi tutaj nieco swobodnie od zasad rządzących zombie w kulturze masowej, ale jego opowiadanie zawiera w sobie na tyle duży ładunek emocjonalny i jest zwyczajnie bardzo dobre, że można to wybaczyć. Generalnie świetny początek antologii a.d.2011.
2. Charles Yu - "Superbohater trzeciej kategorii" (ocena 3/10)
Yu mocno zjechałem w recenzji jego powieści "Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie" (tutaj). Niestety jego opowiadanie również nie zachwyca, tematyka superbohaterów już na wstępie razi swoją infantylnością, a przede wszystkim łopatologią i leczeniem kompleksów wszelkiej maści nerdów. Taka popierdółka dla popierdółek. Samo opowiadanie napisane jest poprawnie, widać w Yu talent narracyjny, tylko mógłby się chłopak zastanowić nad zmianą tematyki na trochę bardziej dojrzałą.
3. K.J.Parker "Błękit i złoto" (ocena 6/10)
Dobra rzecz, chociaż przekombinowana dla samego przekombinowania. Taka przygodówka z lekką, tradycyjną low fantasy, czyli trochę alchemii, trochę barokowej estetyki. 
4. Ted Kosmatka "Prorocze światło" (ocena 9/10)
Kosmatka! I wszystko jasne. Ten gość jest wyborny, wszystko, co napisze zamienia się w skarb, spod jego pióra wychodzą same cenne kruszce. nie inaczej jest i z "Proroczym światłem", literacką wariacją na temat podstawowego eksperymentu mechaniki kwantowej, czyli doświadczenia Younga ze szczelinami. Kosmatka wykorzystał motyw jednej z największych tajemnic współczesnej fizyki do zaprezentowania fabuły z zaskakującym wnioskiem. Od nauki do metafizyki. Świetna rzecz, szkoda że tak mało czystej s-f w Krokach w nieznane.
5. Tony Pi "Przynęta idealna" (ocena 5/10)
Stustronicowa, lekka i przyjemna opowiastka o swoistego rodzaju istotach nieśmiertelnych kryjących się za parawanem ludzkiej historii. Ani to specjalnie wymyślne, ani oryginalne, czy intrygujące, niemniej czyta się bardzo przyjemnie. Szkoda tylko, że jest to element większej całości, bo historia nie znajduje swojego zakończenia, "Przynęta idealna" to zaledwie wstęp do rozpisanej na wiele opowieści intrygi w gronie nieśmiertelnych.
6. Will Ludwigsen "Pamięć jest czymś jak dom" (ocena 4/10)
Dom przemieszcza się kilkadziesiąt lat przez iks kilometrów w ślad za ostatnim członkiem rodziny, której dramat rozegrał się w jego murach? Jako przenośnia - zbyt dosłowne, jako moralitet - zbyt pesymistyczne, fabularnie - zbyt absurdalne. To już naprawdę można wymyślić wszystko, współczesna literatura skazana jest na tego typu durności? 
7. Marina i Sergiej Diaczenko "Przenicowany świat" (ocena 3/10)
Co Ci ruscy mają z tymi przenicowanymi światami? W każdym razie to opowiadanie jest jak niemalże każdy produkt Diaczenków - bez sensu.
8. Paul M. Berger "Stereogram Szarego Fortu w dniach jego chwały" (ocena 7/10)
Króciutkie, ale pomysłowe i napisane z zębem. 
9. Charles Stross "Palimpsest" (ocena 7/10)
Miał być galimatias fabularny? No to jest. Zamierzony i kontrolowany przez autora. Fantastyka bardzo dalekiego zasięgu, w zasadzie nie s-f, lecz oryginalna space opera, zasadzająca się na koncepcji paradoksów czasowo-logicznych. Świetnie się czytało, niestety nie za wiele zrozumiałem, te wszystkie "niehistorie", "nadpisane" zdarzenia i inne elementy rzeczywistości palimpsestu, nie ogarnąłem. Myślę, że paradoksalnie lepiej by to wyszło jako wizja filmowa. 
10. Mercurio D. Riviera "Twoje cierpienie nas ochroni" (ocena 4/10)
Wizje tyleż pesymistyczna, co kiepsko rozpisana. Tu jakieś ataki terrorystyczne, tu voodoo, czy inne karaibskie czary-mary. Kupy się to średnio trzyma, do tego nie wiadomo, co miało być przesłaniem opowiadania, co autor chciał przekazać poprzez przemianę głównego bohatera. Że świat to złe miejsce? Nieprawdopodobne. 
11. Jurij Nesterienko "Rozpacz" (ocena 10/10) 
To chyba najbardziej dołujące dzieło literackie, jakie dane mi było w życiu przeczytać. I jest to rzecz absolutnie genialna! "Rozpacz" to literacki odpowiednik filmów "Pandorum", czy "Ukryty wymiar". Kto oglądał, ten wie o co chodzi. Ten sam klimat pustki, samotności, śmierci, syfu i beznadziei w bezmiarze kosmosu. Konsekwencja z jaką Nesterienko skonstruował "Rozpacz" jest fenomenalna. "Rozpacz" w swoich założeniach konstrukcyjnych oraz rozwiązaniach fabularnych jest absolutnie przerażająca, chyba nikt nie będzie w stanie stworzyć czegoś bardziej pesymistycznego. Nie będę zdradzał tutaj elementów fabuły, bo jej stopniowe odkrywanie razem z bohaterami jest główną atrakcją "Rozpaczy", podam tylko kilka istotnych elementów: system Gliese 581, ciemna materia, klonowanie. 
Czytać koniecznie w głębokiej ciszy, nocą!


"Kroki w nieznane 2012" (ocena sumaryczna 6/10)
1. Robert Shearman "Wrzawa śmiertelnych" (ocena 7/10)
Dobra rzecz, chociaż bez rewelacji. Mieszanka typowego angielskiego humoru oraz horroru (coś na kształt filmu "Shaun of the dead"). Miejscami przerażająco okrutne, przeważnie doskonale absurdalne, lekko i bezpretensjonalnie parafrazuje atawistyczny lęk człowieka przed śmiercią. Ocena tylko 7/10, bo można było mimo wszystko wycisnąć więcej z tego pomysłu.
2. Aleksandr Zolotko "Żywiciele" (ocena 8,5/10)
Wyśmienite opowiadanie, zasadza się na oklepanym i wyeksploatowanym do cna przez kulturę masową pomyśle, ale przedstawia je w sposób świeży i wybitnie wstrząsający. Siła tkwi w prostocie, podobnie było w "Albumie ślubnym" Maruska. Szkoda tylko, że jest w "Żywicielach" szczegół, który sprawia, że nie mogę dać maksa. Żeby nie spamować treści proponuję osobom zainteresowanym zwrócić uwagę na narzędzie, którym posługuje się lekarz w stosunku do służebnego, a narzędzie, którego używają żywiciele. Czy nie byłoby łatwiej i bezpieczniej na dłuższą metę dla żywicieli, gdyby posługiwali się do tej codziennej czynności narzędziem lekarza? :) 
Poza tym drobnym zgrzytem opowiadanie Zolotki jest doskonałe, wyjątkowy przypadek, kiedy zachwycam się literaturą ze Wschodu.
3. Bradley Denton "Orzeł adacki" (ocena 5/10)
Miejsce akcji - wyspa Adak, Aleuty
Czas akcji - lipiec 1944r. 
Osnowa fabularna - autentyczne fakty historyczne, tj. II wojna światowa, konflikt amerykańsko-japoński w basenie Morza Beringa oraz osoba pisarza Dashiela Hammetta, który wówczas był podoficerem na Adaku. 
Fabuła - szeregowy stacjonującego na wyspie Adak regimentu sił USA znajduje zamordowanego, ukrzyżowanego i wypatroszonego w osobliwy sposób orła bielika. Na polecenie dowódcy oddziału dobiera sobie do spółki kaprala "Tatka" (rzeczony Hammett) w celu wyjaśnienia tej zagadki. 
Ekstrakt - rzetelnie napisana i całkiem wciągająca mini-powieść ubrana w płaszcz klimatu noir, tylko gdzie tu fantastyka? Jedyne, co można od biedy nazwać elementem fantastycznym, to jakieś aleuckie voo-doo z użyciem ukrzyżowanego orła na kilku stronach oraz halucynogenne objawy spożycia wywaru z miejscowych grzybów. Jak na prawie 100 stron lektury w fantastycznej antologii to trochę mało. Ale sama historia spoko.
4. Ursula LeGuin "Rybak z Morza Śródlądowego" (ocena 7/10)
Jak to u Ursuli - fantastyczne ekstrapolacje służą przedstawieniu najbardziej podstawowych prawd życiowych - tutaj są to miłość i przywiązanie. Jak zwykle u tej pisarki - nastrojowo, subtelnie, z porządną podwaliną fabularną i zachowaniem wewnętrznej logiki świata przedstawionego. W zasadzie jedynym minusem budzące we mnie pewien niesmak założenia systemu społecznego planety ...., te podwójne małżeństwa. 
5. Paul Jessup - "Otwórz oczy" (ocena 5/10)
Mindfuck roku, orgia pomysłów, charakteryzacji, lokalizacji i konceptu, niestety pozbawiona duszy i ogólnego sensu. Akcja dzieje się w kosmosie i rozpoczyna się seksualnym aktem młodej kobiety .... z supernową, czyli gwiazdą w fazie kolapsu. Potem mamy postaci typu dwaj bracia 1,50m i 3,00 m wzrostu, kobieta, której połowa twarzy to szklana klatka z dwoma motylami, ganesze albo swego rodzaju żywostatki obdarzone sercami!, układem kostnym i wyhodowaną inteligencją. Sto stron estetyczno-wizualnej ekstazy pomysłów, której autor nie był w stanie nadać niczego więcej, ponad to, co się czyta. "Otwórz oczy" należy potraktować dosłownie (brak głębi) i w przenośni (surrealizm) jednocześnie, nie wiadomo bowiem, czy cała historia to projekcja wyobraźni bohaterów, czy też rzeczywiste wydarzenia space opery. Pisząc oględnie - przepiękna, przebajerowana wydmuszka.
6. Suzanne Church "Dołącz, całuj. leć" (ocena 4/10)
Niezbyt interesująca tradycyjna wizja przyszłości, w której narkotykiem wstrzykiwanym dożylnie lub wciąganym nosem jest muzyka, czy tam ogólnie dźwięki zapodane w jakiś mistyczny sposób. To wszystko łączy się z konsumpcyjnym trybem życia młodzieży, imprezownie jako miejsca orgiastycznego transu itd. Główny bohater jest i na tym koniec, niewiele o nim wiemy, ma tam jakieś rozkminy związane ze swoim mizernym życiem, ale nie jest to ciekawsze ponad historie każdego, kto za bardzo pobalował i w nocy ma problem, by trafić do chaty (przerobione w ostatni weekend, oj co to się działo, może napisze opowiadanie).
7. Ted Chiang - "Automatyczna Niania Daceya" (ocena 6/10)
Przyzwoita nowelka zapodana w formie sprawozdawczej. Historia trzyma się kupy, zawiera wyraźny przekaz, jednocześnie jest ciekawa fabularnie. Tylko jak zwykle u Chianga zabrakło mi jakiegoś ducha, emocji.
8. Olga Onojko "Lotnik i dziewczyna" (ocena 3/10)
Osiemdziesiąt stron czytania zupełnie po nic. Fabuła, która zasługuje co najwyżej na pięciostronicową anegdotkę, została sztucznie rozdęta do niebotycznych rozmiarów. Trzy oczka jedynie za to, że kreacja świata eteru zawsze w cenie, szkoda że autorka nie miała zupełnie sposobu na podsumowanie historii, całość kończy się w tak kuriozalny sposób, że poczułem złość i frustrację za zmarnowaną godzinę czytania. Onojko swym opowiadaniem nie wnosi niczego nowego do fantastyki (gdzie te kroki w nieznane?), motyw przewodni był już przemielony w literaturze na tysiąc sposobów, i to z lepszym skutkiem. Wypada życzyć autorce mniej oklepanych pomysłów, bo warsztat ma przyzwoity. 
9. Neil Gaiman "Przypadek śmierci i miodu" (ocena 3/10)
Gaiman to nie Doyle, jego Holmes to nie Holmes jakiego znamy. Ale w sumie czemu się dziwić, współczesna popkultura przemieliła słynnego detektywa na różne sposoby (hollywodzka sieczka z Robertem Downeyem, czy brytyjski serial postmodernistyczny o Holmesie żyjącym w naszych czasach), w tym kontekście herezja Gaimana, to drobne wykroczenie. Sherlock jest stary i postanawia na stare lata zgłębić tajemnicę śmierci za pomocą specjalnego miodu. Historyjka ma około 20 stron, nic się nie dzieje, Holmes odgrywa sekret wiecznej młodości i znika. Zero klimatu, zagadek, a wątek fantastyczny mizerny. Po raz kolejny przekonuję się, jak słabym pisarzem jest Gaiman. 
10. Dylan Horrocks "Steam girl" (ocena 5/10)
Namnożyło się tych opowiastek o nerdach. I chyba tylko dla nerdów. Zarówno Charles Yu, jak i Dylan Horrocks nie przekonują mnie do swoich historii, chociaż trzeba przyznać, że Horrocks przynajmniej ma lekkie pióro i stara się nadać głębi swojej historii. Tylko co z tego, skoro motyw ciężkiego dzieciństwa, szkolnego wyrzutka i ucieczki tegoż w świat fantazji został przemielony wzdłuż i wszerz przez literaturę popularną, jak przykładowo w genialnej "Niekończącej się historii". Pół biedy, że Horrocks zdaje sobie z tego sprawę i nie pretenduje do roli odkrywcy Ameryki.
11. Dan Simmons "Kochanek doskonały" (ocena 8/10)
Mam drobny problem z minipowieścią Simmonsa (zajmuje 130 stron antologii). Recenzuję zbiór nowel fantastycznych i pod tym kątem "Kochanek doskonały" posiada wiele wad, tymczasem pomijając jakiekolwiek klasyfikacje gatunkowe jest to rzecz wyśmienita. Pominę braki fantastyczne, a skupię się na tym drugim aspekcie. "Kochanek doskonały" to nie tyle historia antywojenna, co prozaiczna gloryfikacja Życia, pean na cześć miłości do istnienia. Główny bohater, fikcyjny poeta brytyjski James Rooke tak pisze w swoim pamiętniku z okopów bitwy pod Sommą:
"Każdą sekundę przeżytą aż do tej chwili uważam za cenny dar i nienawidzę tych, którzy chcą odebrać mi szansę na zobaczenie kolejnego wschodu Słońca, zjedzenie kolejnego posiłku czy dokończenie lektury."
Rooke chce żyć, chce wykonywać umiłowane, proste czynności życiowe jak spacery, jedzenie, czytania, seks, sprzątanie. Ma poczucie własnego jestestwa, a jednak wojenna maszynka do mięsa stara się ze wszystkich sił odesłać go w niebyt śmierci. Bezsens wojny jest w szczególności widoczny w scenie, gdy batalion Rooke'a przedwcześnie atakuje pozycje niemieckie, by potem paść ofiarą nalotu własnych myśliwców. 
"Wicher w stęchłym powietrzu uwiązł i zastygnął. Znikły chmury - to dawne ciemności narzędzie. Stało się niepotrzebnym - ciemność była wszędzie."
Rooke staje się kochankiem życia, którego emanacją jest wyimaginowana piękna Pani. Pani ratuje go w wielu sytuacjach, a to wyciągając go z ziemianki, gdzie sekundę później spada moździerz, a to kochając się z nim w chwili samobójczej szarży na pozycje wroga. Dzięki temu przeżywa wojnę.
"Wszystko kochałem. I wszystko przeminie, zniknie, w ostatniej godzinie".
Ale do tego czasu, carpe diem!

"Kroki w nieznane 2013" (ocena sumaryczna 5/10)
1. Michael Swanwick "Martwi" (ocena 5/10)
Ograne schematy fantastyki socjologicznej - posthumanistyczna przyszłość ludzkości, gdzie człowiek we wszystkich aspektach życiowych (praca, seks, estetyka nawet) zastępowany jest przez zombie. Swanwick nie wnosi nic nowego do tej konwencji.
2. Kir Bułyczow "Zeznania Oli N." (ocena 4/10)
Początek jest intrygujący i wciągający, zagadka Ogników budzi zainteresowanie i tworzy zachętę do dalszej lektury w celu uzyskania odpowiedzi na pytania związane z czym, po co i dlaczego te całe Ogniki się pojawiły. Jak to jednak zwykle bywa z tego typu opowieściami "Zeznania Oli N." szybko zamieniają się w niezbyt błyskotliwą, toporną wręcz demagogię środowiskowo-społeczną, a wyjaśnienie zagadki Ogników zakrawa na zwyczajną kpinę. 
3. K.J.Parker "Mapy zostawmy innym" (ocena 5/10)
A jednak rozczarowanie mocno reklamowaną i powszechnie zachwalaną minipowieścią Parker/a. Przez pierwszą połowę styl autora/ki stanowi miły powiew świeżości i sprawia, że chce się więcej. Tam jednak gdzie dużo gadania dla samego gadania służyć ma wprowadzeniu w akcję i bohaterów i ten styl się sprawdza, to już w miejscu, gdzie powinno nastąpić rozwinięcie i kulminacja fabuły, ta nieustanna paplanina autora/ki zwyczajnie zawodzi i nie wynagradza niedostatków fabuły takich jak brak puenty, zwrotów akcji, zaś to co ma zaskakiwać jest zaskakująco mdłe i nieciekawe. Osnowa fabularna (taki quasi-piracki klimacik poszukiwania eldorado) jest intrygująca i wiele obiecuje, stąd może moje rozczarowanie ostatecznym efektem. 
4. Marc Laidlaw "Lotny" (ocena 1/10)
Nie wiem, co to było, ale było wyjątkowo słabiutkie. Omijać szerokim łukiem. 
5. Jonathan Lethem "Szczęśliwy człowiek" (ocena 5/10)
Typowe opowiadanie, w którym puentą ma być odkrycie sensu świata przedstawionego. Niestety łopatologia motywu przewodniego sprawia, że od momentu pojawienia się na scenie tytułowego szczęściarza można się łatwo domyślić, o co biega z tym całym piekłem. Zatem końcówka, zamiast walić między oczy szokującą puentą, zwyczajnie rozczarowuje.
6. Brandon Sanderson "Nowe szaty cesarza" (ocena 6/10)
Kto przeczytał wyśmienitą i rozciągniętą na ponad 2 tysiące stron trylogię "Mistborn" tego "Nowe szaty cesarza" nie powalą na kolana. W "Mistborn" był motyw metali dających bohaterom supermoce, tutaj główna bohaterka zajmuje się kształtowaniem formy rzeczy poprzez swego rodzaju modyfikowanie ich duszy. Nie przekonała mnie ta wizja szczerze mówiąc, doceniam koncept autora, ale ani przez chwilę nie uwierzyłem w taki świat przedstawiony, nawet jeżeli przyjąć, że to tylko fantasy. Lepiej idea formowania materii przez świadomość wypadła Jackowi Dukajowi w "Innych pieśniach". 
Dobre czytadło od Sandersona, ale nic ponadto.
7. James Alan Gardner "Bron promieniowa - love story" (ocena 9/10)
Najlepsze opowiadanie tego tomu Kroków. Genialny i oryginalny pomysł wyjściowy, potem jego wyśmienita realizacja, zabrakło tylko jakiegoś równie dobrego zakończenia, które jest co najwyżej poprawne. Alan Gardner autentycznie wciągnął mnie w swoją historię, nieskomplikowaną, banalna wręcz, ale mającą w sobie ten pierwiastek wyjątkowości. Mocna rzecz, polecam gorąco tę nowelę każdemu fanowi dobrej literatury. 
8. Julia Zonis "Gołąbek" (ocena 3/10)
Typowy badziewny produkt mizernej fantastyki zza Buga. Ani be, ani me, ani kukuryku, nieczytelny świat przedstawiony, anonimowi i mało interesujący bohaterowie, wątek fabularny rozwodniony i nudny jak flaki z olejem, no i przewidywalne zakończenie. Myśli przewodniej, morału nie stwierdziłem. 
9. Grek Kurzawa "Puste przestrzenie" (ocena 6/10)
Mam problem z tym opowiadaniem. Z jednej strony klimatyczny świat przedstawiony i dosyć ciekawa fabuła, z drugiej strony wszystkiego jest tutaj za mało - za krótkie, zbyt szkicowe i sterylne, zakończenia jakby brak, za mało wyrazistości, a atak obcych totalnie nieczytelny. Szkoda, bo potencjał opowiadanie Kurzawy ma przeogromny. 
10. Karin Tidbeck "Jagannath" (ocena 7/10)
Drugie najlepsze opowiadanie tomu, dałbym ocenę wyższą, gdyby zakończenie było bardziej wyraźne. Sama historia jednak dosyć oryginalnie przedstawiona i klimatyczna. 
11. Orson Scott Card "Założyciel " (ocena 2/10)
Card oczywiście w swoim stylu męczy bułę i manifestuje swoje mormońskie wizje wszechświatów. Mam nadzieję, że cykl Asimova nie jest napisany w takim samym stylu, bo się chyba potnę. 100 strony drętwej gadaniny, pitolenia o ogniach świętego Elma i tęczach na Placu Zbawiciela. Namęczyłem się strasznie od tego filozofowania, fantastyka sprowadzona do taniego moralizatorstwa. Do tego w sposób nachalny i obrzydliwy promowana manipulacja drugim człowiekiem dla osiągnięcia celów "wyższego rzędu". Oczko wyżej jedynie za świat Fundacji. 
12. Bradley Denton "Sierżant Chip" (ocena 6/10)
Pomysł dosyć prostacki i trącący literaturą kanapową, ale na szczęście sprawna realizacja i utrzymanie tempa akcji sprawiają, że 50 stron szybko przemija, a sama historia pozostawia przyjemne wrażenia. 
13. John Kessel "Wielkie marzenie" (ocena 3/10)
Eee, słabe to to. Jakaś próba złożenia hołdu Raymondowi Chandlerowi, ale wyszło trochę na bakier. Fantastyka sprowadza się tutaj do bliżej niesprecyzowanego oddziaływania tego pisarza na rzeczywistość, kreowanie wydarzeń wedle własnej wyobraźni. Taka insza wersja formowania materii przez wolę. Kobiety giną tutaj hurtowo, a faceci gapią się na siebie i zastanawiają, o co chodziło Kesselowi, że ich w to wszystko wplątał.