niedziela, 4 listopada 2012

Ian R. Macleod - "Podróże"


Podróż pierwsza - Przemijanie
    "Przybyli za późno.
      Nie było już nikogo.
      Wiatr pozacierał nawet ślady stóp.
      Pod walącym się dachem
      w drzwiach skrzypiących bez sensu
      rozważali w milczeniu
      gdzie podział się Bóg.
      Przybyli za późno
      nie ze swojej winy." - Marek Skwarnicki
"Opowieść młynarza" jest doskonałym opowiadaniem. Trzymającym w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, nostalgicznym i przejmującym. Co z tego, że mamy powtórkę ze świata wykreowanego w "Wiekach światła" i "Domu burz", kiedy klimat nadal jest niepowtarzalny, nie ma poczucia wtórności, zaś dzieje Nathana Westovera są wciągające i tragiczne.  Życie młynarza stanowi jeden cykl przemijania, przy czym jest to przemijanie symboliczne: stare odchodzi, nowe przychodzi, nowe niekoniecznie znaczy dobre. Jest to cykl naturalny, deterministyczny, nie ma niego wpływu siła woli jednostki, która nie godzi się z przemijaniem jej sensu życia. Nawet nowe w pewnym momencie robi się stare, i odchodzą razem...

Antrakt - "Dbaj o siebie"
Standardowy shortcover, czyli nic ciekawego. Cóż można napisać o 3-stronicowym opowiadaniu?  Ok, będę o siebie dbał?

Podróż druga - Bunt kreatywności
"Bunt Anglików" to z kolei mierna opowieść. Wydumana, sztuczna, napisana na siłę. Bo czyż nie spełnia tych cech historia alternatywna buntu Anglików, w kraju będącym od kilku stuleci prowincją Imperium Mogołów (sic!), gdzie trwa przymusowa mongolizacja (sic!), zakaz posługiwania się językiem angielskim, ale nazwy własne miast, dzielnic, imiona i nazwiska bohaterów pozostały przez kilka wieków niezmienione? Gdzie tu logika świata przedstawionego.
Pal to licho, gdyby jeszcze treść historii była ciekawa, a tymczasem mamy do czynienia ze standardową i mocno nudnawą historią standardowego i słabo opowiedzianego "buntu" z punktu widzenia pobocznego uczestnika. Nawet tradycyjna, piękna stylizacja frazy Macleoda gdzieś zaginęła, bo Macleod postanowił skolokwializować język narratora. Pojawiają się więc liczne kurwy, chuje i inne kwiatki, które drażnią oczy dodatkowo, obok słabizny treściowej. Sytuacji nie ratuje nawet odrobinę zaskakujące zakończenie.

Antrakt - "Zwieńczenie"
Kolejny shortcover, kolejny z cyklu: przeczytać i natychmiast zapomnieć.

Podróż trzecia - ... za jeden nonsens
Nie wiem o co biega w "Żywiołach". Jest to totalnie pozbawiona sensu opowiastka z gatunku tych, co to autor kreował zapewne podczas testowania nowych leków na marskość wątroby. Pisząc te słowa mój umysł podejmuje kolejny darmowy i ekstremalny wysiłek mający na celu ogarnięcie nieodgadnionego zamysłu Macleoda, ale za każdym razem napotyka barierę niemożności przebicia się przez chaos tego niepotrzebnego opowiadania. Nawet nie staram się przybliżyć treści fabuły, jest to zbyt trudne do sprecyzowania. Tym samym, jest to kolejna po "Buncie Anglików" i "Darze ust" historia spoza świata eteru, i kolejna porażka twórcza Macleoda. 

Podróż czwarta - ... bez puenty
"Wainwrightowie na wakacjach" to sympatyczna historia obyczajowa z dramatem podanym jak lekki aperitiff. I jak zaznaczyłem wyżej - bez puenty. No i bez fantastyki. Nie zauważyłem także uczty wyobraźni. Nijakie, zbędne, przeciętne opowiadanie po nic. Niczego nie wnosi, niczym nie zachwyca, do niczego nie zmierza. Jest tak standardowe, że aż zdradzę jego treść. Jest sobie lekko zeschizowana rodzinka, która co roku jeździ na wakacje pod namiot. Ojciec wkurza rodzinkę swoim dzikim entuzjazmem. Matka zabija ojca. <<Pozostali przy życiu Wainwrightowie>> (dosłowny cytat z opowiadania) wyjeżdżają na swoje pierwsze wakacje bez namiotu. Koniec. 

Podróż piąta - pretensjonalna
"Dywan z hobów" jest standardowym przykładem dzieła wymuszonego, napisanego przez pisarza bez weny, bez większego pomysłu.
"Dywan z hobów" dotyczy świata, w którym kreacjonizm zaczyna przegrywać z ewolucjonizmem reprezentowanym przez głównego bohatera. Świat się zmienia, ludzie nie potrafią się do niego dostosować. Coś tam jeszcze autor bredzi o człowieczeństwie i kontaktach z tytułowymi hobami, myślącymi istotami, które ludzie traktują gorzej niż świnie w rzeźni, a które z niewiadomych przyczyn godzą się na swój katorżniczy los (w tym miejscu wielkie WTF w stronę autora). Z wierzchu więc, to opowiadanie jest dobre, poprawne, jest takie, jakim dobra historia powinna być w założeniu. Tylko, że brakuje w nim duszy, odczucia, że pisarz oddaje serce dla tej historii, że w nią wierzy. Wszystko jest takie jakieś wymuszone, odnoszę wrażenie, że pisane na zamówienie na zasadzie "nie mam weny, ale coś skrobnę, mój atrakcyjny, kwiecisty styl przysłoni pustkę opowiadanej historii, brak w niej duszy". Poza tym to już wcześniej wielokrotnie było, podane w atrakcyjniejszej i ciekawszej formie.
Moje odczucia są takie - przeczytałem, odhaczyłem i idę dalej, kolejne opowiadanie Macleoda do zaliczenia. Chyba nie o to chodzi pisarzowi, który oczekuje od swoich dzieł większej roli, aniżeli bycia zwykłymi czytadłami (a i pod tym względem jest różnie, bo często przynudza).

Antrakt - "O spotkaniach z innymi wyspami"
Interesująca przenośnia kontaktów międzyludzkich.

Podróż ostatnia -Quo vadis, Ianie Macleod?
Co to było? Co chciał przekazać Macleod w "Drugiej podróży króla" kreśląc obraz quasi-Królestwa Niebieskiego, które nastało już po pierwszym przyjściu Chrystusa? Punktem wyjścia jest wybór dokonany przez Chrystusa podczas 40-dniowego poszczenia na pustyni, chociaż kuszenia diabła tutaj nie ma. Jezus wybiera, nie ma ukrzyżowania, pojawiają się za to zastępy niebieskie w sile wszystkich hufców anielskich, Jerozolima staje się zaczątkiem Królestwa na Ziemi. Do takiej Jerozolimy przybywa Baltazar, ostatni żyjący z trzech mędrców ze Wschodu. Spotyka ponownie Chrystusa, męczą go jakieś wątpliwości, potem odchodzi na pustynię i koniec. WTF? Ok pomysł może być, niezbyt oryginalny, ale poprawny, ale po co to całe opowiadanie powstało. Intencje Baltazara, intencje także Jezusa Chrystusa są totalnie nieczytelne, nie byłem w stanie odgadnąć nawet motywacji bohaterów opowiadania do dokonania takich, a nie innych wyborów. Atrakcyjny sztafaż opowiadania nie był w stanie przysłonić mi miałkości fabuły.
Pojawia się w tym miejscu pytanie, dokąd zmierzasz autorze w swojej twórczości? Udany świat eteru zawarty w dwóch powieściach i jednym opowiadaniu, a reszta? Przede mną jeszcze "Pieśń czasu", ale w dziedzinie nowelistycznej Macleod ponosi w zasadzie same porażki fabularne. 

Przeczytanie wszystkich opowiadań z tomu "Podróże" zajęło mi bez mała półtora miesiąca. Po Wainwrightach byłem tak rozczarowany, że musiałem sobie zrobić dłuższą przerwę, co by złapać dystans. Niestety niewiele to zmieniło, "Dywan z hobów" był nudny jak flaki z olejem, do tego niesmaczny, zaś "Druga podróż króla" bez polotu. Jedynie "O spotkaniach z innymi wyspami" stanowi niezłą przenośnię, ale to tylko shortcover, ciężko za to podziwiać twórczość pisarza. Przede mną "Pieśń czasu", ostatnia szansa Macleoda na rekompensatę w moich oczach.

piątek, 2 listopada 2012

A.Christie "Morderstwo w Orient Expressie"

Po długotrwałej i zwycięskiej kampanii z "Szatańskimi wersetami" konieczne stało się zapodanie sobie czegoś lżejszego, rozluźniająco-stymulującego. Stąd też sięgnąłem po klasyczny kryminał Agathy Christie.

Faktycznie "Morderstwo w Orient Expressie" to dobra powieść, z całkiem niezłym i zasadniczo trzymającym się kupy rozwiązaniem zagadki. Sama zagadka nie była dla mnie jakoś specjalnie zaskakująca, domyślałem się jej tak od połowy książki, ale faktem jest, że nie dopuszczałem jej, jako zbyt nieprawdopodobnej, co by się Agacie Christie powieść nie rozeszła w szwach. Ale się okazało, że pani autorka ładnie wszystko pozapinała (no było kilka drobnych minusów, ale mam dobry humor po zwycięstwie Jerzego Janowicza nad Andym Murrayem, więc odpuszczę), co dało satysfakcjonujące zakończenie. Przy czym to, co mnie się najbardziej spodobało to nie rzeczona tajemnica morderstwa, a to, w jaki sposób Christie poradziła sobie z moralnymi implikacjami wynikającymi z takiego, a nie innego wymyślenia sobie sprawcy morderstwa. Było to jedyne, słuszne zakończenie książki, ale na szczęście Christie na to wpadła, i za to ode mnie plus.

Więcej nie ma potrzeby się rozwodzić nad tą powieścią, w końcu to tylko dobry kryminał.

środa, 31 października 2012

Sunt lacrimae rerum

"19.Co myślicie o bóstwach El-Lata i Al-Ozza
20.I o Manat, trzeciem ich bożyszczu? 
21.To najprzedniejsze boginie 
22.I można liczyć na ich wstawiennictwo"
- szatańskie wersety

"(...)W swoich pierwszych snach widzi początki, Szejtana zrzuconego z nieba, usiłującego chwy­cić gałąź wyrastającą z najwyższej Rzeczy, drzewo lotosu, najdalszy kraniec stojący pod Tronem, Szejtana przegrywającego, spadającego jak kamień w dół, chlap. Ale nadal żyje, nie umarł, nie mógł umrzeć, śpiewał z tego diabelskiego dna swoje łagodne, kuszące wersety. O, te słodkie pieśni, które znał. Jego córki wspierały go diabelskim chórkiem, o tak, wszystkie trzy, Lat Manat Uzza, pozbawione matki dziewczyny śmiejące się razem ze swoim Abba, tłumiące dłońmi cichy śmiech z Gibrila, co za kawał przygotowujemy dla ciebie, chichoczą, dla ciebie i tego biznesmena na wzgórzu.(...) Biznesmen: oto nadchodzi. (...) Nadchodzi: wspina się po zboczu góry Cone do jaskini. Wszy­stkiego najlepszego z okazji urodzin: dzisiaj skończył czterdzieści cztery lata. Lecz mimo że miasto za nim i poniżej niego wypełniają hucznie świętujące tłumy, on wspina się, samotnie. Nie dla niego nowe urodzinowe ubrania, starannie wyprasowane i złożone na posła­niu. Człowiek o ascetycznych upodobaniach. (Co to za dziwny biz­nesmen?)
Pytanie: Co jest przeciwieństwem wiary?
Nie niewiara. Zbyt ostateczne, pewne, kategoryczne. Samo w so­bie jest swego rodzaju wiarą.
Odpowiedź brzmi: Powątpiewanie.(...)"


"(...)I któ­regoś dnia sam Mahound wymyka się. Kiedy jego ucieczka zostaje odkryta, Baal układa pożegnalną odę:
Jaką ideą
wydaje się Uległość* dziś?
Wylęknioną myślą.
Ideą, która bieży sobie gdzieś.(...)"


"(...)Każdej nowej idei, Mahoundzie, stawia się dwa pytania. Pierwsze zadaje się wtedy, gdy idea jest słaba: Jakiego rodzaju ideą jesteś? Czy należysz do tych idei, które idą na kompromis, układają się, przystosowują do społeczeństwa. Szukają dla siebie schronienia, aby przetrwać, czy też jesteś przekorną i krwiożerczą myślą, sztywną jak kij ciężką idiotką, która prędzej złamie się niż ugnie pod podmuchem wiatru? - Tym rodzajem, który najprawdopodobniej, dziewięćdziesiąt dziewięć razy na sto, zostanie starty na proch; ale, za setnym razem, zmieni świat.
- Jakie jest drugie pytanie? - zapytał głośno Gibril.
Odpowiedz najpierw na pierwsze.(...)"
i dalej: "(...)Mahoundzie, każdej nowej idei zadaje się dwa pytania. Kiedy jest słaba: czy pójdzie na kompromis? Znamy odpo­wiedź na to pytanie. A teraz, Mahoundzie, jako że wracasz do Dżahi­lijji, czas na drugie pytanie. Jak postępujesz, kiedy zwyciężasz? Kiedy wrogowie są zdani na twoją łaskę i niełaskę i kiedy twoja władza staje się absolutna: co wtedy?(...)"


Ciężko poprzez recenzję wyrazić zachwyt nad powieścią, a jednocześnie być zrozumianym przy opisie elementów, które zachwyciły, jeżeli autor operuje językiem, stylem, jak w powyższych fragmentach. Stąd wcześniej i później liczne cytaty, które zamieszczam dla zobrazowania swojego zachwytu nad prozą Salmana Rushdiego.

Warto przed lekturą "Szatańskich wersetów" zrobić sobie research. Dzięki temu będzie wiadomo m.in. kim są Lat, Manat i Uzza, kim jest biznesmen i jaką rolę odgrywa w tym Gibril, Aisha, Koran itd. Samodzielne odkrywanie sekretów "Szatańskich wersetów" jest ekscytujące. Słowniczek na końcu powieści jest bardzo przydatny, ale nie wyjaśnia wielu subtelności. Do tego odnosiłem cały czas wrażenie (słuszne zapewne), że tłumaczenie pozostawia wiele do życzenia (styl Rushdiego jest płynny, elokwentny, poetycki wręcz, a tutaj to wszystko często sprawiało wrażenie nieczytelnego bełkotu, zgrzytało, co stanowi dodatkowe utrudnienie).

Wskazany na początku "fragment Koranu" podobno w swojej pierwotnej wersji tak brzmiał, w wersji oficjalnej, aktualnie obowiązującej wersy 21 i 22 miało to być zmienione. Na czym polega kontrowersja, która spowodowała, że Rushdie jest centralnym podmiotem pewnej fatwy? El-Lata, Al-Ozza i Manat to boginie czczone w Mekce w okresie Dżahilijji (okres przedislamski). Mahomet wygłaszający tam kazania, na zadane pytanie (wersy 19-20), miał odpowiedzieć jak w wersach 21-22. Jest to o tyle istotne, że wskazane wersy całkowicie negują propagowany przez Mahometa allachowski monoteizm, a jednocześnie podkreślają polityczny i przyziemny charakter głoszonych przez Mahometa poglądów (doraźność Koranu jako elementu lokalnej polityki Mahometa). Nie wiem ile w tym prawdy, a ile legendy, ale nie może więc dziwić, że wersy te zostały potem usunięte z Koranu, skoro zagrażały spójności teologicznej rodzącej się religii.

Słów parę na temat rzeczonej fatwy (i na tym będzie koniec, bo nic tak nie wypromowało "Szatańskich wersetów" oraz zaszkodziło przez to obrazowi Islamu, jak krzywdzące i debilne zachowanie fundamentalistów islamskich). W gorącej wodzie kąpane łby tych Arabów, którzy czytują Koran jak Mein Kampf i uważają, że słowa jakiegoś człowieka, żyjącego kilka tysięcy stuleci wcześniej, do dnia dzisiejszego na wiele sposobów źle odczytane, mogą stanowić podstawę do usprawiedliwienia wszelkich działań zmierzających do mordowania ludzi pod pretekstem obrony wiary, która z założenia jest pokojowa. Czy tym zakutym łbom nie przyszło do głowy, że tytuł książki odnosi się także, a może przede wszystkim do samej powieści? Że dla Rushdiego jego dzieło także stanowi pewną ekspiację własnego, twórczego kontaktu z podszeptem szatana? Że sztuka sama się broni, a ograniczanie jej interpretacji wyłącznie (jak to wynika z treści fatwy) do tego, że powieść jest "przeciwko islamowi, Prorokowi i Koranowi" jest infantylne i świadczy o ograniczeniu umysłowym ludzi, którzy w to wierzą? Przede wszystkim zaś, że liczne nawiązania do Koranu, skorzystanie z szatańskich wersetów stanowi dla autora tylko i aż literacki środek wyrazu i nie należy tego odczytywać dosłownie, zwłaszcza, jeżeli powieść zalicza się do realizmu magicznego? W ostateczności bowiem okazuje się, że obraz Mahometa przedstawiony w powieści jest jak najbardziej pozytywny, pomimo tego że odarty z mitologii i legendarnych naleciałości. Ja rozumiem, że ciemny lud każdą bzdurę kupi, ale na tym właśnie polegać ma rola przywódców religijnych, żeby te masy odpowiedzialnie uświadamiać. Rzeczona fatwa jest więc o tyle absurdalna, że fragmenty odnoszące się do Mahometa i mitycznych szatańskich wersetów mają znaczenie wyłącznie drugoplanowe, stanowią jedynie podbudowanie historii Fariszty i Czamczy. Świadczy między innymi o tym to, że Fariszta jedynie śni swoją wersję objawień, których rzekomo dokonywał Mahometowi na górze Cone jako archanioł Gabriel, śni i śni się również innym postaciom, np. reprezentującym skrajny odłam Islamu. Fundamentaliści też mają swojego przedstawiciela w powieści, którym jest Imam, beneficjent demokratycznego Zachodu, wygnaniec, walczący z nim i wszystkim, co jest z nim utożsamiane:
"(...)Historia - trucizna, dzieło i opętanie Diabła, wielkiego Szejtana, to największe z kłamstw - postęp, nauka, prawa - przeciwko którym Imam występuje. Historia jest zejściem ze Ścieżki, wiedza jest ułudą, ponieważ skarbiec wiedzy zapełnił się do końca w dniu, w którym Al-Lah zakończył przekazywanie swoich objawień Mahoundowi. <<My usuniemy zasłonę historii - głos Bilala przenika w zasłuchaną noc - i kiedy to się spełni, ujrzymy Raj w całym jego blasku i chwale>>(...)".

Dosyć religijnego tałatajstwa, teraz tylko i wyłącznie o literaturze przez duże L. "Szatańskie wersety" to arcydzieło realizmu magicznego, skojarzenia z "Mistrzem i Małgorzatą" jak najbardziej na miejscu (różnica jest tylko taka, że ta druga powieść zdecydowanie mnie nie zachwyciła). Arcydzieło, w którym umiejętne przedstawienie "fałszywej" historii początków Islamu, stanowi antrakt, uzupełnienie właściwej historii dwójki protagonistów "dobrego" diabła Saladyna Czamczy, i "złego" anioła Gibrila Fariszty. Ich losy, przesycone niesamowitym bogactwem kulturowym i religijnym Indii, magią właściwą dla realizmu magicznego, na tle materialistycznego i nieco jednowymiarowego Zachodu, są fascynujące i zaskakujące.

Opisując swoich bohaterów Rushdie pozwala sobie na wiele interesujących przemyśleń, i sam nie wiem ile z nich ma charakter autobiograficzny, czy autoparodystyczny:
"(...)przez lata całe z pierwszych dwóch tygodni w swoim ulubionym Eloen Deigreken** pamiętał jedy­nie funty szterlingi i pensy, podobnie jak ten uczeń króla-filozofa Chanakji, który zapytał wielkiego człowieka, co miał na myśli, mó­wiąc, że można mieszkać i jednocześnie nie żyć na tym świecie, i który w odpowiedzi otrzymał polecenie, by pod groźbą kary śmierci przeniósł wypełniony po brzegi dzban przez tłum świętujących ludzi nie uroniwszy kropelki. Kiedy uczeń powrócił, nie potrafił opisać przebiegu uroczystości świątecznych, ponieważ cały czas zachowy­wał się jak ślepiec, widząc jedynie dzban na swojej głowie.(...)"
"(...)Człowiek, który wymyśla sam siebie, potrzebuje kogoś, kto by wierzył w niego, aby udowodnić, że zamysł mu się powiódł.(...)"
"(...)Kiedy wielka idea przy­chodzi na świat, wielka sprawa, zadaje się wtedy zasadnicze pytania - mówiła półgłosem. - Historia pyta nas: jaki rodzaj sprawy reprezen­tujemy? Czy jesteśmy bezkompromisowi, bezwzględni, silni, czy też okażemy się oportunistami, którzy idą na kompromis, lawirują i pod­dają się? (...)"

Wydaje się też, że Rushdie pisząc "Szatańskie wersety" spodziewał się, że jego artystyczna wizja spotka się z fatwą. Końcowe fragmenty opisujące losy Baala, satyryka, który pozwolił sobie sparafrazować i zadrwić z haremu Mahounda:
"(...)Jestem Baal - oznajmił. - Nie uznaję żadnej władzy oprócz władzy mojej Muzy; lub ściślej mówiąc, tuzina moich Muz.
Straże pochwyciły go.
Generał Chalid chciał przeprowadzić egzekucję Baala od razu, lecz Mahound zażądał, by poeta stanął przed sądem bezpośrednio po rozprawie nierządnic. Toteż kiedy dwanaście żon Baala, które roz­wiodły się z kamieniem, aby poślubić jego, poetę, zostało już skaza­nych na śmierć przez ukamienowanie, co było karą za ich niemoralne życie, Baal stanął twarzą w twarz z Prorokiem, zwierciadło naprzeciw odbicia, ciemność naprzeciw jasności.(...) Tak więc został skazany na ścięcie w przeciągu godziny i kiedy żołnierze brutalnie wyprowadzili go z namiotu, by powieść ku miej­scu egzekucji, krzyknął przez ramię: - Nierządnice i pisarze, Mahoundzie. Jesteśmy ludźmi, którym nie możesz wybaczyć.
Mahound odpowiedział: - Pisarze i nierządnice. Nie widzę tu żadnej różnicy.(...)"


"Szatańskie wersety" są powieścią niezwykle złożoną, która wymaga maksymalnego skupienia, koncentracji. Tutaj każde zdanie, każde słowo, czy przecinek niesie ze sobą mnogość interpretacji, informacji, nawiązań. Nawiązania te pojawiają się dodatkowo w sposób zawoalowany, nieczytelny, tylko wcześniejsza znajomość faktów pozwala na właściwe domysły co do ich znaczenia. Dla zapalonych czytelników, którzy uwielbiają, kiedy autor ufa ich inteligencji i oczytaniu, jest to nie lada gratka i wyzwanie, dla pozostałych niemożliwa to osiągnięcia północna ściana Eigeru. Kopalnia odniesień, metafor, oksymoronów, mądrości, prawd życiowych i prawd banalnych.

Do tego Rushdie opowiada równolegle kilka historii, (nie)sen Fariszty, który stanowi niejako parafrazę spełniania się proroctw Mahometa, antagonistyczną relację Fariszta-Czamcza będący przewrotną parafrazą potyczki dobra ze złem, czy nawiedzoną pielgrzymkę mieszkańców wioski z Indii do Mekki. Te historie się przenikają na różnych poziomach, np. tu i tu pojawiają się postaci noszące identyczne imiona typu Miszal, Hind, albo nazwiska będące miejscami kultu np. Cone itd. Tych wspólnych płaszczyzn jest tyle, że sam zapewne spostrzegłem niewielką ich część. Niesamowita gimnastyka wyobraźni. Są w ramach powieści historie absolutnie genialne, arcydzieła prozy, jak między innymi przedostatni rozdział, opowiadający o "przejściu" przez Morze Arabskie nawiedzonych pielgrzymów. Granice pomiędzy fantazją, a rzeczywistością, pomiędzy racjonalnością, a religijną ekstazą, chorobą psychiczną, czy zwykłym złudzeniem są płynne i niebezpieczne, o czym świadczą podejmowane przez bohaterów wybory. Do samego końca czytelnik nie jest w zdanie rozróżnić tych elementów, wskazać właściwą interpretację zdarzeń, jest skazany na wybór, tak jak bohaterowie Rushdiego. Końcówka, rozstrzygnięcie losów Fariszty i Czamczy, wręcz wgniata w fotel, stanowi znakomite zakończenie oszałamiającej swą wieloznacznością fabuły, pojęcie szatańskich wersetów nabiera symbolicznego charakteru i stanowi epitet-wytrych dla zrozumienia przesłania powieści. Genialne, po prostu genialne***.

Sporym utrudnieniem w lekturze (i także odbiorze całości) są liczne dygresje. Przyznam, że i mnie to wielokrotnie przeszkadzało, zwłaszcza, że powieść czyta się długo i żmudnie, i zwyczajnie umykają z pamięci wcześniejsze partie książki. Rushdie lubuje się rozwodzić nad każdą niemal postacią w książce, dużo czasu zajmują wplatane dygresje, monologi, opisy światów wewnętrznych postaci, które w zasadzie nie odgrywają potem większej roli. Oczywiście te dygresje są równie interesujące, co główny wątek, przy czym w żaden sposób nie zagrażają spójności powieści, niemniej jest to pewien problem, jeśli idzie o ogarnięcie zamysłu autora.

Czy jednak "Szatańskie wersety" są najlepszą powieścią Rushdiego? Nie jestem w stanie na tę chwilę zweryfikować, gdyż do tej pory przeczytałem jedynie dwie lekkie baśnie pisarza "Harun i Morze Opowieści" oraz "Luka i Drzewo Życia", które były bardzo dobre, ale zasadniczo dla dzieci. Na pewno "Szatańskie wersety" są książką najgłośniejszą, która wyniosła autora na podium znanych pisarskich nazwisk. Na pewno jest to dzieło wybitne, wyśmienite, literatura piękna z najwyższej półki, o sporym ciężarze gatunkowym, niezapomniane dzieło i, pomimo braku akcji, trzymające w imadle zainteresowania, bynajmniej nie z uwagi na kontrowersyjną interpretację historii islamu. Bez wątpienia każdy szanujący się czytelnik powinien zapoznać się z prozą Rushdiego, która jest trudna, ciężka, ale wnosi ze sobą wiele niezapomnianych wrażeń czytelniczych. Żeby wejść łagodnie w wyobraźnię Rushdiego najlepiej zacząć od lekkiej i przyjemnej lektury "Haruna..." lub "Luki...", a dopiero potem pozwolić się przygnieść innym jego dziełom. W tej kolejności "Szatańskie wersety" są ze wszech miar godne polecenia, ale niekoniecznie obowiązkowe.

Na koniec kilka wyrwanych z kontekstu, świetnych cytatów:
"(...)Góra lodowa to woda, która stara się być lądem; natomiast góra, szczególnie góra w Himalajach, a w szczególności Everest, jest z ko­lei próbą ziemi, by przemienić się w niebo; jest unieruchomionym lotem, ziemią zmienioną - prawie - w powietrze, czymś, co w istocie rzeczy, stało się wyniosłe(...)"
"(...)Ostatnią emocją goszczącą na twarzy ojca, tuż po bezowocnych wysiłkach służb medycznych, była nieopisana groza, tak wyraźna, że Salahuddin stanął jak skamieniały. Co widział? Co czekało tam na niego, na nas wszystkich, że tak przeraziło tego dzielnego człowieka? Kiedy było już po wszystkim, powrócił do łóżka Czangeza i dostrzegł uśmiech przylepiony do wykrzywionych ust.(...)" Co widział? Obraz ze szpitala nie dawał Salahuddinowi spokoju. Dlaczego był tak przerażony? I skąd na koniec wziął się ten uśmiech?(...)"
"(...)Świat, jak ktoś napisał, jest miejscem, którego istnienie potwier­dzamy, umierając na nim.(...)"

* dosłowne tłumaczenie słowa "islam" (uległość, poddanie się Allachowi)
** kraina z marzeń, wyśniona kraina (tutaj Londyn)
*** (uwaga mały spoiler!!!) w polskim tłumaczeniu, na które już psioczyłem, jedno końcowe zdanie jest źle przetłumaczone, co dosyć istotnie zmienia sens całości - "Let's get the hell out of here"  powinno być, a jest "Wynośmy się stąd" (zwrócił na to uwagę w swojej recenzji MajinFox na lubimyczytac.pl, za co jestem mu niezmiernie wdzięczny)

poniedziałek, 29 października 2012

Kult włóczęgi, szaleństwa i nieodpowiedzialności


Po emocjach związanych z ostatnim w sezonie występem naszej tenisowej mistrzyni, zamiast wziąć się ponownie za bary z "Szatańskimi wersetami", postanowiłem dokończyć ledwo co rozpoczęte, ponoć kultowe "W drodze" Jacka Kerouac.

Truman Capote o beatnikach i Jacku Kerouacu:
„Żaden z tych ludzi nie ma nic ciekawego do powiedzenia i żaden z nich nie potrafi pisać. Nawet pan Kerouac. To nie pisanie. To stukanie w maszynę do pisania.”

Nie mam pojęcia kim są bitnicy i czemu toto było takie kultowe. Kilka pokoleń się już od tego czegoś przewinęło i po lekturze "W drodze" wnoszę, że Beat Generation to nic nadzwyczajnego. Z treści powieści wynika, że miało to miejsce tuż po II wojnie światowej. Ot typowy "bunt" młodego pokolenia przeciwko społeczeństwu, brak zgody na wyścig szczurów, na standardowy model rodziny, na hipokryzję itd. Tylko, że wbrew pozorom sami bohaterowie są pełni obłudy, taka hipokryzja nastolatków aż się wylewa z tej książki. Nieodpowiedzialność, wykorzystywanie innych (np. Dean i Ed Dunkel biorą w trasę żonę tego drugiego, bo ma forsę, w momencie, kiedy kończy się jej kasa zostawiają ją bez opieki i kasy na jakimś zadupiu i jadą dalej), egoizm i szaleństwo. Obraz pokolenia. Co złego to nie my, moralność Kalego, hipokryzja na całego:
"Po jakichś piętnastu kilometrach Dean podjechał na stację benzynową na wyłączonym silniku, zobaczył, że pompiarz śpi sobie w najlepsze przy biurku, wyskoczył, napełnił cicho bak, dopilnował, żeby dzwonek nie zadzwonił i odjechał jak Arab z bakiem pełnym benzyny, wartej pięć dolarów, na naszą pielgrzymkę."
Główny bohater Sal Paradise podróżuje po całym kontynencie, żyje sobie bez zobowiązań, ale kiedy już niemal umiera z głodu mówi tak:
"A gdzie był Dean? Gdzie byli wszyscy? Gdzie było życie? Miałem dokąd pójść, miałem dom, miałem gdzie złożyć głowę, aby potem móc podsumować straty i zyski, które na pewno też gdzieś się kryły. Musiałem tylko wyżebrać dwadzieścia centów na autobus."
Czyli co, kontestacja życia, otoczenia, rzeczywistości, ale jak przychodzi co do czego, to trzeba mieć zawsze gdzie wrócić? Pozowanie na obieżyświata, obywatela świata, na życie bez ograniczeń, życie w drodze, ale jakby, co to trzeba mieć gdzie wrócić, trzeba mieć dom? No piękna obłudna historia.
Dziw bierze jedynie, że to nie są nastolatki, tylko ludzie dorośli. Bo na czym tak naprawdę polega kultowość tej książki? Na tym, że grupa dorosłych ludzi ma w nosie porządek społeczny, "buntuje się" przeciwko niemu, a de facto w ostateczności i tak prędzej czy później męczą się w tym wszystkim i wracają do domu albo zakładają własne rodziny. Jak w wyżej wskazanym fragmencie powieści.
No ale wystarczyło potem, by Sal Paradise się najadł, chwilę odsapnął i już mu się zaczęło nudzić, już go ciągnęło do włóczęgi i nieodpowiedzialnego życia. Nic nadzwyczajnego, sam mam tak często, że monotonne odbębnianie codziennych obowiązków, rytuałów nuży, nudzi, człowiek ma ochotę wyrwać się gdzieś. Wczoraj na przykład obserwowałem wieczorne niebo, było dosyć przejrzyste nad miastem, można było obserwować gwiazdy, czy lecące wysoko samoloty, dusza wyrywała się do innych krajów, w inne miejsca, miałem ochotę wsiąść do samolotu byle jakiego i polecieć do Indii, Australii, RPA. Co ja piszę, wielu spośród nas tak ma. Ale dlaczego od razu dorabiać do tego całą filozofię, tę całą Beat Generation? Czy dla usprawiedliwienia własnego nieróbstwa, skrajnej nieodpowiedzialności za siebie i innych koniecznie trzeba dorabiać idee, tworzyć ruchy, udawać wobec siebie i innych, że znaczy to więcej, niż tylko chęć zrobienia zwykłej rozpierduchy w codzienności? Sztuczne to i puste w środku. Trochę się to kojarzy ze współczesnymi hipsterami, czyli mnóstwo formy, zero treści. Podobnie ma się rzecz z kibicami piłkarskimi, którzy udają, że walczą o barwy klubowe, a tak naprawdę mają ochotę na bezkarną rozróbę.

Takie jest moje podsumowanie "W drodze", jako manifestu generacji beat. Kerouac zdaje sobie z tego doskonale sprawę, że ta cała beat manifa jest śmieszna, obłudna i pusta, boi się wziąć na serio konfrontację beatu z rzeczywistością, woli sobie z tego zrobić jaja, jak w tym fragmencie, ustami Carlo Marxa (alter ego Allana Ginsberga):
 "Carlo chodził po domu w szlafroku i wygłaszał na wpół ironiczne mowy:
- Wcale was nie chcę pozbawiać tych waszych szpanerskich łakoci, ale chyba już czas, żebyście się zdecydowali, kim jesteście i co zamierzacie robić. - Carlo pracował w biurze, pisał na maszynie. - Chciałbym wiedzieć, co ma znaczyć takie wieczne przesiadywanie całymi dniami w domu. Do czego mają prowadzić te rozmowy i co chcielibyście robić. Dean, dlaczego zostawiłeś Camille i pojechałeś po Marylou? -1 tylko śmiechy w odpowiedzi. - Marylou, dlaczego włóczysz się tak po kraju i jakie masz plany związane z welonem? -Ta sama odpowiedź. - Edzie Dunkel, dlaczego porzuciłeś w Tucson dopiero co poślubioną żonę i po co ty tu wysiadujesz na tej swojej wielkiej, tłustej dupie? Gdzie twój dom? Gdzie pracujesz? - Ed Dunkel zwiesił głowę szczerze zakłopotany. - Sal, jak to się stało, że wpadłeś w takie bagno, coś ty zrobił z Lucille? - Poprawił sobie szlafrok i usiadł naprzeciwko nas. - Dni gniewu jeszcze nadejdą. Ten balon długo was już nie utrzyma. Zresztą to balon abstrakcyjny. Wszyscy pofruniecie na Zachodnie Wybrzeże i wrócicie tu chwiejnym krokiem w poszukiwaniu swojego kamienia."
Jak tak się zastanawiam, to hipsterom do beatników bardzo blisko. W końcu objawione ostatnio filmy "On the road", czy "Skowyt" mają zapewne hipsterów jako grupę docelową. Ja w każdym razie filmu nie zamierzam oglądać. Albo nie, obejrzę, ale tylko dla kreacji Viggo Mortensena, jako Old Bull Lee.

Natomiast jako powieść, bez zwracania uwagi na wypływającą z książki ideologię, to "W drodze" jest całkiem przyjemną, przeciętną lekturą, którą można przeczytać, a następnie zapomnieć. Jest też przede wszystkim pomnikiem swoich czasów, retrospekcją dni, kiedy Ameryka była jeszcze mocno purytańska, a ta samochodowa młodzież starała się sobie nic z tego nie robić. Poza tym powieść niewiele więcej wnosi, opowiada jedynie historię grupki młodych ludzi połączonych nietypową, a zarazem sztampową przyjaźnią, którzy sobie szaleją po kontynencie bez większych zobowiązań, dorabiają do tego sztuczną filozofię, ale szybko się takim konsumpcyjnym życiem męczą i dołączają do społeczeństwa, kontestując następnie kolejne buntownicze pokolenie.

środa, 24 października 2012

WTA Championships Istanbul 2012


Agnieszka Radwańska i Serena Williams - ceremonia po finale Wimbledonu 2012

Coś z nieco innej beczki, co odciąga mnie w tym tygodniu od lektury "Szatańskich wersetów". To może być tylko tenis z udziałem Agnieszki Radwańskiej :)

Kończy się kobiecy sezon tenisowy roku 2012. Sezon niezwykle udany, w którym Agnieszka Radwańska, już teraz najwybitniejszy polski tenisista/ka wszechczasów (medialną histerię odnośnie Fibaka i śp. Jadwigi Jędrzejowskiej* przemilczę), odniosła 3 turniejowe triumfy (Dubaj, Bruksela i wisienka na torcie, czyli Miami), zagrała w finale Wimbledonu i Tokio, i była realną, czwartą po Azarence, Williams i Sharapovej, siłą w kobiecym tenisie. I to wszystko dziewczę drobne, nadobne, jedyna w czołówce kobieta wyglądająca jak kobieta. Oprócz tego siostra Agnieszki, Urszula Radwańska wbiła się klinem do pierwszej trzydziestki rankingu. Doświadczona przez los Urszula (miała wrodzoną wadę kręgosłupa, która groziła jej trwałym kalectwem) straciła dwa lata na leczenie, ale w tym roku wykonała solidny skok rankingowy i nie zapowiada się, żeby był to koniec. Może być nawet tak, że po raz pierwszy w historii w turnieju wielkoszlemowym będą dwie rozstawione polskie tenisistki (w styczniowym Australian Open).

Dzięki znakomitej postawie w sezonie Agnieszka już we wrześniu zakwalifikowała się do nieoficjalnych mistrzostw świata cyklu WTA, czyli WTA Championships, turnieju z udziałem najlepszej rankingowo ośemki tenisistek sezonu. Oprócz wspomnianych wyżej Williams, Azarenki, Sharapovej i Agnieszki Radwańskiej są to Angelique Kerber (tenisistka o polskich korzeniach, trenująca w Polsce, ale reprezentująca Niemcy, bo tam ma realne, mocne wsparcie tenisowej federacji), Petra Kvitova, Sara Errani i Na Li. Jako rezerwowe przyjechały w tym roku Samantha Stosur oraz Marion Bartoli. USA, Białoruś, Rosja, Polska, Niemcy, Czechy, Włochy, Chiny, Australia, Francja. Proszę mi pokazać inny sport indywidualny, w którym polski reprezentant pełni wiodącą rolę, a w którym mamy pełny światowy zestaw reprezentantów. Tenis jest drugim po golfie najpopularniejszym na świecie sportem indywidualnym, stąd nie podlega dyskusji wiodąca rola Agnieszki Radwańskiej jako ambasadora polskiego sportu. 

Wracając do WTA Championships Istanbul 2012 zawodniczki podzielone są na dwie grupy, gdzie każda gra z każdą. W pierwszej grupie są Azarenka (1), Williams (3), Kerber (5), Li (8), w drugiej Sharapova (2), Radwańska (4), Kvitova (6), Errani (7). Po dwie najlepsze awansują do sobotnich półfinałów, gdzie mamy już typowy dla tenisa drabinkowy system eliminacyjny. W niedzielę finał. Cyferki oznaczają miejsce rankingowe. Turniej odbywa się w hali, na wyjątkowo wolnej nawierzchni twardej. Link do info o turnieju:

Wczoraj był pierwszy dzień zmagań. Już w pierwszym meczu Agnieszka Radwańska zmierzyła się z jedną nielicznych tenisistek, z którymi dotąd nigdy nie wygrała, absolutną dominatorką ubiegłego sezonu, zwyciężczynią WTA Championships Istanbul 2011, czyli Petrą Kvitovą. W tym sezonie Kvitova nie błyszczała, ale to i tak niezwykle groźna tenisistka, jedyna obok Williams zawodniczka kompletna, świetna technika, przegląd pola, precyzja, siła, poruszanie się po korcie (pomimo klocowatej figury), tylko zdrowie i psychika czasami nie domaga. Ważny to był mecz, Agnieszka wygrała go zgrabnie 6-3, 6-2. Wynik wygląda na łatwe i przyjemne, ale było trochę walki i groźnych momentów. Tak, więc początek turnieju udany, Agnieszka wygląda świeżo i dobrze, oby tak dalej.
W drugim meczu tej grupy Sharapova ograła cherubinka z Włoch także w rozmiarze 6-3, 6-2. Dzisiaj mecz o hegemonię w grupie pomiędzy Radwańską i Sharapovą.
Wczoraj odbył się również jeden mecz drugiej grupy, w którym Williams bez większych problemów pokonała Kerber 6-4, 6-1. Dzisiaj udział zaczyna Azarenka meczem z Kerber oraz Li meczem z Williams. Słów oficjalnych parę odnośnie wczorajszych potyczek:

Tak, więc emocji jeszcze co niemiara, a wpis będę stopniowo aktualizował. Obym przy kolejnej miał pozytywne wieści na temat kortowych relacji Agnieszki z lodowatą królową rosyjskiego tenisa.

Aktualizacja 25.10.2012r.:
Niestety po niezwykle dramatycznym, emocjonującym i głośnym meczu Agnieszka przegrała z Sharapovą 7-5, 5-7, 5-7. Mecz trwał 3 godz. 12 minut, kończył się o godzinie 2 w nocy czasu miejscowego. Agnieszka straciła mnóstwo sił, jej szanse awansu do półfinału nieco zmalały, a w dodatku przegrała najbardziej wyrównany mecz z Sharapovą w swojej karierze. Szkoda. Swoją drogą wrzaski Sharapovej powinny zostać ukrócone, to nie są naturalne odgłosy, a im dalej w mecz, tym ich intensywność była coraz większa. Robi to z tenisa jakiś jarmark dla bydła w Ameryce Płd.
W pozostałych wczorajszych meczach Azarenka pokonała po równie dramatycznym meczu Kerber 6-7, 7-6, 6-4, zaś Williams pokonała Li 7-6, 6-3. Tym samym Williams jest już w półfinale, pytanie tylko z którego miejsca. Dzisiaj ponoć hitowy mecz Williams z Azarenką (ale nie będę oglądał). Agnieszka dzisiaj nie gra. 

Aktualizacja 26.10.2012r:
Ojojoj.  Mecz Agnieszki z Sharapovą trwał 3h12m, mecz z małą koksiarą z Włoch 3h29m. Z Agnieszki to niezły stachanowiec tenisa. Mecz z Errani był źle rozgrywany przez Agnieszkę taktycznie, ale ostatecznie skończyło się dobrze. Jej najdłuższy mecz w życiu, najdłuższy w historii WTA Championships. A jutro już o 14 półfinał z najwybitniejszą tenisistką w historii, w jej najlepszej formie od lat. Czy wycieńczona fizycznie i psychicznie Radwańska zdoła ugrać parę gemów? Bo w to, że wygra to nawet ja nie wierzę. No ale nadzieja umiera ostatnia.
A dlaczego tak brzydko piszę o Włoszce? A proszę bardzo:
http://straightsets.blogs.nytimes.com/2012/09/06/errani-tries-to-distance-herself-from-barred-spanish-doctor/
Zwyczajnie nie ufam i nie wierzę sportowcom, którzy odwiedzają regularnie specjalistów od koksu, a potem zarzekają się, że brali tylko aspirynkę i rutinoscorbin. A że to nie postępowanie karne, zasadę domniemania niewinności pomijam. No bo co się stało, że nagle zawodniczka z piątej dziesiątki rankingu wskakuje do WTA Championships? Takich skoków tenis nie przewiduje, to nie jest normalne, tutaj musi być doping. Zobaczymy jak się dalej ta historia rozwinie. 
Na razie jutrzejsze pary półfinałowe, czyli najlepsza czwórka rankingowa, najlepsze tenisistki sezonu. Gdzie tu kryzys kobiecego tenisa :)
S.Williams-A.Radwańska
M.Sharapova-V.Azarenka
Jutro na 95% ostatnia aktualizacja tego tematu. Po odpadnięciu Agnieszki ten turniej przestanie mnie interesować, oglądanie zmutowanych, czy drących się jak zarzynane koty tenisistek mnie nie rajcuje.

Aktualizacja ostatnia 27.10.2012r:
Zgodnie z wczorajszymi przewidywaniami Agnieszka gładko przegrała z nie przemęczającą się Sereną. Jak to się wypowiedział jeden masażysta zabrakło "glikogenu mięśniowego", który nie zdążył się zregenerować w mięśniach. Cokolwiek. W każdym razie Agnieszka pograła godzinę i udała się na zasłużone wakacje. W tym sezonie wtargnęła na sam top kobiecego tenisa, jest realną czwartą tenisistką sezonu, przez kilka tygodni była nawet drugą rakietą świata z szansami na liderowanie. Co więcej należy do top 4, która wyraźnie na tę chwilę odstaje od reszty stawki. Ten stan rzeczy trwa już kilka miesięcy, więc stabilizacja jest widoczna. Oby tak dalej Agnieszko, trzymam kciuki za rok kolejny, i dziękuję za miniony sezon, za mnóstwo emocji, począwszy na Sydney, poprzez Australian Open, Dubai, Miami, Madryt, Wimbledon, igrzyska olimpijskie, US Open, Tokio, Pekin, no i Stambuł. 

PS W finale spotkają się Serena i Sharapova, czyli tenisistki, które w Stambule Agnieszkę pokonały. Wygra pewnie Serena, która lubi niszczyć Sharapovą na korcie, ale mnie to w sumie już nie interesuje. Gdyby chociaż jedna z nich wyglądała kobieco, a nie jak king-kong w spódnicy, czy żyrafa o kwadratowych ramionach..., to może jeszcze bym się emocjonował. A tak to już nie jest tenis kobiecy, tylko hybrydowy.


*  Problem z Jędrzejowską jest taki, że za życia nikt o niej nie pamiętał, skończyła jako szatniarka (wdzięczność narodu, sic!), umarła zapomniana, a nagle wszyscy coś o niej gadają i piszą; mocno to niesmaczne i świadczy o braku właściwych proporcji w polskim narodzie. Niemniej jestem pod wrażeniem jej osiągnięć, jej miłości do tenisa, jej patriotyzmu, dlatego poniżej parę artykułów na jej temat.