poniedziałek, 19 listopada 2012

Przebłysk jutra

Klasyczna s-f, ciągle mało takich pozycji w naszym kraju. Chwytliwy i stary jak świat motyw typu "co byśmy zrobili, gdybyśmy znali przyszłość" rozgrywany jest tutaj przy wykorzystaniu fizyki cząstek elementarnych. Fabuła jest ciekawa, ale zawiedziony jestem jednak małym naciskiem położonym na aspekt naukowy. Głównymi bohaterami autor czyni naukowców, do tego w stricte ścisłej dziedzinie jaką jest fizyka, a w zasadzie większość rozważań i rozmów tychże skupia się na aspektach natury filozoficznej, z klasycznym zagadnieniem pętli czasowej. 

Niemniej to bardzo dobra pozycja s-f, serial się nie umywa. Niektóre rozwiązania fabularne w zakresie interakcji osobowych między bohaterami były nieco naciągane, jak i wątek kryminalno-sensacyjny, ale już samo uzasadnienie naukowe palce lizać (te neutrina i inne bajery, fajne to to, kojarzyło mi się trochę z "Olśnieniem" Andersona).
PS No i ten Benedykt XVI. Jak ten Sawyer wpadł w 1999r. na to, że kolejny papież takie imię obierze, to nie mam pojęcia.

Król, Stefan - Rok wilkołaka

Klasyczny przerost formy nad treścią. I to od razu w samych założeniach. Nie chcę się znęcać nad Prószyńskim, ale nie ma to jak wydać 60-stronicowe opowiadanie jako 140-stronicową minipowieść. Nie, no wydanie jest ładne, ale co mi po tym? Mnóstwo zbędnych, zdradzających fabułę obrazków i wrażenie połkniętego kołka. 30 minut czytania i 24,99 zł wyrzucone w błoto. To już dłużej stałem w sobotę w kolejce przy kasie w Biedronce.

Historyjka o tym, jak to pewien duchowny zjadł nie tego grzybka co trzeba i dorobił się wilkołactwa (likantropii - zwanej tak przez grupę naukowców pod przewodem S.Meyer) i kalekim chłopcu, który kończy roczną udrękę wielebnego. Zieeew. A no i o Donnie, którą mąż-dręczyciel-gwałciciel-rozpustnik przyprawił o rzeżączkę. 

I nawet w takiej skromnej historyjce Król nie powstrzymał się od rozmazania babola. Żeby ładnie wyglądało bachor zabija księdza w grudniu. Żeby jeszcze ładniej, to w Sylwestra. I tu jest najlepsze, chłopiec czeka ze swoim wujem na likantropa w salonie gościnnym, czekając jednocześnie na Nowy Rok, a co z reszta rodziny chłopca? "Tradycyjnie poszła wcześniej spać". WTF? Jak to tradycyjnie? Jaka tradycja, z czego? W którym miejscu na Ziemi w Sylwestra idzie się tradycyjnie całą rodziną spać? Chciałbym, żeby Król mi to wyjaśnił, bo wychodzi, że to chyba tylko w rodzinie Króla występuje taka tradycja.


Spiżarnia

Dawno, dawno temu, w czasach tak zamierzchłych, że sprawiają wrażenie innego życia, w czasach, gdy wartość biletu do kina była wymierna i pozwalała zaliczać kilkanaście seansów w roku, razem z moim młodszym bratem byliśmy stałymi bywalcami poznańskich sal kinowych, ale nie multipleksów, tych jeszcze nie było. W tamtych pięknych czasach kino to było miejsce gdzie się szło obejrzeć film, a nie objeść świństwem serwowanym za kosmiczne pieniądze. Patrząc wstecz dostrzegam, że mieliśmy niesamowite szczęście, gdyż lata naszej największej fascynacji kinem przypadły na ostatnie dni świetności kina z prawdziwego zdarzenia (i mam tu na myśli zarówno brak multipleksów, z których pierwszy w Poznaniu pojawił się w 1998 roku przy ul. Królowej Jadwigi, jak i przede wszystkim repertuar z takimi ówczesnymi hitami jak "Siedem", "12 małp", "Braveheart", "Dzień niepodległości", "Jumanji", "Pani Doubtfire", "Głupi i głupszy", "Maska", "Jurassic Park", "Lista Schindlera", "Gorączka", "Casino", "Event Horizon", "Sierżant Bilko", "Leon zawodowiec", "Piąty element" i wiele, wiele innych), a zarazem nieszczęście, bo ulegliśmy potem fascynacji multipleksem, nie dostrzegając, że uczestniczymy w zabijaniu kina (mogę się w tym miejscu pochwalić, że byliśmy na pierwszym w historii, prapremierowym seansie "Armageddonu" w Multikinie, razem z tzw. śmietanką towarzyską - jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi; dla takich szczyli jak my było to wówczas spore przeżycie, dzisiaj nieco inaczej na to patrzę). Przed multipleksami w Poznaniu rządziła triada kin Bałtyk-Wilda-Apollo. Z tej trójki uchowało się jedynie Apollo, a to i tak tylko z nazwy. W miejsce zburzonego Bałtyku nie postawiono nic, pozostawiając luz dla pobliskiego Sheratona. Z kolei w Wildzie otwarto... Biedronkę.

Naszymi szczególnymi względami cieszyły się monster-movies, a to przede wszystkim ze względu na towarzyszące temu efekty specjalne, które uwielbialiśmy. Jednym z niezapomnianych filmów tamtych dni, czołowym przedstawicielem filmów o potworach, był w 1997 roku "Relikt" Petera Hyamsa, obejrzany przez nas w niezapomnianym Bałtyku. Wspaniały, rewelacyjny sci-fi, dreszczowiec i horror w jednym. Do dzisiaj mam przed oczyma Kothogę (w książce Mbwuna, o czym za chwilę) siejącego spustoszenie w murach i lochach Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. Rewelacyjny, dopieszczony scenariusz (z drobnymi, jak na aktualne standardy nieistotnymi dociągnięciami charakterologicznymi i jednym fabularnym), cudowna Penelope Ann Miller, trzymający od początku suspens i klimat, klimat, jeszcze raz wspaniały klimat kina nowej przygody w wersji x-rated. Gdyby na miejscu nieudolnego Hyamsa, który swoją nieumiejętną ręką spartaczył kilka scen oraz nieco zbyt CGI-potwora, był klasyk suspensu typu Spielberga, czy Scotta z najlepszych lat, to film "Relikt" zostałby zapamiętany nie tylko przeze mnie i fanów gatunku, ale również przez szersze grono widzów. Ach i te trailery kiedyś:

Jakież było moje zdziwienie niedawno, kiedy w bibliotece natknąłem się na książkę o tym samym tytule i że film to jak najbardziej adaptacja powieści. Jeszcze większe zaskoczenie wzbudził we mnie fakt, że powieść "Relikt" to rasowy techno-thriller, czyli dzieło z gatunku, który uwielbiam szczególnie obok fantastyki. A już totalnej ekscytacji doznałem po jej przeczytaniu, kiedy okazało się, że książka jest GENIALNA.

Co zwraca przede wszystkim uwagę? Wszystko zagrało. Fabuła pozapinana na ostatni guzik (z jednym małym nieistotnym pod szyją), bohaterowie, którym się szczerze kibicuje, suspens, klimat, dużo, dużo nauki. Nastrój Muzeum Historii Naturalnej jest porażający, jest jeszcze bardziej uwidoczniony niż w filmie, to muzeum jest cichym bohaterem tej powieści, z jego zakamarkami, ogromem, piwnicami, suterenami, wystawami i tajemniczymi przejściami, których nie ma na mapach. Podczas lektury brakowało mi tylko jakiejś mapki poglądowej, bo niezwykle istotne dla fabuły jest w którą stronę bohaterowie biegną i jakie mają drogi ucieczki. 

Bohaterowie są nieco sztampowi, ale w normie, bywało gorzej i to w powieściach mainstreamowych. D'Agosta, Margo, Pendergast, prof. Frock, pismak i nawet burmistrz są klawi jak cholera i tak ma być. 

Pożoga leje się strumieniami, ale nigdy bez sensu i na wiwat. Każda ofiara, każdy ruch naszego potworzastego oprawcy ma uzasadnienie, jedna z najbardziej przemyślanych kreatur w historii literatury, to nawet dinozaury u Crichtona w porównaniu z Mbwuną wychodzą jakoś pretekstowo. No właśnie Mbwuna. W filmie zwie się Kothoga, bo to się pewnie lepiej wymawia, ale w książce Kothoga to jest plemię, które bawi się w amazońską wersję genetyki. Mbwuna to jest oczywiście rzeczony monster, ale także... no właśnie w tym celu polecam przeczytać "Relikt".

Fabuła jest najmocniejszym elementem powieści. Zaczyna się od trzęsienia ziemi, potem napięcie powoli, acz nieubłaganie rośnie, by znaleźć swą kulminację w niesamowitym, obejmującym około 130 stron finale. To, co się dzieje na tych 130 stronach dosłownie wgniata w fotel, jest majstersztykiem mieszanki emocji, napięcia i akcji. Książka liczy sobie 440 stron, lecz nie ma ani jednej zbędnej sceny, czy słowa.
Zaskakujące jest również to, jak wierny jest film książce. Wiadomo, że nie może nigdy być adaptacji dosłownej, no chyba że książka to gotowy scenariusz (jak w słynnym filmie braci Coen), tyle że w przypadku "Reliktu" film nie tylko korzysta z głównego pomysłu, ale także prowadzi akcję mniej więcej tym samym torem, co powieść. Oczywiście książka jest ze wszechmiar bardziej rozbudowana, szczegółowa, złożona, nie wszyscy bohaterowie się w filmie pojawiają (nie ma Pendergasta), ale i tak wierność godna odnotowania.

No tak, tylko o co biega z tytułem posta? :) Tutaj też odsyłam do przeczytania "Reliktu", niemniej ma to uzasadnienie w teorii profesora Frocka co do funkcji gatunku Mbwuna, jako anormalnego, sprzecznego z ewolucją regulatora populacji ludzkości, doskonałej maszyny do zabijania Homo Sapiens Sapiens. Zgodnie z tą teorią w skali makro spiżarnią gatunku Mbwuna jest planeta Ziemia, zaś w wymiarze powieściowym w skali mikro Muzeum Historii Naturalnej, w którym odcięci od świata ludzie walczą o przetrwanie. Smacznego!

czwartek, 15 listopada 2012

Europa report

Nie wiem, co to jest, ale wychodzi na to, że w końcu coś drgnie w s-f i potencjał księżyców Jowiszowych zacznie być wykorzystywany:


Czekam na ten film z niecierpliwością.

wtorek, 13 listopada 2012

"O co właściwie chodzi?"

Te słowa bohaterowie powtarzają z lubością. Sam chciałbym wiedzieć o co właściwie biega szwedzkiemu kryminologowi, że napisał tak mizerną książkę. Pierwsza część tzw. trylogii policyjnej "Między tęsknotą lata, a chłodem zimy" ma ładny, kiczowaty tytuł i nic z tego wynika. 640 stron o niczym. Persson w żadnym momencie nie panuje nad materią powieści, nic tu z niczego nie wynika, jeden policjant głupszy i bardziej zboczony (o czym za chwilę ) od drugiego. Jedynie Johansson i jego kumpel są w miarę normalni, ale to nie sprawia, że mamy okazje im kibicować, bo po prostu nie ma w czym.

Książka zaczyna się jak rasowy kryminał i na tym klasyki kryminału koniec. Koleś spada z nieba, a potem mamy jakieś 500 stron opowieści o poszczególnych gliniarzach, czy agentach szwedzkiej bezpieki, ich niezwykle dostojne przemyślenia o zeszłorocznym śniegu, mrowie postaci zbędnych, które najpierw są pieczołowicie opisane, by potem je zamieść pod dywan. WTF? Jeden wielki totalny chaos. Po 570 stronach nagle ni z gruchy autor na 2 stronach opisuje (zwracam uwagę, że to czyni autor-narrator ot tak sobie, to nijak nie ma związku z aktualnym wątkiem fabularnym) morderstwo i wielką zagadkę kto jest mordercą (o czym można było się przekonać już w sumie gdzieś na 200 stronie). Nie mając większego pomysłu autor tego samego gościa czyni nagle mordercą premiera. A dlaczego? BO TAK!!! Jaka motywacja, drogi Watsonie? Sherlocku, bo tak? Brawo, Watsonie, obroniłeś detektywistyczny doktorat! Masakra jakaś.

Doskonale rozumiem, że intencją autora było opisanie nieudolnych działań policji i służby bezpieczeństwa w Szwecji, no ale naprawdę, panie profesorze Persson, naprawdę mógł się Pan postarać. Jak z mojego entuzjastycznego wpisu można się łatwo domyślić - pan profesor się nie postarał albo się starał, ale totalnie nie wyszło. Ta druga opcja to nawet gorsza jest.

Chora książka, pisana przez jakiegoś nawiedzonego pederastę. Niezbyt wysokich lotów literatura rynsztokowa. Autor prowadzi naprzemiennie chaotyczną relację dotyczącą losów amerykańskiego przybłędy Johna Kassnera, zupełnie nieczytelną analizę funkcjonowania szwedzkich służb specjalnych i policji, a to wszystko doprawione jest zbędnymi opisami dewiacji i fantazji seksualnych poszczególnych agentów i policjantów płci męskiej. Kobiety w tym, pożal się Boże, ułomnym kryminale są przedstawiane albo jako bezrozumne lalki albo totalne, nielogiczne w swych zachowaniach kretynki albo obiekty męskich, chorych żądz. Ja rozumiem, że życie seksualne wielu ludzi nie przebiega po Bożemu, ale na pewno nie prezentuje się w tak niewiarygodny sposób, jaki serwuje Leif GW Persson. Poza tym przez cały czas się zastanawiałem po kiego grzyba opisy wewnętrznych potrzeb seksualnych poszczególnych policmajstrów, skoro miało to co najwyżej marginalne znaczenie dla fabuły?

Pisać każdy może, jeden lepiej, drugi zdecydowanie gorzej. Dla Leifa GW Pierssona przypada miano tego drugiego. A w sumie szkoda, bo sama intryga wydaje się być całkiem niezła, tylko niestety ginie w morzu niedorzecznej i wybitnie pretensjonalnej fabuły. Do tego odchudzić książkę o jakieś 450 stron i byłoby pewnie lepiej, chociaż przy takim geniuszu pisarskim jak Persson to nic nie wiadomo. 

Słów parę o korekcie - totalna żenada. Błędy redakcyjne są kosmicznych rozmiarów. Zazwyczaj jak czytam to nie zwracam na to uwagi, ale tutaj nie dało się nie zauważyć. Wtopy w datach podrozdziałów (najpierw jest piątek 30 listopada, potem niedziela 1 grudnia albo sobota 7 grudnia - niedziela 9 grudnia). W wielu miejscach sens występujących obok siebie akapitów tekstu był zgoła odmienny, co sugeruje, że nie spisał się tłumacz. 

Porażka literacka i edytorska na całej linii, no ale ciemny lud kupi, bo w końcu to szwedzki kryminał. Wow. A to dopiero pierwszy tom trylogii. Strach mnie obleciał.