sobota, 3 stycznia 2015

Skrót za siatkę cz.8 (Niven, Fadiman, Simpson, Ford)

Larry Niven, Stephen Barnes "Park marzeń" (ocena 6/10)Powieść czytana w ramach odskoczni od "Domu łańcuchów" Steve'a Eriksona, w zasadzie spełniła swoje zadanie. Nieskomplikowana, nie przeciążająca zwojów mózgowych rozrywka, mimo to wnosząca pewien bagaż wiedzy na temat kuriozalnych tworów, jakimi są kulty cargo na wyspach Melanezji.
Niven, jeden z gwardii tzw. klasyków s-f, zbratał się z bliżej nieznanym Barnesem, tworząc prostą w obsłudze opowiastkę o parku rozrywki oferującym futurystyczne LARP-y, w którym zostaje popełnione morderstwo na jednym ze strażników parku. Przez długi czas w kręgu zainteresowania autorów znajduje się sama gra w mity melanezyjskie, a dopiero w końcówce kwestie kryminalne nabierają rumieńców.
Przyzwoita dawka rozrywki, czuję się po niej wypoczęty. Nic nadzwyczajnego, ale można przeczytać. "Ark marzeń" jest tak w ogóle początkiem 4-tomowej serii, pozostałe trzy powieści nie zostały jednak do dnia dzisiejszego wydane w Polsce.

Jeffrey Ford - "Asystentka pisarza fantasy" (zbiór opowiadań) ocena 9/10
Kilkanaście opowiadań wydanych w omnibusie razem z powieścią "Portret pani Charbuque". Przeczytane jeszcze w listopadzie, więc już za niewiele pamiętam szczegółów, ale za to pozostał przyjemny posmak specyficznej lektury, intrygująca mieszanka Ballarda, Dicka i Kinga. Szczególnie ten pierwszy się kojarzy z Fordem, z uwagi na łatwość, z jaką Ford operuje językiem pisanym, widać to zwłaszcza porównując "W drodze do Nowego Egiptu" z "Kobietą, która liczy swoje oddechy". Przy tym, pomimo całej zabawy językiem, opowiadania Forda są klasyczne w formie, czyli najważniejsze elementy to dobry pomysł i puenta, i to puenta nie taka z czapy wzięta, lecz będąca logicznym następstwem fabuły. Większość historii w ten sposób została z powodzeniem napisana, świadczy to tylko o kreatywności i kunszcie pisarskim Jeffreya Forda.
Wszystkie nowele stoją na wysokim poziomie, osobiście jednak wyróżniłbym następujące:
"Z głębi kanionu" (świetny klimat i mistyka)
"Zombie Malthusiana" (pomysł i puenta)
"Daleka oaza" (genialny pomysł i wykonanie!)
"Reparata" (wyborne odwrócenie schematu fantasy)
"Pływanie w Lindrethool" (podobna idea co w filmie"Ona", ale o wiele oryginalniejsze wykonanie).
Bardzo przyjemny, lekki w odbiorze, wart polecenia zbiór opowiadań.

Jeffrey Ford - "Portret pani Charbuque" (ocena 8/10)
Ford przedstawia tutaj w narracji pierwszosobowej malarza portretów, który tworzy unikatowe dzieła dzięki umiejętności odwzorowania określonych momentów ludzkiej egzystencji. Trzeba namalować obraz małżeńskiego szczęścia? Proszę bardzo, szeroki uśmiech, serdeczny uścisk męża na kobiecej talii, patrzeć prosto. Bezpieczny obraz pożycia małżeńskiego, zamiast bladej, zmęczonej kobiety w objęciach wampira. Trzeba poprawić dzieło Boga? Nie ma sprawy, tu zasłonimy szparę między zębami, tu zmniejszymy zbyt wydatny nosek, odejmiemy lat umiejętnie operując światłocieniem. Sztuka zaglądania w ludzkie dusze.
Piero Piambo to portrecista, malujący grzeczne wizerunki bogaczy, żyjący bezpiecznie, ale bez większych, artystycznych ambicji. Poznajemy go w chwili, gdy rozmyśla nad swoją grzeczna sztuką, marząc o tworzeniu niepokornych dzieł jak "Śmierć na bladym koniu" Rydera. Tymczasem do portrecisty Piero Piambo zgłasza się kobieta, która zamawia portret bez możliwości oglądania jej wizerunku przez artystę. W tym samym mniej więcej czasie w okolicy zaczynają ginąć kobiety, a ich śmierć poprzez nieustający krwotok z oczu, budzi w Piambo skrajne przerażenie. 
Na kanwie tak zarysowanego pomysłu Ford kreśli oniryczną wizję tajemnicy pani Charbuque oraz powolnego upadku Piambo w otchłań szaleństwa. Jest to napisane swobodnym, poetyckim wręcz stylem Forda, prowadząc do niejednoznacznego zakończenia. Bardzo dobra powieść z elementami fantastyki. 

Joe Simpson "Dotknięcie pustki" (ocena 7/10)
Chyba najsłynniejsza, niebeletrystyczna rzecz traktująca o walce o przetrwanie. Autobiograficzna historia dwójki wspinaczy, którzy postanowili zdobyć zachodnią ścianę andyjskiego szczytu Siula Grande (6344 n.p.m.). Wbrew powszechnie przyjętym założeniom (mającym chyba pogłębić symbolikę opowieści) Simpson i Yates nie byli przyjaciółmi, a jedynie kumplami wspinaczkowymi, realizującymi wspólną pasję. W tym środowisku istotna jest nie tyle przyjaźń, co znajomość umiejętności wspinaczkowych partnera, bo od tego zazwyczaj zależy życie. 
"Dotknięcie pustki" z początku irytuje. Zamiast konkretnych, twardych informacji o skali trudności szczytu, podejścia, drogi wspinaczkowej i innych obiektywnych faktów (tak jak to było ładnie opisane w "Białym pająku") Simpson karmi czytelnika nieprecyzyjnymi opisami, które niewiele wnoszą. Dopiero od momentu wypadku pojawia się mapka oraz precyzyjne opisy obiektywnych pułapek zejścia. Opis walki obydwu wspinaczy jest emocjonujący i świadczy o bohaterskiej walce o życie, od której czytelnik nie może się oderwać. Przy tym Simpson i tak miał furę szczęścia, że szczelina, do której wpadł, była płytka oraz znajdowała się praktycznie u podstawy szczytu, tak że do czołgania miał tylko spad.
W ostateczności zatem "Dotknięcie pustki" to świetna książka, która jednak nie oddaje nawet ułamka tego, co mógł czuć Simpson podczas walki o życie. Sam autor to podkreśla w epilogu, jednocześnie zaznaczając pewne kwestie związane z syndromem stresu pourazowego. Właśnie te końcowe słowa dają obraz tego jakim koszmarem i przekroczeniem granic ludzkiej wytrzymałości było dla Simpsona czołganie się ze złamaną noga kilkanaście kilometrów w wysokogórskim krajobrazie. Warto obejrzeć także świetny film Kevina Macdonalda, by sobie to w pełni uzmysłowić.
wierzchołek Siula Grande
Simon Yates pochylający się nad Joe Simpsonem
Joe Simpson
Simon Yates
Anne Fadiman "Ex libris" (ocena 1/10)
Zbiór esejów dla maniaków czytania. Autorka, wykorzystując naturalną erudycję i popisując się mimowolnie swoją wiedzą literacka i oczytaniem, pisze o typowych objawach zadurzenia książkami: o prywatnych księgozbiorach, czytaniu wszystkiego, ile wlezie (np. instrukcji obsługi kosiarki do trawy), dedykacjach, białych krukach, własnej twórczości, manii korekty, plagiatach (najlepszy esej zbioru), dbaniu o książkę (używać zakładek!). Pretensjonalność autorki na akceptowalnym poziomie, naprawdę czytało się to świetnie, do momentu, gdy w eseju "Zamki moich przodków" pojawiło się następujące zdanie "Księgozbiór naszego ojca obejmował cztery strony świata i trzy tysiąclecia, chociaż jego najmocniejszą stronę stanowiła angielska poezja i beletrystyka z osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Jedynym śmieciem - względnym, rzecz jasna - była tutaj fantastyka naukowa (...)". O tempora, o mores! Nie wiem jakie były intencje autorki piszącej to konkretne zdanie, ale biorąc pod uwagę, jaka literatura przewija się przez "Ex libris", to stosunek Fadiman do science fiction odebrałem jako nokautujący cios lewym sierpowym. Całe wcześniejsze pozytywne wrażenie szlag trafił i nie mogę wystawić oceny innej niż 1/10, pomimo tego że w tym samym eseju pojawia się mądry wniosek, że dziecko nie będzie lubiło czytać, jeżeli nie będzie widzieć czytającego rodzica. Niestety, tym jednym, niepozornym zdaniem o fantastyce pani Fadiman przekreśliła cały swój pozytywny obraz w moich oczach, zamieniając go na wizerunek pretensjonalnej czytelniczki "prawdziwej" prozy.
Fantastyka to królowa literatury, poszukiwanie nowych dróg, nowych rozwiązań, nowe opcje, to rozwój, to dynamika. Fantastyka to fundament literatury (vide tak chętnie cytowana przez autorkę "Odyseja" Homera). Fantastyka nie jest samozadowoleniem, tkwieniem w zastałych strukturach, jest wyjściem do przodu, wizualizacją wyobraźni autora. Nadto, z czysto literackiego punktu widzenia, fantastyka (oczywiście mam na myśli np. Dicka, a nie Meyer) to wyzwanie intelektualne o niebo większe niż kolejna lektura Shawa (nic mu nie ujmując). W końcu fantastyka to nieograniczone możliwości wyobraźni, których nie daje tzw. literatura obyczajowa. Zatem, jeżeli znawca literatury, jakim się mieni pani Fadiman, w ten sposób podchodzi do fantastyki naukowej, to tym samym oznajmia, że guzik wie na temat literatury, a jej oczytanie jest w gruncie rzeczy zwyczajnym, pretensjonalnym snobizmem.

niedziela, 28 grudnia 2014

Steven Erikson - "Dom łańcuchów" (tom 4 z 10 Malazańskiej Księgi Poległych)

Ocena 6/10
Za mną czwarty, epicki tom MKP Stevena Eriksona. Trzeba przyznać, że facet ma rozmach. Nie dość, że stworzył pokręcony, skomplikowany świat przedstawiony, prowadzi jednocześnie kilkadziesiąt wątków w każdej z powieści, to w dodatku lubuje się w zaskakiwaniu czytelnika i miesza te wątki z podziwu godną konsekwencją, tak, że nic nie wydaje się oczywiste i zmierzać linearnie do oczywistego końca. 

Pokuszę się jednak o pewną refleksję ogólną nad całym cyklem. Mam problem z Eriksonem, dopada mnie bowiem znużenie światem przedstawionym. Z jednej strony, aby być na bieżąco i orientować się w morzu wątków oraz zasad świata przedstawionego trzeba czytać wszystko jak leci, z drugiej zaś jestem już zmęczony ciężkością fabuły, a to w końcu literatura rozrywkowa. Mam ochotę odstawić na jakiś czas, poczytać coś lżejszego, niepoważnego. Erikson, przy całej swojej pomysłowości, dysponuje grubo ciosanym piórem. Doskonale mu wychodzą postaci szorstkie, wojskowe, fatalnie kreuje postaci subtelne, wymagające wrażliwości. Jest to o tyle dziwne, że dotychczas MKP jest bardzo realistyczna, zasadniczo króluje relatywizm moralny, któremu najpewniej hołduje Erikson. 

Erikson jest także zdziebko niekonsekwentny, co sprawia, że niektóre rozwiązania fabularne są przeskalowane. Oto w pierwszych dwóch tomach Erikson nakazuje nam patrzeć na Imperium Malazańskie jako na zło wcielone, czego uosobieniem jest pozbawiona wszelkich skrupułów cesarzowa Laseen, ale już od trzeciego tomu następuje zwrot i zdaniem Eriksona Imperium jest jednak cacy, a wszelkie postępki Laseen (np. czystka szlachty w wyniku której Felisin Paran spotyka los gorszy od karalucha) są uzasadnione racją stanu. 

Wszelkie wątpliwości co do tego, że świat Malazu to nie jest miejsce dla delikatnych kobiet Erikson rozwiał w "Domu łańcuchów" (dalej DŁ). Ostatecznie los Felisin Paran, najmłodszej z rodzeństwa Paran, rozstrzyga się na polu bitwy w bezpośrednim starciu z siostrą, która zapewniła jej straceńczy los. Erikson dopełnia w ten sposób obrazu Felisin jako postaci tragicznej, ofiary świata, w którym żyje, ofiary swojej siostry oraz własnej niewinności. Wyszło to naprawdę wiarygodnie, jeśli idzie o samą postać Felisin, niestety gorzej w przypadku Tavore Paran. Pomimo tego że w końcu Tavore wkroczyła na scenę MKP jako ostatnia z rodzeństwa, to niewiele dowiadujemy się o jej motywacjach, o jej odczuciach, poza tym, co wyczyta z jej twarzy towarzyszący jej Gamet, żołnierz domu Paran. Biorąc pod uwagę, że w kreacji Felisin Erikson ociera się o artyzm tragedii greckiej, to już przedstawienie Tavore chluby mu nie przynosi, no chyba że jej postać zostanie rozwinięta w przyszłych tomach MKP. Nie wiemy, co Tavore czuje, kiedy dowiaduje się o śmierci siostry, poza stwierdzeniem któregoś z bohaterów, że "przyboczna jest najbardziej samotną osobą na świecie", nie wiemy o niej w zasadzie nic, oprócz tego że dopuściła się zdrady wobec własnej rodziny. Nie wiem też jaki był cel Eriksona w takim, a nie innym rozwiązaniu wątku sióstr, skoro Tavore o swoim bezpośrednim udziale w śmierci Felisin nigdy się nie dowiaduje (współpracownicy ukrywają przed nią ten fakt). Widać tu pewną niekonsekwencję w budowaniu tragedii, bo tylko pełna wiedza sprawcy o swoim czynie, może potem doprowadzić do pełnego odkupienia, w innym przypadku rozgrzeszenia nie ma (i mam tu na myśli także rozgrzeszenie wobec czytelników). W tej sytuacji śmierć Felisin z ręki Tavore jest tylko pustym środkiem literackim, mającym wzbudzić w czytelnikach emocje na poziomie "Mody na sukces".

W każdym razie, jeżeli kobieta chce przeżyć w świecie Malazu, to musi być twardą suką, która niejedno przeszła, ale to jej nie złamało, jeno zahartowało. W dodatku taka babka musi mieć specjalne skille, aby dać sobie radę z hordą krwiożerczych samców (jak np. Apsalar, która jest śliczna i drobna, ale posiada umiejętności skrytobójcy) albo być zwyczajnie brzydka (Tavore). Ładna i delikatna (Felisin), nieobdarzona żadnym talentem poza urodą, skazana jest na łaskę innych. 

Niezbyt to subtelne i wskazuje na pewne braki w obrazie świata przedstawionego, nawet jeżeli zamierzone, to niestety powstaje pytanie zasadnicze: po co żyć w świecie, gdzie nie ma miejsca na subtelność i wrażliwość. Gdzieś musi być takie miejsce, aby motywacje bohaterów do walki były czymś uzasadnione, żeby nie były wydumane. W DŁ Erikson często ustami bohaterów przywołuje powiedzenie, że w świecie wszystko dąży do równowagi, podając jako przykład los bogini Tornada. Tymczasem Erikson tej zasady nie trzyma się już w samym konstrukcie świata Malazu, gdzie trup pada często i gęsto, świat jest mroczny i brutalny, a bohaterowie o coś walczą, ale nie wiadomo do końca o co. Brak tej przeciwwagi, jak u Tolkiena, gdzie alternatywą dla piekielnego Mordoru stanowiła sielska i zielona kraina hobbitów. U Eriksona brak takiego Hobbitonu, i to mi najbardziej przeszkadza w lekturze MKP. 

No dobra, dosyć psioczenia, teraz nieco pozytywów. DŁ to najlepsza koncepcyjnie odsłona sagi. Tutaj wszystkie wątki poświęcone są tytułowym łańcuchom. Każdy z bohaterów jest czymś związany, do czegos przykuty, coś więzi jego wolę działania. W przypadku Felisin jest to dosłownie bogini Tornada zatruwająca jej duszę szaleństwem zemsty na siostrze, przez co prawdziwa i delikatna Felisin zanika z duszy dziewczyny. Karsa Orlong ciągnie za sobą łańcuchy dusz pomordowanych przez siebie istot i są to dosłownie łańcuchy Okaleczonego boga, Crokus uwiązany jest miłością do Apsalar, Onrack swoją przeszłością, L'Oric obowiązkiem wobec swojego ludu Tiste Liosan itd. Pod tym względem wyszło to Eriksonowi świetnie. 

Fabularnie poza wymienionym wątkiem sióstr, nie ma co Eriksonowi zarzucić. Jeśli idzie o bohaterów to na pierwszy plan wysuwa się Karsa Orlong, który do tej pory objawił się w trzecioplanowej roli Toblakai z BDU. Erikson stworzył własnego bohatera, a w zasadzie antybohatera. Karsa Orlong to połączenie Conana z Cymmerii (charyzmatyczny, niszczycielski, z własnym kodeksem zasad) z He-manem (cudowny miecz) i Hulkiem (wściekłość i wrzask). Karsa to czynnik chaosu, niweczący życie, zasady gry, nie dający się poskromić gniew i łaknienie krwi. Zwinny jak pantera olbrzym, który w dodatku wywodzi się ze starożytnej rasy o ciałach, które się same uzdrawiają. Jest to bohater tak odrealniony pod względem praw fizyki że aż dziwne jak wiarygodny się wydaje pod względem psychologicznym. Okaleczony bóg postanowił zrobić sobie z niego rycerza w swoim Domu Łańcuchów, ale Karsa nie zamierza służyć żadnym panom. Trzeba przyznać, że Karsa wkroczył na scenę z hukiem i jestem niezmiernie ciekaw jak to będzie wyglądało w dalszych tomach, w szczególności jaką rolę odegra w wojnie z Przykutym. 
Karsa Orlong i jego demoniczne trofea
Tutaj inna wizualizacja Karsy, miecza i głów ubitych Ogarów Ciemności 
Oprócz niego i wymienionych wcześniej sióstr Paran pojawiają się znane postaci takie jak: Kalam Mekhar, Crokus, Apsalar, Iskaral Krost, Skrzypek (tutaj również jako Struna, generalnie durne rozwiązanie), Leoman, L'Oric (Tiste Liosan), Gesler, Chmura, Perła, Lostara, Heboric, Kotylion, moi ulubieni Icarium i Mappo oraz epizodycznie Szybki Ben. Ich grono uzupełniają Trull Sengar (Tiste Edur), Onrack (Imass), Tavore i cała banda żołnierzy czternastej armii, którzy niestety głównie się zlewają w oczach. Nie będę ich tu wymieniał, ale odnoszę wrażenie, że w kolejnych częściach MKP zaczna odgrywać istotniejszą rolę. 
Trull Sengar
Onrack
Tavore Paran
DŁ nie czyta się tak dobrze jak WL. Są w DŁ momenty wręcz genialne, jak krótka, epicka potyczka Karsy Orlonga z Icariumem. Jest w tym tyle klimatu, że wprost rozsadza karty powieści, szkoda że to tak krótko trwa. Są niestety jednak także dłużyzny, Erikson chyba za pewnie zaczyna się czuć i zwyczajnie filozofuje, a że ma cięzkie pióro, to i filozofia jest niezbyt górnolotna. Nie ma na szczęście tych momentów dużo, ale przy 850-stronicowej cegle, to ma znaczenie. Dlaczego zatem tylko ocena 6/10? Za przekombinowanie, lanie wody momentami oraz za usilną chęć zaskakiwania czytelnika na każdym niemal kroku, co prowadzi do znużenia i efektu odwrotnego od zamierzonego (rozczarowujące zakończenie wątku sióstr Paran). 

DŁ kończy pewien rozdział w MKP. Mam takie odczucie czytelnicze, że pierwsze cztery tomy miały wprowadzić na scenę kluczowych bohaterów i ustawić ich w określonych rolach do odegrania. Piąty tom, "Przypływy nocy", to będzie opowieść Trulla Sengara o upadku Tiste Edur i ich przejściu na służbę Okaleczonego boga. Akcja przeniesie się na kontynent Lether, gdzie zostanie zaprezentowana wojna pomiędzy Letherem, a Tiste Edur. Nowe lokalizacje, morze zupełnie nowych bohaterów i nowych wątków. Masakra, głowa mi pęka na sama myśl, chyba najpierw poczytam coś lekkiego. 

sobota, 27 grudnia 2014

Epa

Człowiek kształtuje swój gust przez całe życie. Gustów jest tyle, ilu ludzi na świecie i dlatego o gustach się nie dyskutuje, wyświechtana fraza. Jeszcze gorzej jest określić, nazwać swój własny gust. Piszę te słowa, bo właśnie teraz, słuchając energetycznego kawałka muzy, dotarło do mnie, jak treściwie zdefiniować swój gust. Tym słowem jest EPA.
Moja epa to dynamiczne, energetyczne połączenie rytmu, przekazu i formy. To musi być sztuka przez duże "Sz", przy czym Sztuka to kolejny element mojego gustu, który musiałbym wyjaśnić, a nie za bardzo mi się chce. Epicka sztuka. To jest to, co mnie rajcuje. Może to być epa muzyczna, literacka, audiowizualna, archeologiczna, religijna. Cokolwiek. Ważne, żeby się kwalifikowało jako epicka sztuka. Żeby nie być gołosłownym, oto kilka przykładów (niekoniecznie reprezentatywnych).
Muzycznie:
Chuck Billy i jego wokal to epa wszechczasów. 
Instrumentalne top 3 wszechczasów, tylko to szwargotanie :(
Filmowo:
Cały film jest świetny, ale ta ta scena swą epą rozwala system.
Walter White is a danger. I wszystko jasne. Najlepszy serial wszechczasów, 62 odcinki czystej, niebieskiej epy.
I książkowo:

wtorek, 23 grudnia 2014

Ze wspomnień świątecznie: "Witaj Święty Mikołaju"

Święta za pasem, wyjątkowo brzydkie w tym roku, ciepłe, ciemne, deszczowe i wietrzne. Brr. Śniegu nie ma nawet wysoko w górach, trzeba go poszukać gdzie indziej. W związku z tym koniecznie trzeba sobie przypomnieć dwa najlepsze, w mojej skromnej opinii, filmy o świętach, wśród których o zgrozo nie ma Kevina. Mam na myśli oczywiście "Witaj Święty Mikołaju" z cyklu "W krzywym zwierciadle", czyli święta z rodziną Griswoldów, oraz "Zły Mikołaj" bardzo czarną, szyderczą komedię z Billym Bobem Thorntonem. Kto nie oglądał, niech szybko nadrabia zaległości, bo to już klasyka kina świątecznego.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Steven Erikson - "Wspomnienie lodu" (tom 3 z 10 Malazańskiej Księgi Poległych)

Za mną kolejna przygoda ze złowrogim, apokaliptycznym światem Malazu. Tymczasem zaczynam mieć mieszane uczucia co do cyklu. We "Wspomnieniach lodu" (dalej WL) pojawił się już u mnie przesyt pewnymi elementami świata przedstawionego. Nie da się ukryć, że jednej strony WL to do tej pory najlepsza fabularnie powieść cyklu MKP, z drugiej jednak przesada w ilości trupów i okropieństw oraz dosyć nieudolne opisywanie przez Eriksona scen bitewnych powoduje, że czytelnik zaczyna być znużony i obojętny na horror i rzeź wyłaniające się z kart epopei. Ja rozumiem, że MKP z założenia nie opiewa bajki o zielonych lasach i niewinnym brykaniu po trawce, ale kurczę, za dużo tego, zaczyna tutaj dochodzić do przeskalowania. Ilość trupów przez trzy tomy była już tak horrendalnie duża, że zastanawiam się ilu ludzi tam zostało, by odbudowywać cywilizację. To zaczyna się już ocierać o śmieszność, którą najlepiej zobrazować kapitalną sceną z "Hot shots 2" (niestety lepszej jakości nie znalazłem):

Przez te wszystkie przeskalowane elementy nie jestem w stanie dać WL maksa, bo pod wszelkimi innymi powieść ta zasługuje na najlepszą ocenę. Fabularnie WL to majstersztyk literatury rozrywkowej, fenomenalna akcja i rozłożenie akcentów, wyśmienite wątki i postaci, takie też relacje między bohaterami, poza kilkoma przesłodzonymi patosem momentami. Dopiero w tym tomie można klarownie dostrzec jakim rozmachem cieszy się wizja Eriksona. Można powiedzieć, że "Wspomnienie lodu", to właściwe wprowadzenie w cykl. Wydarzenia z OK i BDU sugerowały pewną siłę sprawczą stojącą za rozwiązaniami fabularnymi, teraz w końcu na scenę wkracza tajemniczy i przerażająco groźny antagonista naszych bohaterów, czyli Okaleczony bóg, który sieje zamęt, tworzy intrygi i własny Dom w Talii Smoków. 

Ale o motywie Przykutego za chwilę, a najpierw kilka elementów wprowadzających w treść powieści. Pod względem fabularnym WL to najbardziej rozbudowana epopeja z dotychczas przeczytanych. Kontynuuje ona bezpośrednio wydarzenia z OK, ale pojawia się też oczywiście wiele nowych wątków. Akcja OK skończyła się epicką batalią na ulicach Darudżystanu na kontynencie Genabackis. Armia Dujeka zostaje wyjęta spod prawa i przechodzi w stan buntu, gdyż żołnierze chcą iść za swoim charyzmatycznym wodzem. Sójeczka staje się jego zastępcą, Ganoes Paran obejmuje zatem oficjalne dowodzenie Podpalaczami Mostów ale już bez Skrzypka i Kalama, którzy jak wiadomo z BDU, mieli swoje przygody na kontynencie Siedmiu Miast. I bez tego jednak ekipa prezentuje się imponująco, bo Paranowi ostał się m.in. sprytny i wszechstronnie uzdolniony mag Szybki Ben, czy też demoniczny Biegunek. Bohaterowie nie mają jednak odpoczynku, bo na południu Darudżystanu objawia się demoniczne królestwo Pannion Domin, pod wodzą przerażającego jasnowidza Panniona. Imperium to rozpoczyna ekspansjonistyczną wojnę religijną siejąc grozę i zło w najczystszej postaci. Na czym polega sama religia, to nie zostało w powieści wyjaśnione, niemniej zagrożenie wynika przede wszystkim z apokaliptycznego okrucieństwa i bestialstwa agresora. Tytułem przykładu jednym z pomysłów autora na działania Pannion Domin są armie wygłodniałych chłopów (Tenescowri), którzy atakują wojska nieprzyjaciela w celu ich pożarcia (dosłownie i na surowo, autor nie oszczędza sugestywnych obrazów) zaś towarzyszące Tenescowri kobiety w szalonym amoku odbywają stosunki seksualne z poległymi i umierającymi, z których potem rodzą się tzw. Dzieci Martwego Nasienia. Dobrze, że to tylko jeden z epizodów w liczącej ponad 1100 stron powieści. W każdym razie Dujek zawiera kompromisowy sojusz z dotychczasowymi antagonistami, czyli Anomanderem Rake i jego Tiste Andii oraz Caladanem Broodem i jego armią.

Tak pokrótce przedstawia się kanwa trzeciego tomu MKP. Wokół tego pojawiają się m.in. następujące wątki:
1. Najważniejszy to objawienie się już na samym początku Przykutego Łańcuchami i jego knowań. Czytelnik otrzymuje też prawie od razu genezę przykucia, co jest bardzo pomocne dla zaangażowania w historię. Zatem Okaleczony bóg knuje na potęgę, czego wyrazem jest m.in. Pannion Domin. Przykutemu wyzwanie rzuca Szybki Ben w bezpośredniej konfrontacji, tylko niestety okazuje się, że nawet będący nie w pełni sił Okaleczony bóg stanowi zbyt duże wyzwanie dla naszego maga. To tylko pokazuje skalę potęgi kryjącej się za Przykutym, a czytelnik ostrzy sobie ząbki na wydarzenia z przyszłych tomów MKP. Erikson nie ukrywa, że od tej pory wątek Okaleczonego boga będzie spajał cykl w całość, co powinno znaleźć odzwierciedlenie w ostatnim tomie noszącym nomen omen tytuł "Okaleczony bóg". 
2. Kolejnym wątkiem jest Ganoes Paran i jego przeobrażanie się we władcę Talii Smoków, co ma stanowić bezpośrednią odpowiedź ascendentów na zagrożenie ze strony Przykutego i jego Domu Łańcuchów. 
3. Oprócz tego mamy wątki Imassów i ich nieśmiertelności, upadku boga Fenera, którego zajawki były już w BDU, miłości Sójeczki i Korlat z Tiste Andii, wielkiego króla Kallora i jego potyczki ze Srebrną Lisicą (wskrzeszoną Tattersail z pierwszego tomu) oraz zakończenia dziejów Podpalaczy Mostów.
Generalnie wątków od groma i trochę, nawet uważny czytelnik może się pogubić, a co dopiero czytelnik niedzielny. Zaiste, kto dotrwał do WL, ten nie czyta Eriksona z przypadku. 

Może wymienię jeszcze pozostałych bohaterów. Z istotniejszych, oprócz wcześniej wymienionych, pojawiają się Młotek, Toc Młodszy (oprócz Sójeczki i Kruppego, do tej pory najlepiej napisany bohater Eriksona), Kruppe, Onos T'oolan, K'rul. To postaci znane z OK. Ich skład uzupełniają m.in.:
Bauchelain i Korbal Broach - demoniczna para nekromantów (w WL są wątkiem pobocznym, ale za to doczekali się głównej roli w kilku spin-offach MKP)
Zrzęda - karawanowy strażnik, potem śmiertelny miecz boga Trake'a 
Itkovian - Tarcza Kowadło upadłego Fenera (chyba najbardziej pozytywna postać z MKP do tej pory)
Mhybe - matka Srebrnej Lisicy
Hetan i Cafal - rodzeństwo z ludu Barghastów
Lady Envy - córka boga Draconusa
Kilava - siostra Onosa T'oolana
i wielu, wielu innych.

Pojawiają się także kolejni po Imassach i Jaghutach przedstawiciele starożytnych ras, czyli K'Chain che'Malle (konia z rzędem temu, kto to prawidłowo wymówi, ciekawe, czy autor sam to potrafi), quasi-dinozaury, zorganizowane na zasadzie ula wokół centralnej matrony i wyspecjalizowane kastowo np. Łowcy K'ell (jaszczury przystosowane wyłącznie do walki). Z pradawnych ras zostali jeszcze Forkrul Assailowie, ale przedstawiciel tychże pojawia się już na samym początku "Domu Łańcuchów", więc nic straconego. 
Łowca K'ell (czyli wojownik K'Chain che'Malle)
Seguleh
nie do końca zbieżna z treścią WL wizja śmierci Sójeczki (na nim leży Korlat, w tle bitwa o Koral)
orgiastyczna wizualizacja potyczki Łowcy K'ell z wyłaniającymi się z piasku Imassami
dosyć słaba ilustracja Onosa T'oolana, Toca Młodszego oraz Baaljaag
Zrzęda po przemianie
Itkovian
Tak więc za mną już trzy epopeje z cyklu MKP. WL oceniam na 8/10 (gdyby nie ta wszechobecna, przeskalowana rzeźnia, dałbym maksa). W każdym razie siedzę już w tym świecie od trzech tygodni, pewnie mnie czekają jeszcze ze dwa miesiące, biorąc pod uwagę, że im dalej w las, tym więcej czytania. Nie narzekam, nie marudzę, pomimo swojej przesadnej brutalności i skrajnego fatalizmu postaci (prawie żaden z bohaterów nie ma wpływu na swoje losy, czego przykładem  z WL mogą być Zrzęda, czy Ganoes Paran), świat Malazu mnie wciągnął i zamierzam dotrwać do końca i poznać efekt batalii z Okaleczonym bogiem. Tymczasem kolej na "Dom łańcuchów", gdzie Erikson kontynnuje wątki z BDU i prowadzi czytelnika do konfrontacji pomiędzy siostrami Felisin i Tavore Paran. Ale o tym już w odrębnej recenzji.