niedziela, 19 października 2014

"Naoczny świadek" - opowiadanie

Poniżej prezentuję coś nowego na blogu, a mianowicie premierę swojego debiutanckiego opowiadania. Przyjemnego czytania!

Stefan Mamerkus
„Naoczny świadek”

I.
Obudziło mnie głośne walenie w drzwi.
 - Otwierać! Policja!
Nieprzytomny spojrzałem na zegarek. 7.15. Lekki ruch głową spowodował silne pulsowanie w płacie skroniowym oraz odruch wymiotny. Wypita poczwórna dawka komesa powaliłaby słonia, a co dopiero takiego fraglesa jak ja. Podniosłem głowę i poczułem zawroty głowy. Oho, nie dosyć, że kacyk, to jeszcze pijany jestem, pewnie ze dwa promile. Wróciłem myślami do nocnych igraszek na Wrocławskiej i aż jęknąłem z przerażenia na wspomnienie tego, co się wydarzyło. Dobrze, że chociaż jakoś dotarłem do chaty. Nie miałem siły się podnieść. Ostrożnie przytuliłem się do poduszki. Już zacząłem szybko odpływać na łono Morfeusza, gdy rzeczywistość przypomniała o sobie kolejnym nieznośnym hałasem:
- Wiemy, że pan tam jest! Liczymy do trzech, jeżeli do tego czasu pan nie otworzy, wyważymy drzwi!
O cholera, przyszli po mnie. Nie zważając na buntujący się żołądek zwlokłem się z wyra i ruszyłem w kierunku drzwi.
- Idę, już idę - mruknąłem.
Zanim jednak odryglowałem ostatni zamek w drzwiach nagle usłyszałem z drugiej strony wielkie bum, drzwi wpadły do środka, a ja pchnięty straciłem równowagę i poleciałem na ścianę po drugiej stronie korytarza, potężnie obijając potylicą zmurszałą komodę. Pięknie znokautowany zwaliłem się na podłogę. Zdążyłem zarejestrować ekipę w kominiarkach i straciłem przytomność.

II.
- Myślisz, że to zrobił? - zapytał piskliwy głos.
- Nie wiem, panie prokuratorze. - odparł inny, baryton. - Świadkowie twierdzą, że był agresywny, ale nikt nie widział, kto zaczął i czy w ogóle doszło do rękoczynów. Nikt nie widział zdarzenia, poza tym że ten tutaj oddalił się szybkim, choć slalomowym krokiem. Wie pan, co to za świadkowie, same wiarygodne typy – ironizował baryton.
- To znaczy jakie typy?
- Dwie naćpane panienki, ochroniarz klubu, który akurat patrzył w inną stronę, kilku nawalonych ułanów, rwących się do bitki. Normalna piątkowa noc na Wrocławskiej. No prawie.
- A wspólnik tego tu?
- Zniknął. Świadkowie pamiętają, że był, ale poniosło go gdzieś, pewnie śpi w rowie. W każdym razie tamten jest nieistotny. Zostaje nam leżący nam miłościwie zdechlak.
- No dobrze komisarzu, a monitoring?
- Monitoring? - parsknął baryton. - No cóż, dziwnym trafem miejsce zdarzenia nie było objęte zasięgiem kamery. Jakby się chłopaki umówili. Albo morderca wiedział, że w tamtym rogu kamera nie zarejestruje czynu ... - głos przerwał, jakby porażony tą genialną refleksją.
Ok, pora się obudzić. Stęknąłem i sapnąłem dla podkreślenia efektu, moje przebudzenie zostało odnotowane. Otworzyłem oczy, ujrzałem wystrój szpitalny i dwóch posępnych typów nachylających się nade mną.
- Pan zdechlak się ocknął. - piskliwy zionął we mnie czosnkowym oddechem. - Wąski, załatw proszę panu M. jakąś colę, w takim stanie potrzebuje pewnie wiadra glukozy. A ja w tym czasie spróbuję nawiązać z nim pierwszy kontakt.
Wąski wyszedł. Piskliwy nachylił się ku mnie jeszcze bardziej, jakby chciał skorzystać z okazji i sprzedać mi całusa.
- Główka boli? Trzeźwy? Panie M., widzę, żeś pan oprzytomniał, to bardzo dobrze, bo nie mamy za dużo czasu. Cały Poznań gada tylko o morderstwie, a pan jesteś w samym epicentrum wydarzeń. Tak, tak, niech pan nie będzie taki zdziwiony, zrobił pan z siebie gwiazdę wieczoru na Wrocławskiej, rozdając wizytówki, podrywając panienki i śpiewając rotę przechodzącym Cyganom, a na końcu znikając w bramie z gówniarzem, który na pana nieszczęście okazał się być synem dyrektora Pałeckiego. Gówniarz nie żyje, został uduszony, a pan tonie, panie M.
Walcząc z bólem głowy, podniosłem się na łóżku i rozejrzałem się po sali. Byliśmy sami. Dotknąłem potylicy, gdzie napotkałem wygolony fragment z naklejonym sporych rozmiarów plastrem. Bywało gorzej.
- Mówi pan, że jak się nazywa? - wychrypiałem.
- Nie mówiłem. Nazywam się Nadzieja, panie M., pana ostatnia - odparł całkiem poważnie mister Nadzieja. - Jestem prokuratorem prokuratury okręgowej w Poznaniu i zostałem przydzielony do sprawy morderstwa Grzegorza Pałeckiego, lat 17, które nastąpiło w dniu 12 września 2014 roku, około godziny 2 nad ranem w Poznaniu, przy skrzyżowaniu ulic Wrocławskiej i Jaskólczej. Grzegorz Pałecki zginął profesjonalnie uduszony, narzędzia zbrodni brak. Ostatnią osobą, z którą widziano ofiarę, był niejaki Stefan M., lat 32, stanu wolnego, właściciel kiepsko prosperującej firmy informatycznej, feralnego dnia świętujący razem ze swoim wspólnikiem Wacławem Kocem pierwszy wygrany przetarg na obsługę nowego biletowego systemu teleinformatycznego poznańskiej komunikacji miejskiej. Panowie popili sobie w klubie na Woźnej, gdzie m.in. grali w chińczyka, a potem ruszyli w tany. Ich odyseja skończyła się w okolicach pewnej znanej mordowni na ulicy Wrocławskiej, gdzie pan Koc dosyć szybko się skończył i zasnął na ławie knajpy, mamrocząc coś o parówkach Wilhelma Tella. Pan M. z kolei wykazywał szczególną aktywność towarzyską, aż w końcu wylądował w ciemnej bramie z pewnym młodzianem, który zrządzeniem losu zakończył swój krótki żywot chwilę później. Takie są zeznania osób postronnych, ale pan tam był, pan jest naszym naocznym świadkiem, zatem, niech mi pan powie, co tam się wydarzyło. Zrobił pan to? - spojrzał na mnie jak wilk na łanię.
Wywołany do tablicy wymamrotałem:
- Że niby co? Nie jestem mordercą. - pauza. - Ale wiem, kto zabił. Gdzie ta cola?

III.
Po pięciu minutach wrócił Wąski z dużą colą. W tym czasie Nadzieja przewiercał mnie wzrokiem, jakbym był złożem gazu łupkowego. Po wejściu Wąskiego zerwał się nagle, wyrwał mu colę i wcisnął mi w wiotką rękę.
- Pij i gadaj! - rozkazał.
Nie zważając na jego rozgorączkowanie, chwyciłem mocniej butelkę z upragnionym płynem i jednym haustem wypiłem połowę zawartości. Beknąłem, rozanielony doznaną rozkoszą spojrzałem na prokuratora, przeczekałem jeszcze chwilę i zacząłem zeznanie:
- Mam 32 lata, za sobą niejeden zakręt życiowy, a moim największym pragnieniem jest, żeby ten świat dał mi w końcu święty spokój. Na zmywak do Anglii mnie nie ciągnie, tu jest mój kraj, moje korzenie tkwią głęboko w wielkopolskiej glebie, z dziada pradziada. Chcę uczciwie pracować, uczciwie się dorobić, płacić rozsądne podatki, poznać porządną kobietę i wychować z nią porządne dzieci. Czy to wiele? Tymczasem moje życie to pasmo nieprzerwanych podrygów, małych i większych potyczek z ludzką głupotą, hipokryzją i koniunkturalizmem. Najpierw ojciec, pijak i awanturnik, który za cel życiowy obrał sobie doprowadzić mnie na skraj wytrzymałości psychicznej. Słyszał pan taką piosenkę Maleńczuka, jak to leciało, ale ja Cię biłem dla Twojego dobra? Nie? Sąsiedzi swoje wiedzieli, ale wie pan jak to jest w Poznaniu, Jeżyce, milczymy, bo co nie o nas, to nie nasza sprawa. Od czasu do czasu zadzwonili na Policję dla świętego spokoju, ale jak było potrzeba zeznań, to nikt się nie wychylił, nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nie moja sprawa. Miasto zasłoniętych firanek. Moja matka też milczała, w milczeniu znajdując swoje więzienie i swoje ukojenie. Takoż i ja milczałem, bachorem byłem, dzieci głosu nie mają.
Wziąłem kolejny łyk coli.
- Z czasem z tego oczywiście wyrosłem, ale to w człowieku zostaje, tkwi pod skórą. Postanowiłem coś zmienić, podjąć wyzwanie. Postanowiłem mówić. Wyzwałem świat, chciałem go poznać, obłaskawić, a potem uczynić na swoją modłę. Tylko wie pan, ciągle była we mnie ta naiwność, ta mdląca niewinność duszy łaknącej świata zasad i porządku, brakowało cynizmu. Kiedy miałem okazję milczeć, odzywałem się i w konsekwencji obrywałem po uszach. Nikt się za mną nie wstawiał, nawet osoby, w imieniu których występowałem. Lepiej było milczeć, pilnować swojego nosa. Faktem jest, że brakowało mi cwaniactwa, obłudy, byłem zbyt szczery.
- Wzruszające - głos Nadziei ociekał sarkazmem.
- Prawda? W końcu podjąłem decyzję o założeniu firmy. Razem z Wacławem mieliśmy mnóstwo pomysłów na pozyskanie klienta i przystąpiliśmy do działania. Włożyliśmy w firmę mnóstwo serca i trochę mniej pieniędzy, a po roku byliśmy w punkcie wyjścia - bez zleceń, bez kasy i bez serca. Przetarg na dostawę oprogramowania do obsługi biletowego systemu teleinformatycznego poznańskiej komunikacji miejskiej był jednym z wielu, do których startowaliśmy, ale pierwszym, który wygraliśmy. Byliśmy w szoku. Brak doświadczenia nie stanowił przeszkody, zaproponowana przez nas cena była tak niska, że bez problemu wygraliśmy. Wczoraj podpisaliśmy kontrakt na dostawę oprogramowania za dziesięć złotych baniek.
Pomyślałem o tych emocjach, o tej euforii, która mnie ogarnęła, kiedy podpisywałem umowę. Oto moja filozofia spełniła się - ciężką pracą można w Poznaniu coś osiągnąć, bez znajomości, bez kumoterstwa. Złudzenia.
- Panie M., jest pan z nami?
- Tak, tak. Już kończę. Umowę podpisywał z nami dyrektor Michał Pałecki. Sprawił na mnie wrażenie człowieka rzetelnego. Uśmiechnięty, skory do żartów, życzył nam owocnej współpracy. Myślałem sobie, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Uczciwa firma, uczciwy dyrektor? Gdzie tkwi haczyk, na czym się wyłożymy? Wychodząc z gabinetu dyrektora minąłem się z wysokim, wymuskanym młodzieńcem o rozbieganych oczach, który wszedł bez pukania, jak do siebie. Usłyszałem jeszcze tylko jak mówi: "Cześć ojciec, masz chwilę, sprawę mam, potrzebuję trochę sianka". I drzwi się zamknęły. Wzruszyłem ramionami i poszedłem do domu.
Wieczorem zaczęła się libacyjka, ot kilka piw. Trochę nas jednak poniosło i wylądowaliśmy na Wrocławskiej. Nie da się ukryć, że w euforii chciałem podzielić się swoją radością z całym Poznaniem. Rozdałem wszystkie wizytówki, poflirtowałem z panienkami i coś tam pośpiewałem. Wielka mi rzecz. W pewnym momencie zobaczyłem jak pod ścianą lokalu dwóch kolesi dyskretnie rozmawia, a w jednym z nich rozpoznałem dzieciaka wchodzącego do gabinetu dyrektora Pałeckiego. Wacław w tym czasie już zdążył się skończyć. Będąc w szampańskim nastroju potrzebowałem kompana, więc udałem się do chłopaków, co by się przyłączyć do dyskusji. No cóż, rozmową bym tego nie nazwał. Jeden był większy, masywniejszy, sporo starszy i przyciskał do ściany mojego znajomka, w którego oczach było widać zdezorientowanie i strach. Dzieciak był ewidentnie naćpany, pewnie mu się jawa mieszała z narkotyczną wizją i jedynie silny uścisk tamtego trzymał go po tej stronie tęczy. Byłem już na tyle blisko, że usłyszałem jak agresor mówi do chłopaka: "Twój stary wiedział, że jak nie wygramy tego przetargu, to tego gorzko pożałuje. I co? Daje wygrać jakimś złamasom. Powiedz mi chłopcze, czy twojemu staruszkowi się coś przestawiło pod kopułą, że olał mojego szefa? Karty były odkryte, moc dyrektorska to mało? Wystarczyło fagasów wywalić pod byle pretekstem, skoro sami nie chcieli zrezygnować, ale pewnie nikt im tego nawet grzecznie nie zasugerował. Teraz szef jest bardzo niezadowolony i przysłał mnie, żebym dał Pałeckiemu nauczkę. Nauczką będziesz Ty dziecino, co Ty na to? Chodź, wejdźmy tu do bramy na sekundę" Agresor wyszczerzył zęby w grymasie złowieszczego uśmiechu i sięgnął do kieszeni. W tym momencie spostrzegł mnie kątem oka, jak udawałem, że chcę się zapoznać z brukiem. Poniekąd faktycznie gwałtownie wstrząsnęły mną torsje i osunąłem się na ziemię. Chwila zawahania spowodowała, że chłopakowi udało się wyrwać agresorowi i  oddalić kawałek. Niestety w tym wszystkim nie za bardzo kontaktował, w którą stronę idzie i wszedł w ciemną bramę. Ruszyłem za nim, w tym czasie napastnik zniknął mi z pola widzenia. Dotoczyłem się do chłopaka i wpadłem na niego. Szarpnął, jakby był atakowany. Przyjąłem kilka nieporadnych ciosów, cały czas trzymając się go mocno.
- Uspokój się idioto, leziesz w złym kierunku. Do ludzi - wybełkotałem.
Nadal się szarpał. Nagle zgiąłem się wpół, puściłem chłopaka i zwymiotowałem. Poczułem bardziej niż zobaczyłem jak mija mnie jakaś postać i chwilę potem usłyszałem szamotaninę. Spojrzałem w tamtą stronę i ujrzałem jak napastnik stoi za chłopakiem, trzyma na jego gardle jakby garotę i mocno ciągnie do tyłu. Z gardła młodzieńca wyrwał się charkot. Przerażenie odebrało mi rozum. Spanikowany poderwałem się i zygzakiem wyszedłem z bramy. Zacząłem szybko oddalać się w kierunku rynku. Ludzi mijałem, wpadałem na nich, przewracałem się, nie oglądałem się za siebie. Przeszedłem przez rynek i ruszyłem pod górę Poniatowskiego, gdzie złapałem taksówkę i jakoś dotarłem do chaty. Rano napadł mnie oddział SWAT, no i znalazłem się tutaj.

IV.
- I co, to wszystko? - Nadzieja spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Potem zerknął na Wąskiego - Mamy w to uwierzyć? Wolne żarty.
- Widzi pan, chciałem uratować tego chłopaka, pomóc mu, a nie byłem w stanie nawet utrzymać się na nogach. Po raz kolejny moja chęć działania, zareagowania na krzywdę, wpędziła mnie w tarapaty, tym razem największe z dotychczasowych, bo w końcu uważa pan, że ściemniam i że ja to zrobiłem? - spojrzałem na niego. 
Nadzieja mimowolnie przytaknął.
- Otóż nie, panie prokuratorze. Tak się składa, że wiem, kto był mordercą. Przez ułamek sekundy księżyc oświetlił jego twarz i rozpoznałem Juliusza Maternę, szarą eminencję z otoczenia prezesa NeoNetu, Jarosława Brzozy. Brzoza to znana postać w poznańskim światku, chociaż tajemnicą poliszynela jest w jaki sposób dorobił się majątku. Już jego uniewinnienie w sprawie o napady na tiry przewożące alkohol i papierosy było mocno naciągane, kluczowy świadek gdzieś wsiąknął. Skruszony niczym baranek Brzoza wypłynął potem ze swoim NeoNetem, żeby uczciwie i ciężko pracować. Taaak. Najpierw wygrany przetarg na dostawę oprogramowania dla urzędu miasta, gdzie Brzoza był jedynym oferentem, a pozostali jakoś tajemniczo wycofali swoje oferty, następnie zamówienia z wolnej ręki dla ciągle psującego się programu. Krystalicznie czysty Brzoza był obecny podczas otwarcia ofert i kiedy razem z Wacławem cieszyliśmy się z wygranej, on siedział jak dziecko, któremu właśnie zabrano ulubionego pluszaka. Coś nie zagrało, było widać, że nie taki miał być wynik przetargu. Widzę, że mi pan nie wierzy. No cóż, na szczęście mam jeszcze to!
Wyciągnąłem smartfona i odszukałem odpowiedni plik.
- To jest zapis wideo mojego starcia z Brzozą w toalecie, tuż po ogłoszeniu wyników przetargu. Brzoza napadł tam na mnie i groził m.in. wrobieniem w odpowiednio ciężkie przestępstwo, tak że z ciupy nigdy nie wyjdę. To jego słowa, niech pan odsłucha. Film z ukrycia nagrał mój wspólnik, który usłyszał co się dzieje, ale postanowił przeczekać i nagrać co się da. Chwała jego przezorności! Teraz się zapewne ukrywa, strzegąc oryginału nagrania.
Nadzieja obejrzał film i zamyślił się.
- Rozumie pan prawda? Brzoza chciał mnie wrobić. Syn Pałeckiego był na głodzie, więc nie było problemu ściągnąć go na Wrocławską po kolejną działkę, gdzie balowałem z Wacławem, a potem tak zaaranżować zajście, by wina spadła na mnie. Tak więc panie prokuratorze ma pan moje zeznania co do Materny i groźby Brzozy pod moim adresem. Myślę, że to całkiem nieźle jak na początek ciężkiego śledztwa. Pozostaje jedno zasadnicze pytanie - co pan z tym zrobi?
Osunąłem się ciężko na poduszkę, przymknąłem oczy i czekałem na jakąkolwiek odpowiedź. 

niedziela, 5 października 2014

Ebola - epidemia ludzkiej biedoty

Na wiosnę tego roku w mediach całego świata gruchnęła sensacyjna wiadomość, że w krajach środkowo-zachodniej Afryki wybuchła kolejna epidemia wirusa z grupy ebola. Jak to we współczesnych mediach bywa, początkowo była to informacja nie schodząca z czerwonych pasków, dzisiaj wszyscy dziennikarze przechodzą nad informacjami z Afryki do porządku dziennego, szukając kolejnych sensacji. Ale ja nie o poziomie współczesnych mediów, a o tym, że pomimo zakończenia wrzawy medialnej, walka z epidemią trwa, a skala zjawiska jest niespotykana w historii dla tego rodzaju epidemii:
To są oczywiście przypadki zarejestrowane. Dane te są regularnie aktualizowane, np. na dzień 23 września 2014r. liczba zarażonych i zgonów w Liberii wynosiła odpowiednio 3.458 i 1.830 osób. Jak na tym banalnym przykładzie widać, ebola szaleje i nie ma zamiaru odpuścić. 
Aby unaocznić problemy z ebolą podam teraz kilka faktów dostępnych w internecie (dużo przydatnych informacji znajduje się pod tym adresem):
1. Najważniejszym faktem jest to, że do dnia dzisiejszego nie wynaleziono szczepionki na ebolę. Trwają oczywiście intensywne prace, ale póki co walka z epidemią sprowadza się wyłącznie do diagnostyki i profilaktyki (odpowiednia odzież ochronna, brak bezpośredniego kontaktu z chorym i wydzielinami jego chorego organizmu typu krew, mocz).
2. Pierwsze przypadki gorączki krwotocznej zwanej ebolą wybuchły w Afryce równikowej, tj. południowym Sudanie i przede wszystkim w północnym Zairze we wrześniu 1976 roku. O tych wydarzeniach opowiada William T.Close w swojej powieści "Ebola", o której powiem za chwilę.
3. W 1976 roku epidemia pojawiła się na dwa miesiące i zniknęła, pochłonęła jednak mnóstwo ofiar wśród osób, które zostały zarażone wirusem eboli, statystycznie można było nazwać epidemię pandemonium. Chwilę potem stwierdzono w badaniach, że jest to nowa odmiana filowirusa, podobna w objawach do tzw. gorączki marburskiej, odznaczającej się jednak mniejszą śmiertelnością. 
4. Infekcja wirusem ebola przebiega z wysoką gorączką i objawami skazy krwotocznej oraz wysypką plamisto-grudkową na skórze. Wirus atakuje prawie wszystkie wewnętrzne narządy, powodując zapalenie wątroby, nerek, mięśnia sercowego, płuc, trzustki, jąder. 
5. Do zakażenia dochodzi na drodze kropelkowej, pośredniego i bezpośredniego kontaktu (z czego te dwa ostatnie mają największe znaczenie). Wirusy te wrażliwe są na promieniowanie jonizująceświatło słoneczne, temperaturę powyżej 60 °C oraz powszechnie dostępne chemiczne środki do dezynfekcji (fenolalkohol metylowy).
6. Wirus gorączki krwotocznej ebola jest wymieniany w kategorii A jako jeden z najgroźniejszych czynników o wysokim potencjale bioterrorystycznym. Nigdy nie były użyte na polu walki, choć badania nad tym były prowadzone (szczególnie przez ZSRR). Obecnie ich znaczenie jako broni B jest wątpliwe, ze względu na szczególne tendencje wirusa do samoograniczania swojego rozszerzania (duża śmiertelność i gwałtowny przebieg). Poza tym jedną z trudności przy wykorzystaniu Eboli jako broni biologicznej jest problem z uzyskaniem wirusa. 
Jak wynika z powyższego ebola to wirus gwałtowny i morderczy, ale stosunkowo łatwy do opanowania. Wystarczą podstawowe środki ostrożności, izolacja chorych, dezynfekcja, higiena osobista oraz odzież ochronna, którą po użyciu należy natychmiast spalić. Nie dziwi zatem, że ebola szczególną pożywkę znajduje w biedocie afrykańskiej, gdzie warunki sanitarne (brak kanalizacji), obyczajowe (bliscy śpią przy łóżku lub pod łóżkiem chorego, całe rodziny żegnają zmarłego m.in. poprzez uścisk dłoni), higieniczne (brak kultury mycia się wynikający częściowo z biedy i braku wykształcenia) są na katastrofalnym poziomie. Do tego dochodzą takie akcje, jak ta w Monrovii (Liberia), gdzie ze szpitala uciekło kilkunastu zarażonych, kradnąc przy okazji zabrudzony sprzęt (materace). 
Pojawiające się co jakiś czas w mediach paniczne wieści o tym, że do krajów zachodnich przedostał się osobnik zarażony gorączka krwotoczną są niepokojące, ale profilaktyka w krajach zachodnich, przy wyżej podanych właściwościach eboli, wyklucza epidemię na szerszą skalę. Jedynym realnym zagrożeniem dla ludności krajów cywilizacji zachodniej jest mutacja eboli w coś groźniejszego lub upadek cywilizacji, za którym pójdzie zacofanie społeczne i medyczne. Póki co, nie ma podstaw, by się do tego obawiać. 
W 1995 roku William T. Close, jeden z lekarzy biorących czynny udział w walce z epidemią z 1976r., napisał fabularyzowaną powieść dokumentalną o wydarzeniach w Zairze. Powieść Close'a jest oparta na faktach, to bardziej fabularyzowany dokument, relacja z epidemii dzień po dniu, niż pełnoprawny thriller. Nie oznacza to, że nie czyta się tego z dreszczem pod łopatkami, fakty mówią same za siebie i są przerażające: ludzka głupota nie zna granic. 
Postacią przewodnią powieści pt. "Ebola" jest osoba siostry Weroniki, ale istotne są również inne siostry zakonu występujące pod imionami Augustyna, Lucie, Matylda, czy Antonia. Próbowałem znaleźć w sieci jakieś informacje o osobach kryjących się pod tymi literackimi godłami, ale niestety nie znalazłem, oprócz zdjęcia poniżej, z jego angielskim podpisem. 


Close opisuje też postaci autentyczne pod ich prawdziwymi nazwiskami. Na poniższym zdjęciu dwie pielęgniarki stoją przy łóżku swojej koleżanki Mayingi w szpitalu w Kinszasie, Close poświęcił jej kilka stron, dramat Mayingi jest jednym z najbardziej przejmujących na kartach powieści. 
Poniżej przedstawiciel CDC z Atlanty (takie światowej sławy centrum badań nad chorobami zakaźnymi) pali odzież ochronna, użytą przy chorych. Być może jest to powieściowy Aaron Hoffmann.
I jeszcze kilka zdjęć z Yambuku 1976 autorstwa Belga Petera Piota, który był na miejscu w czasie epidemii (ciekawe, że Close nie wspomina o żadnym Belgu w swojej książce). Na zdjęciach m.in. bohaterskie siostry misyjne.
Rysunek przedstawiający rozprzestrzenianie się wirusa, może być przydatny także przy czytaniu powieści
rzeka Ebola w 1976r.
Yambuku współcześnie
Yambuku, październik 1976r

Co znamienne w powieści Close'a oficjalna nazwa wirusa pada tylko w tytule. Close jest oszczędny w wyrażaniu emocji swoich bohaterów, skupia się bardziej na tym, co robią, niż co myślą, niemniej dosyć dobrze udaje mu się oddać skalę przerażenia i odwagi towarzyszących siostrom i miejscowym lekarzom, podczas gdy wszyscy wokoło umierają. Antonia zamyka się w sobie i popada w stałą apatię, co powoduje, że zamienia się w pustelnika, przełożona Augustyna jest twarda i opanowana, ale w środku cieszy się, że wyjeżdża, z kolei Weronika jest odważna, energiczna i niezależna, ale i ona załamuje się i wpada w panikę, gdy po oficjalnym ogłoszeniu zakończenia epidemii w szpitalu misyjnym pojawia się nowy pacjent z gorączką krwotoczną. Close w "Eboli" stawia pomnik tym ludziom, księżom i siostrom misyjnym, lekarzom i pielęgniarkom, którzy ryzykując własnym życiem i umierając razem z tubylcami, pozostali na miejscu od początku do końca. Na tym przede wszystkim skupia się Close, na wpływie epidemii na życie lokalnej społeczności. W tle jest bezradność medycyny zachodniej w starciu z nowym zagrożeniem biologicznym oraz wpływ afrykańskiej realpolitik na życie ludności i ich dostęp do podstawowych potrzeb takich jak opieka medyczna, czy szkolnictwo. Pomimo tego że warsztat autora pozostawia wiele do życzenia (np. porzucenie jednego wątku), to jego powieść jest świetna właśnie poprzez ukazanie dramatów pojedynczych ludzi, przy tym dla autora ważni są także miejscowi lekarze, powieściowi Miatamba, czy Masangaya.
Autor z córką, znaną aktorką Glenn Close
Podsumowując, ebola to temat bieżący, zbiera swoje żniwo, a skala aktualnej epidemii i jej narastanie budzić może niepokój o to, kiedy się to zatrzyma. Niemniej wpadać w panikę nie ma co, zwyczajne środki ostrożności powinny wystarczyć, aby ebola nie wydostała się poza obszar Afryki równikowej. 

sobota, 13 września 2014

"A w tej zimowej klatce nie śpiewa żaden ptak"

Ocena 9/10
Przeczytałem w końcu powieść, która od początku do końca trzymała mnie w szachu. Mogę śmiało powiedzieć, że "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta" autorstwa Davida Mitchella, znanego u nas przede wszystkim z nagłośnionego ekranizacją "Atlasu chmur", to totalna powieść historyczna. Złożona, wielowątkowa fabuła, z wielowymiarowymi bohaterami, akcja osadzona w silnie sfeudalizowanym Cesarstwie Japońskim przełomu XVIII i XIX wieku, w tle wielka światowa polityka z bankrutującą holenderską Kompanią Wschodnioindyjską, w centrum namiętności, miłości, knowania, ból, porwania i szaleństwa, przykryte grubą warstwą japońskich konwenansów. Wszystko to podlane sosem ogromnej erudycji i wiedzy autora oraz jego swobody w posługiwaniu się japońskim i holenderskim nazewnictwem i słownictwem. Biorąc te elementy udanie połączone w jednej powieści nie może dziwić, że "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta" porwała mnie ze współczesności i rzuciła w wir życia miejskiego Nagasaki-Dejimy, gdzie w zimowej klatce nie śpiewał żaden ptak. 

Szczególnie atrakcyjnie w powieści Mitchella wypada wiarygodność przedstawianych wydarzeń. Ich osadzenie w faktycznych czasach historycznych (Kompania Wschodnioindyjska przestała istnieć pod koniec XVIII wieku, feudalizm japoński trwał jeszcze do połowy XIX wieku), wierne oddanie japońskiej mentalności (na tyle, na ile mam na ten temat własną wiedzę, a nie da się ukryć, że Japończycy mnie jakoś tam fascynują), czy też sytuacji na oceanach (początek XIX wieku, to szczytowy okres potęgi Anglików), te wszystkie elementy znajdują odzwierciedlenie w książce, nadto stanowią istotny element fabuły, wręcz ją napędzają (jak np. przybycie Anglików).

Oczywiście wyśmienita powieść musi zachowywać równowagę pomiędzy wydarzeniami w skali makro, a światem wewnętrznym bohaterów. Mitchell daje sobie świetnie radę także na tym polu, tworząc wybuchowy koktajl multi-kulti, poplątanych relacji takich postaci jak tytułowy "Dazuto", Orito, Ugeamona, Enomoto, całych tabunów (dosłownie!) Holendrów, Anglików, Japończyków i niewolników różnych nacji. Ogromną zasługą Mitchella jest, że w tym mrowisku bohaterów pierwszo i trzecioplanowych porusza się ze swobodą i dla każdego przewiduje wiarygodną rolę do odegrania.

Do uznania przeze mnie "Tysiąca jesieni Jacoba de Zoeta" za arcydzieło zabrakło mi w zasadzie jednej rzeczy, a dokładnie był o jeden wątek za dużo. Chodzi mi tutaj o niejasny motyw nadprzyrodzonych umiejętności Enomoto, które pojawiają się subtelnie i rzadko, niemniej psują nieznacznie realistyczny wymiar powieści, będąc nadto elementem całkowicie zbędnym dla opowiadanej historii. Pomijając jednak ten niuansik, to dzieło Mitchella jest wyborną strawą dla złaknionego dobrej literatury czytelnika. Gorąco polecam!

środa, 10 września 2014

Skrót za siatkę cz.5 (Vonnegut, Galan, Wells, Dick i Koontz)

"Matka noc" - Kurt Vonnegut (ocena 6/10)
Pierwsza przeczytana przeze mnie powieść spod pióra Vonneguta. Charakterystyczny dla tego pisarza styl parodystyczno-surrealistyczny oplata dzieje fikcyjnego nazisty-szpiega, który do tego stopnia się zakonspirował w aparacie propagandy III Rzeszy, że nikt nie wierzy w jego szpiegowską karierę. Vonnegut tworzy tutaj klasyczne paradoksy - nasz bohater jest pogardzany przez narody alianckie oraz żydowski, a opiewany przez zwolenników nazizmu. Te uczucia przekładają się również na jego losy - od tych pierwszych spotykają go same przykrości od obelg po naruszenia nietykalności cielesnej, od tych drugich może oczekiwać pomocy i szczerego oddania. Efektem jest coraz bardziej prawdziwe kłamstwo - Campbell już sam nie wie, czy był tym szpiegiem, czy raczej zadeklarowanym nazistą. 
Vonnegut ukazuje tutaj dramat jednostki zaplątanej w swoją własna przeszłość, bohater żyje dosłownie przeszłością, kiedy razem z żoną Helgą brylowali w światku kulturalnym III Rzeszy, nie będąc jednak przesiąkniętymi całą tą teutońską ideologią. Jak podkreśla Vonnegut - nie my decydujemy, kim jesteśmy, a to, jak nas odbiera otoczenie. I faktycznie jest tak, że na co dzień w życiu żyjemy złudzeniami tego, jak sobie wyobrażamy innych, niejako kształtujemy innych na swoje podobieństwo, a granicą jest tutaj siła woli i osobowości tych innych. Byt określa świadomość albo inaczej wizja arystetelowskiego hilemorfizmu w interpretacji Jacka Dukaja z "Innych pieśni". 
Oczywiście te przemyślenia są czymś więcej, niż zapewnia nam sama powieść, dosyć standardowa, prosta historyjka z oczywistym morałem. Wartościowe czytadło dla niewymagającego czytelnika.


Juan Eslava Galan "W poszukiwaniu jednorożca" (ocena 5/10) 
Powieść Galana została w Polsce przyjęta wyjątkowo źle (średnia ocen na LC to tylko 4.96/10, to bardzo niskie sumarum, biorąc pod uwagę, że większość czytelników wystawia zazwyczaj o 2-3 punkty ocenę wyższą niż książka faktycznie na to zasługuje). Sam tej średniej swoją notą wymiernie nie podniosę, niemniej "W poszukiwaniu jednorożca"  ma pewien plus dodatni. Do ujemnych plusów należy oczywiście odrzucająca po kilkunastu stronach niezbyt udana stylizacja języka na opowieść-pamiętnik prostego rycerza z XV-wieku, który przegrał swoje życie i zdrowie na absurdalnej ponad dwudziestoletniej epopei przez afrykański interior po róg nosorożca. Drugim minusem jest słabująca i nudna w wielu miejscach fabuła. Niemniej powieść zostaje uratowana sugestywnym zakończeniem, które nadaje "W poszukiwaniu jednorożca" zaskakującej głębi. Losy Juana z Olid stają się symbolem zmian, soczewką niedopasowania i wyjścia bohatera ze swoich czasów. Wyjeżdża on ze swojej rodzinnej Kastylii w roku 1471 roku jako rycerz w średniowiecznym kraju, a wraca w 1492 roku jako bezdomny do kraju nowej epoki, kraju odkryć geograficznych, nowych wartości, nowej rzeczywistości, gdzie nie ma miejsca dla rycerskich reliktów.  Warto przebrnąć całą powieść, aby dotrzeć do tej konstatacji. 

"Wehikuł czasu" Herbert George Wells (ocena 7/10)
Klasyka, która się sama broni, to naprawdę dobra klasyka. "Wehikuł czasu" czytało mi się świetnie, plastyczność wizji autora jest fascynująca. W zasadzie to słynne dzieło Wellsa ma tylko jeden wyraźnie słaby punkt - trącące naiwnym idealizmem przemyślenia podróżnika w czasie odnośnie genezy zastanego w przyszłości stanu społecznego. Reszta jednak to bardzo wciągający obraz świata przyszłości, najpierw schyłek ludzkości (Morlokowie i Elojowie), a następnie już samej Ziemi. 



"W okowach lodu" Dean Koontz (ocena 3/10)
Jeden ze słabszych Koontzów, do tego jest to czysty sensacyjniak, brak tu typowych dla Koontza elementów mistycznych. Fabuła oklepana i przewidywalna, do tego do bólu naiwna (m.in. cały wątek geopolityczny z ruskimi na czele). Motyw szalonego mordercy ukrywającego się wśród polarników do momentu aż będą nurkować w polarnej wodzie na głębokość 200 metrów, to jeden z najbardziej kuriozalnych momentów w historii literatury rozrywkowej. Na plus jedynie klimat Arktyki, reszta do zapomnienia.



Philip Dick "Boża inwazja" (ocena 4/10)
Niestety jest to bełkot. Bardzo chciałem zachwycić się "Bożą inwazją". Tak jak zafascynowała mnie wizja śmierci w "Transmigracji Timothy'ego Archera", pytania o człowieczeństwo w "Blade runnerze", czy narkotykowa antyutopia z "Przez ciemne zwierciadło", tak nie jestem w stanie skonstatować, co było myślą przewodnią "Bożej inwazji", poza natrętnym wnioskiem, że oto miałem do czynienia z chaosem myśli, wizji, wiedzy i osobistych pragnień autora. Oczywiście mógłbym się wysilić i poudawać, że wizja Dicka jest oszałamiająca i pozostawiła mnie z rozdziawionym pyskiem, tylko że dominuje we mnie odczucie ogólnego braku fabularnego sensu i zwyczajnego bełkotu. Dick pisze tutaj o wszystkim i o niczym, a z tego galimatiasu nie wyłania się nic, co by można nazwać morałem, przesłaniem, motywem przewodnim, no nic tu takiego nie ma, jedynie miszmasz gnozy, kabały, wątków starotestamentowych i symboliki religijnej (np. postać Eliasza). Dałbym pałę, gdyby nie fakt, że "Boża inwazja" w poszczególnych fragmentach (m.in. wątek rozdartej osobowości Boga) jest świetna. Szkoda, że nie zgrywa się to w spójną całość. 

sobota, 23 sierpnia 2014

Ściana śmierci ("Biały pająk" Heinrich Harrer)

Uwielbiam góry, kocham je miłością irracjonalną. Góry weryfikują wartość człowieka, skały, ekspozycje, obiektywne trudności pozwalają się sprawdzić, stanowią soczewkę własnych wyobrażeń o sobie samym. Kto nigdy nie podjął wyzwania jakim jest pokonanie szlaku o określonej trudności, długości i eskpozycyjności mając za ochronę jedynie własne ręce, nogi i kondycję (nie przymierzając klasyczne Rysy po polskiej stronie Tatr, gdzie najpierw jest długi i żmudny asfalt do Morskiego Oka, a potem nagle ostro w górę, pojawiają się skały, łańcuchy i momentami dosyć spore ekspozycje), ten nigdy nie pozna samego siebie. I za to je właśnie kocham. Myśląc góry mam oczywiście na myśli coś o skali Tatr, żółty szlak na Babią Górę, czy kilka miejsc w Karkonoszach, reszta to sympatyczne i niezmiernie ciekawe (pa)góry, które nie stanowią jednak wyzwania dla zmysłów i wyobraźni.
Zaczęło się od szczeniackiej fascynacji panoramą gór i zupełnie odmienną od nizin perspektywą, z czasem jednak dostrzegałem, że jadąc w góry sprawdzam siebie, swój charakter, odporność na wyzwania ekspozycji w połączeniu ze zmęczeniem, znużeniem, wysiłkiem fizycznym i pogodą. Popełniałem w górach karygodne błędy, jak w 2001 roku w Tatrach, kiedy zabrałem w góry swoją przyszłą żonę, a która omal się dla mnie nie zakończyła dramatem zatrucia pokarmowego i odwodnienia w 30 stopniowym upale na powrocie z przełęczy Karb do Kuźnic, po wypiciu wody z potoku nalanej dzień wcześniej w dolnych partiach szlaku do Doliny Pięciu Stawów. Duma i wstyd nie pozwoliły mi wtedy na wezwanie pomocy dzielnych Toprowców, którzy i tak mieli mnóstwo roboty tego dnia z bezmyślnymi turystami, helikopter latał non stop nad Orlą Perć i z powrotem. Albo gdy prawie odpadłem ze zmęczenia ze szlaku na Czerwoną Ławkę. Z czasem jednak moja miłość do gór dojrzewała, dzisiaj patrząc na góry czuję przede wszystkim respekt. Biorąc pod uwagę, jakie miewałem problemy na zwykłych szlakach tatrzańskich, czy dolomickich latem, tym bardziej czuję szacunek i respekt dla takich ekstremalnych wyzwań jak północna ściana Eigeru. Wiem, że z moim nikłym doświadczeniem i szwankującymi kolanami, nie mam szans nawet na amatorską wspinaczkę, a co dopiero na północną ścianę Eigeru. Oczy chcą, serce mi się wyrywa do tej ściany, ale mam świadomość, że pozostaje mi zwykła turystyka górska, od biedy jakaś lekka wspinaczka. Będę jednak walczył, by spełniać te swoje marzenia, przez 2 lata nie byłem w górach, ale w przyszłym roku biorę znajomych i nasze dziewczyny i jedziemy w porządne góry, najlepiej Tatry Słowackie. A potem się zobaczy, jak pieniądze będą, to i czas i chęci się znajdą :)
Znając swoje przeżycia w zwykłej turystyce górskiej i kilku dolomickich ferratach, tym bardziej jestem pełen szacunku dla zdobywców z dawnych lat, którzy nie mając forsy, często będąc niedostatecznie wyekwipowanymi, ale mając rozsądek, wyobraźnię i respekt, porywali się z motyką na północną ścianę Eigeru (Nordwand), znaną także jako ścianą śmierci (Mordwand). Z wypiekami na twarzy czytałem o losach pierwszych ofiar Maxa Sedlmayera i Karla Mehringera (zamarzli w ścianie w środku lata w 1935 roku), tragedii Tony'ego Kurza i trójki kolegów w 1936 roku (o tym chyba najsłynniejszym i niezwykle obrazowym dramacie opowiada m.in. całkiem niezły niemiecki film z 2008 roku), głupocie Claudio Cortiego w 1957 roku, która doprowadziła do śmierci trzech osób, brawurze i ekstremalnej dzielności Anderla Heckmaira, zapewniającej ekipie Harrera pierwsze przejście północnej ściany Eigeru, czy też wybitnej wspinaczce Hermanna Buhla w wyjątkowo ciężkich warunkach w 1952 roku.
O tych bohaterach opowiada w swojej książce "Biały pająk" jeden z czwórki pierwszych zdobywców północnej ściany Eigeru Heinrich Harrer. O Harrerze nie ma co się specjalnie rozpisywać, postać znana ze zdobycia ściany śmierci, przyjaźni z Dalajlamą, wielu wypraw górskich na całym świecie, ale także kontrowersyjna z powodu swojej nazistowskiej przeszłości. Poza tym jak na człowieka, który nie imał się różnych niebezpiecznych zajęć, to swoje przeżył. W ogóle dalsze dzieje pierwszych zdobywców ściany są dosyć osobliwe, bo dwójka z nich przeżyła kilka razy swoje pokolenie, a dwójka nie dożyła wnuków:
Anderl Heckmair - lat 98
Ludwig Vorg - lat 30 (zginął na wojnie)
Fritz Kasparek - lat 44 (zginął na Salcantay w Peru)
Heinrich Harrer - lat 94
No dobra, tak gadam i gadam o wszystkim i o niczym, ale o co w ogóle chodzi z tą północną ścianą Eigeru? Na czym polega jej wyjątkowość, że wszyscy świadomi siebie wspinacze świata za ostateczny test swojej sprawności czynią ten fragment wysokiego na 3970 m n.p.m. szczytu? Decydująca jest oczywiście skala trudności w jej pokonaniu, 1800 metrów niemalże pionowej skały, z niekorzystnym, dachówkowatym uwarstwieniem, ostrzałem kamiennym, kapryśną pogodą itd. Tak, czy siak może lepiej za mnie przemówią obrazki:

widok współczesny na Nordwand, doskonale widoczne Biały pająk, Rampa, pola lodowe i trawers Hinterstoissera
słynny Trawers Hinterstoissera (jak widać na zdjęciu współcześnie ubezpieczony)
"Biały pająk" - pole lodowe, w latach Harrera kluczowe do zdobycia północnej ściany Eigeru
Biały pająk współcześnie 
Trawers bogów prowadzący z Rampy do Białego pająka
Niejaki Ross Hewitt zamieścił na swoim blogu relację z przejścia w 2012 roku północnej ściany Eigeru tzw. drogą klasyczną (czyli inaczej drogą Heckmaira z 1938 roku). Poniżej pozwoliłem sobie na zapożyczenie kilku zdjęć, by pokazać charakterystyczne punkty ściany współcześnie):
droga klasyczna
Czerwona ściana (to i kolejne zdjęcia z bloga Rossa Hewitta)
Pierwsze pole lodowe
Lodowy szlauch
Żelazko
Biwak śmierci (nazwa miejsca, w którym zamarzli Sedlmayer i Mehringer w 1935 roku)
Rampa 
Trawers bogów
Rysy Wyjściowe
Harrer w swojej książce pisze o innych, o sobie praktycznie w ogóle, jakby skromność mu na to nie pozwalała, woli bardziej wychwalać swoich kolegów, w szczególności Heckmaira, który jak szaleniec torował im drogę przez dziewicze tereny szczytowej północnej ściany Eigeru. Być może jednak Harrer wstydził się siebie z tamtego okresu, tego że pokonując ścianę robił to ku chwale NSDAP i SS (na szczyt wtargał flagę Rzeszy, o czym w "Białym pająku" w ogóle nie wspomina). Pod tym względem "Biały pająk" jest pozycją beznadziejną, bo jak to, książka napisana przez jednego z pierwszych zdobywców ściany, a wo ogóle nie zawiera opisu przeżyć wewnętrznych? Efekt końcowy jest taki, że Harrera jakby w ścianie nigdy nie było, "Biały pająk" to opis przejść i bohaterów ściany, ale bez pierwszoosobowego narratora. W ten sposób czytelnicy stracili niepowtarzalną okazją, by z relacji naocznej przekonać się, co czuje człowiek w ścianie, tego niestety Harrer nas dożywotnio pozbawił. Tego w sumie oczekiwałem od tej książki przed jej przeczytaniem. 
Pod każdym innym względem "Biały pająk" to książka wyśmienita, obrazowym językiem autor przedstawia historię przejść i dzieje tragedii na przestrzeni lat 1935-1964, ze szczególnym naciskiem na lata 1935, 1936, 1938 (ale bez opisu przeżyć wewnętrznych Harrera, tylko dużo pochwał pod adresem Heckmaira), 1950, 1952 i 1957. 
Pomimo tego że pierwsze przejście austriacko-niemieckie z 1938 roku zostało wykorzystane w machinie propagandowej III Rzeszy, to nic odbierze czwórce bohaterów miejsca w historii:
Od lewej: Harrer, Kasparek, Heckmair, Vorg (1938 - po pierwszym przejściu północnej ściany Eigeru)
Tony Kurz wisi na linie
Północna ściana Eigeru nie jest dzisiaj już taka groźna jak kiedyś, jednak postęp techniczny spowodował, że ciężko sobie wyobrazić zamarznięcie w ścianie (jak w 1935 roku, zamarzniętego Mehringera znaleziono dopiero po 27 latach, we wrześniu 1962 roku), czy trudności w zlokalizowaniu zaginionych (jak w 1957 roku). Dzisiaj bije się raczej rekordy w przejściu ściany (rywalizacja Arnolda i Uli Stecka, rekord Arnolda osiągnięty nie do końca uczciwie wynosi 2h28m, co daje 12 metrów na minutę, Stecka rekord 2h47m, ale w czystych warunkach). Ściana służy także do base jumpingu i narciarstwa ekstremalnego, ludzie zabijają w ten sposób i tę legendę wspinaczki. Może kolejne wyzwania czekają wspinaczy dopiero na Marsie, w końcu tamtejsze wulkany osiągają po 20 km wysokości? Kto wie ;)