piątek, 12 grudnia 2014

Best of Robert Silverberg - "Pożeglować do Bizancjum"

Na temat twórczości Silverberga mam już wyrobione, niezbyt pochlebne zdanie, a po opowiadania z tomu "Pożeglować do Bizancjum" sięgnąłem z nadzieją, że zdarzy mu się kolejny rodzynek w postaci "Człowieka w labiryncie", a nie zbiór kupsztali w stylu Majipooru. Czy tak się faktycznie stało, o tym poniżej.


Robert Silverberg "Pożeglować do Bizancjum" (jako zbiór ocena 3,5/10)
"Gilgamesz na Pustkowiu" (ocena 3/10) - typowy przedstawiciel twórczości Silverberga, intrygujący, trącący sporym surrealizmem pomysł piekła dla historycznych i półmitycznych bohaterów ludzkości został wykorzystany dla drętwej, pustej, nic sobą nie wnoszącej fabuły, w której pojawiają się takie kwiatki jak domniemany wątek ciągotek homoseksualnych Roberta E. Howarda do Gilgamesza (archetypu Conana), czy też platoniczna miłość pomiędzy Enkidu i Gilgameszem. Do tego samo Piekło zostało przedstawione w wybitnie sztampowy sposób, oczywiście bez wyjaśnienia co, gdzie i dlaczego istnieje taki, a nie inny wymyślony przez autora świat przedstawiony. Wysoka ocena 3/10 tylko z powodu mojego romantyzmu na punkcie mitologii sumeryjskiej. Ale pada tutaj bardzo fajne sformułowanie: "Pożądanie mężczyzny przez mężczyznę stanowi oznakę dekadencji, upadku cywilizacji". No cóż, coś w tym jest.

"Pasażerowie" (ocena 3/10) - trawestacja motywu pożeraczy ciał (tutaj umysłów). Jak to u Silverberga pomysł wyjściowy (skąd są, jak wyglądają, czym są tytułowi pasażerowie) nie zostaje wyjaśniony, zaś osnuty wokół tego pomysłu wątek fabularny zwyczajnie rozczarowuje i nie zaskakuje.

"Na scenę wkracza żołnierz. Za nim wkracza drugi" (ocena 1,5/10) - Francisco Pizarro i Sokrates spotykają się jako pewnego rodzaju trójwymiarowa AI w zerojedynkowym świecie i sobie gadają. Standardowo Silverberg niezbyt czytelnie przedstawia wykreowany świat oraz tworzy słabiutką fabułę, w której chyba najistotniejsza miała być konfrontacja gwałtowności Pizarra i stoicyzmu Sokratesa. Podobnie jak w "Gilgameszu..." Silverberg popisuje się swoją encyklopedyczną wiedzą historyczną, ale samej historii to zupełnie nie jest w stanie uratować, dyskusja antagonistów jest płytka, pusta i do niczego w ostateczności nie zmierza.

"Skrzydła nocy" (ocena 5/10) - całkiem interesująca wizja przyszłości, gdzie ludzkość podzielona na swego rodzaju cechy (czyli takie samorządy zawodowe) oczekuje ponownej inwazji obcych z kosmosu. Akcja toczy się w Roumie (Rzymie z przekręconą nazwą) a głównym bohaterem jest Obserwator gwiazd, przedstawiciel cechu, który ma za zadanie dostrzec inwazję. Towarzyszą mu dziewczyna dysponująca tytułowymi skrzydłami oraz tajemniczy osobnik, który potem odegra niepoślednią rolę. Fabuła oczywiście nie wymiata, ale przynajmniej miałem poczucie, że przeczytałem przyzwoitą historię, chociaż bez żadnego morału i która wyleciała mi z głowy dwie sekundy po ostatniej kropce.

"Rodzimy się zmarłymi" (ocena 1/10) - sto najgorszych stron z Silverbergiem, co jest swego rodzaju osiągnięciem, bo nie spodziewałem się, że coś przebije "Księgę czaszek". Brak morału, brak sensu, brak ciekawej historii, północna ściana Eigeru beznadziejności. Fatalna nowela, czuję się tą historią zbrukany i absolutnie nie wiem, co chciał nią Silverberg przekazać, bo cały czas zmierzał łopatologicznie do wyraźnego morału, który oczywiście nie nastąpił.

"Dobre wieści z Watykanu" (ocena 2/10) - dobre, bo krótkie, na szczęście to tylko dziesięć stron i dlatego ocena oczko wyżej. Kilku religijnych notabli siedzi sobie w kawiarence i dyskutuje o trwającym konklawe, przewidując na stolec papieski wybór pierwszego robota. Jałowa dyskusja o zeszłorocznym zbiorze truskawek trwa przez całe opowiadanie, na koniec robot zostaje wybrany, chłopaki się rozchodzą, koniec opowiadania.

"Pożeglować do Bizancjum" (ocena 6/10) - Silverberg znowu popisuje się swoją encyklopedyczną wiedzą historyczną, ale na szczęście pojawia się tutaj w miarę sensowna fabuła. Jest to jedyna nowela w zbiorze, w której bohater rusza z punktu A i dociera do punktu B, po drodze przechodząc pewną przemianę, dowiadując się nowych rzeczy o świecie przedstawionym oraz samym sobie, w konsekwencji jest tutaj istota literatury - progres głównej postaci w określonej skali. Świat przedstawiony to bliżej nieokreślone miejsce (Ziemia, inna planeta, hangar, świat wirtualny) w przyszłości, w którym wiecznie młodzi, hedonistyczni i jednakowo piękni ludzie odwzorowują trójwymiarowe miasta z przeszłości z całym ich życiem miejskim i w którym zapewniają sobie odpowiednio rozrywkowe wakacje. Mamy zatem Aleksandrię, Chicago, starożytne miasto chińskie, a na końcu oczywiście Bizancjum. Za towarzyszy ta młodzież przyszłości obiera sobie czasami wskrzeszone postaci z przeszłości. Takim osobnikiem jest także główny bohater, alter ego mężczyzny z lat 80-tych XX wieku. Odnajdywanie się naszego protagonisty w świecie przedstawionym jest osią fabularną noweli. "Pożeglować do Bizancjum" nie jest jakimś olśniewającym dziełem s-f, ale wyróżnia się na tle wcześniejszych nowel zbioru, jest przyzwoicie napisane i kończy się wyraźnym morałem. Z tego powodu daję aż sześć oczek. 

wtorek, 2 grudnia 2014

Głębia poszukiwacza (zmiany na blogu)

Wszystko płynie, świat pędzi do przodu, coraz mniej czasu na refleksję nad własnym postępowaniem, ludzie funkcjonują jak zombie, sami często już nie wiedzą, na czym ich życie polega. Człowiek się starzeje, lata upływają, ludzie przychodzą i odchodzą, to wszystko zaczyna przypominać pustynny miraż. Zatem, czas na wspominki.
Wiek chrystusowy zobowiązuje. Coraz częściej patrzę wstecz, świat dzisiejszy coraz mniej przypomina świat, w którym się wychowałem. Spoglądanie wstecz to tak naprawdę pilnowanie swoich korzeni, pilnowanie swojej wewnętrznej tożsamości, to nie oznacza przecież zagubienia we współczesnym wszechświecie. Moje korzenie, tak jak całe życie, tak jak moje myśli, są poplątane, poskręcane, przewleczone przez przełom lat 80-tych i 90-tych. Było mnóstwo czasu na wszystko, dni się nie kończyły, noce były długie, wakacje nieskończone, nadzieje płonne, uczucia głębokie, nieśmiałość wobec dziewczyn niezmierzona. A dzisiaj? Cynizm i realizm zabijają ducha, ale bez tej bariery ochronnej pozostałyby tylko tabletki i alkohol.
Pamiętam jeszcze świat prawdziwych, głębokich wartości, dobrej muzyki, dobrego filmu, ba, nawet dobrej bajki. Od tej pory, oprócz dotychczasowej swojej literackiej aktywności blogowej, będę wyszukiwał wspominki, ciekawostki, to co kiedyś lubiłem jako dzieciak, uczeń i student. Kolekcjonowanie, by uchronić od zapomnienia. I w sumie nie wiem, czy to typowy objaw przywiązania do swojego pokolenia, czy też może jednak faktycznie mój gust jest najlepszy :) 

Na początek gotycki metal, idealna pożywka dla wielbiciela gitary basowej oraz romantycznych wizji miłości, nieśmiertelności i niematerialnego piękna. Genialna muza Artrosis, najlepsza pieśń i najlepszy album gotycki. Teraz tylko zamknąć oczy i odpłynąć!


sobota, 29 listopada 2014

Wszyscy wiedzieli, wszyscy milczeli

Dziennikarz śledczy Marcin Kącki w swojej książce "Maestro" postanowił przedstawić efekty swojego śledztwa w sprawie czterdziestoletniej, pedofilskiej i homoseksualnej kariery Wojciecha Kroloppa w Poznańskim Chórze Chłopięcym. Reportaż Kąckiego jest wstrząsający nie tylko przez bliskość zdarzeń dla mnie, Wielkopolanina z dziada pradziada, ale przede wszystkim na to, że składa się z samych faktów, chociaż oczywiście dziennikarz nie pozostaje obojętny wobec ogromu zbrodni dokonanej przez Kroloppa. Nie wnikam w szczerość intencji Kąckiego, czy zrobił to dla swojej sławy, czy też dla ujrzenia prawdy przez opinię publiczną, ważne, że fakty zebrane przez dziennikarza mówią same dla siebie. "Maestro" to katatoniczny obraz chorego społeczeństwa, rodziców, którzy oddają swoje dzieci pedofilom za bibeloty i casio z Zachodu, urzędników i nauczycieli bojących się o własne cztery litery, innych osób z otoczenia chóru, które były całkowicie obojętne na jednoznaczne sygnały o krzywdzie dzieci.
Ta książka ukazała się o 20 lat za późno! To powinno wyjść na początku lat 90-tych, jako podsumowanie, nowe otwarcie dla miasta, oczyszczenie atmosfery i ukaranie winnych. Ale nie. Wszyscy wiedzieli, wszyscy milczeli, wszystkim to doskonale pasowało, kółko wzajemnej adoracji, koteria powiązanych interesików i biznesików, od sekretarki Grażyny, małej osóbki dosłownie i w przenośni, która broni Kroloppa, bo się boi stracić pracę (którą w końcu i tak traci), poprzez "biznesmena" Jana Rybskiego, o którym w sieci można znaleźć m.in. takie informacje, aż do Aliny Kurczewskiej, znanej, wieloletniej dziennikarki Radia Merkury, która tak siebie prezentuje do publicznego wglądu na FB. Jako dzieciak uwielbiałem słuchać audycji jej autorstwa z muzyką poważną, na początku lat 90-tych Radio Merkury byłą jedyną stacją radiową osiągalną przez mój mały magnetofon. Teraz wiem, że moje wspomnienia są zakłócone świadomością, że za tą fasadą estetyki i ładnych dźwięków, siedziała kobieta, która przez 40 lat była przy chórze, widziała Kroloppa, znała jego grzeszki, ale udawała, że ich nie widzi, gdyż jedyne, co ją interesowało, to "dbałość o spuściznę po ojcu", o to, by wizerunek chóru był nieskazitelny. Los dzieci, ich zdrowie psychofizyczne, dla Aliny Kurczewskiej nie były i nie są ważne. Dla mnie ta pani jest symbolem, klasycznym egzemplarzem zmowy milczenia, o której pisze Marcin Kącki.
Krolopp jak Krolopp, pedofile byli, są i będą, "Maestro" to jest tak naprawdę opowieść o chorym społeczeństwie, o społecznej zmowie milczenia, milczącym przyzwoleniu na zło. Krolopp był chorym seksoholikiem, ta piękna ziemia zdecydowanie zbyt długo go nosiła, był winny i nie podlega to negacji, ale jak tu ukarać rodziców, wizytatorów, osoby piastujące władzę w Poznaniu, w województwie, w kraju, tych wszystkich dygnitarzy, którzy przez kilka dekad pozwalali, aby na łonie społeczeństwa plenił się wrzód zboczenia, niszczący psychikę, zdrowie i życie molestowanych chłopców? Kącki przeprowadza z nimi wywiady, nie ocenia ich, ale oni sami się pogrążają, kiedy zadaje im proste pytanie: Nic Pan/Pani nie widział/a, nie słyszał/a? Nie było sygnałów świadczących o molestowaniu? Jaka odpowiedź najczęściej pada? "Coś tam widziałem ale co ja mogłem" albo "nie było oficjalnej skargi".
Nosz kuźwa, co to ma być? Co to za społeczeństwo, które nie chroni swoich niewinnych członków? Przecież te usprawiedliwienia, te małe wymówki dla sumienia, to było niezależne od czasów, w których miały miejsce zbrodnie Kroloppa. PRL się skończył, wymówki pozostały. W kwietniu 1994 roku, na sesji Rady Miasta, wywiązuje się dyskusja nad pedofilią Krollopa. Radnym był wtedy Michał Stuligrosz, który wypowiada symboliczne słowa: "Nie ma sensu udawać, całe miasto wiedziało". Sesja zostaje do dnia dzisiejszego utajniona w trosce o to, by "na zewnątrz nie wydostało się żadne słowo, które mogłoby narazić ich na odpowiedzialność za naruszenie dobrego imienia Kurczewskiego i Kroloppa. I rozeszli się do domów". Dramat społeczny, dramat systemowy, dramat relatywizacji wszystkiego we wszystkim, rozmycia zasad, usprawiedliwiania złego, patrzenia przez palce, przeskalowanie wartości, odwrócenie do góry dnem, tego c słuszne. Urzędujący do dnia dzisiejszego prezydent Ryszard Grobelny, uczestnik tamtej sesji, jest w stanie powiedzieć tylko, że "sesja była żenująca". Między wierszami miał zapewne na myśli, że żenujące było w ogóle wyciągnięcie tego gnijącego trupa z szafy, a nie sposób załatwienia, bo sam głosował za utajnieniem.
Komentarz z jednego forum w internecie -  Jestem poznańskim słoikiem. Tych 10 lat temu przeczytałam w gazecie o sprawie Kroloppa w towarzystwie koleżanki ze studiów, z dobrej poznańskiej rodziny. "Wreszcie!" - zareagowała, wówczas 20-letnia. "To wszyscy wiedzieli" "A ty znasz kogoś z chóru?" "Tylko jednego kolegę, ale o tym wszyscy wiedzą". To nie była siostra, to nie była urzędniczka, rodzinnie nie przyznała się do związków z chórem. Tylko tyle, że "to wszyscy wiedzą". Nawet ludzie w mieście znaczy się. Ciarki mnie przeszły."
Zmowa milczenia została przerwana w 2003 roku, po czterech dekadach społecznego przyzwolenia. Posypały się zatem artykuły medialne, komentarze, prasa, telewizja miały używanie. Cytat z artykułu Wprost z numeru 27/2003: ""Już na przełomie lat 1982 i 1983 do wydziału kultury i sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu, któremu podlegał chór Polskie Słowiki, docierały skargi rodziców chórzystów, którzy zarzucali Wojciechowi Kroloppowi praktyki pedofilskie. Wtedy postanowiono, że sprawa nie może nabrać rozgłosu, bo wszyscy na tym stracą. KW PZPR w Poznaniu miał przekazać do urzędu wojewódzkiego pismo nakazujące zatuszowanie sprawy. Broniono dyrygenta Polskich Słowików, bo ten chór był traktowany jako przeciwwaga dla uważanych za prokościelne Poznańskich Słowików Stefana Stuligrosza."kryty przez znanych Poznaniaków. Jaki mają w tym udział?" 
Na czym polega zło w historii Kroloppa i jego otoczenia? To nie jest zło jawne, wyskakujące z pudełka jak mściwy dżin, życie to nie bajka. Zło to konglomerat ignorancji, małostkowości, egoizmu, zachcianek, niezdrowych ambicji, partykularyzmu. Zło to rozmycie granic, zasad, relatywizm moralny i obłaskawianie demonów. Ale przede wszystkim zło to niesłuchanie własnego sumienia, zasłanianie firanek, przechodzenie drugą stroną. To wszystko składa się na zło systemowe, tworzące chore społeczeństwo. 
To jest nie tylko Krolopp i zgniłe otoczenie, to się pojawić może wszędzie. W Poznaniu jest od zawsze, odkąd pamiętam. Tytułem przykładu w mojej ostatniej pracy, jednostce organizacyjnej miasta, system układów i układzików doprowadził do tego, że jedno ze stanowisk kierowniczych zajmuje od kilku lat osoba inteligentna i wykształcona, ale kompletnie pozbawiona elementarnej inteligencji emocjonalnej, objawiająca coraz silniejsze skłonności socjopatyczne, pozbawiona empatii, nie umiejąca zarządzać ludźmi, co automatycznie dyskwalifikuje ją z zajmowania takiego odpowiedzialnego stanowiska. Jest to jednak tajemnicą poliszynela, wszyscy marudzą po kątach, narzekają, ale powiedzieć to na głos, postawić się, obronić jeden drugiego nie potrafią, bo się boją własnego cienia. I w ten sposób czyrak narasta, bo z biegiem lat osobowość kierownika ulega dalszej degradacji i będzie coraz gorzej, aż dojdzie do jakiejś tragedii. 
Pani Dulska, symbol drobnomieszczańskiej hipokryzji, doskonale wiedziała, że jej dorosły syn odwiedza w nocy służącą, i wcale jej to nie przeszkadzało; w furię wpadła dopiero, kiedy o romansie ktoś spróbował głośno mówić. Czy ta sama pruderia rządzi rodzicami krzywdzonych dzieci? Jan Rybski, pani Grażynka, sekretarka bojąca się o swoją pracę (ten sam mechanizm obserwuję jako normalne zachowanie, krew mnie zalew, kiedy widzę, jak mali ludzie boją się o utratę swojej pracy). Sami sobie tworzymy takie społeczeństwo, na jakie zasługujemy. Krolopp pod koniec życia nie wykazywał skruchy. Ale dlaczego miał wykazywać, skoro przez 40 lat odbierał z otoczenia ciche przyzwolenie. Oto ucieleśnienie opisanego przeze mnie zła:
plus materiał telewizyjny z zakłamaną Aliną Kurczewską ("komu bliskie są losy instytucji, szkoły i chóru" - a co z setkami dziećmi, pani Alino?), Janem "grubymi nićmi szytą prowokacją" Rybskim i rodzicami: https://www.youtube.com/watch?v=jigEesUF7Mk.
Każdy powinien przeczytać książkę Kąckiego - aktualni rodzice, przyszli rodzice, dziadkowie, politycy, nauczyciele, pedagodzy, wszyscy, którzy mają w sobie chociaż odrobinę empatii i potrafią racjonalnie myśleć. Nauczmy się czytać między wierszami, nauczmy się rozmawiać o sobie, zrzućmy maski i bądźmy dla siebie bliźnimi, a nie rywalami w drodze po lepszy status materialny. Są rzeczy ważniejsze, niż premie i trzynastki, niż wyjazd na Mallorcę. W innym wypadku dojdzie do kolejnej tragedii.

czwartek, 27 listopada 2014

Skrót za siatkę cz.7 (Beukes, Cejrowski)


Lauren Beukes "Zoo city" (ocena 2/10)
Jak wygląda życie społeczne RPA, każdy widzi z przekazu mediów. Jedna z największych na świecie przestępczości przeciwko życiu i zdrowiu, szczególnie odbijająca się w rzeczywistości Johannesburga i tylko gdybać, czy to skutek zniesienia apartheidu, czy też przyczyna tkwi głębiej, jeszcze w podziałach ukształtowanych segregacją rasową. W każdym razie dla białych nastały tam ciężkie czasy.
Chyba wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom Beukes czyni bohaterką swojej powieści Zinzi December, czarnoskórą dziewczynę z getta Zoo city, dzielnicy Joburga. W świecie przedstawionym powieści Zoo city to degrengolada lokalnego społeczeństwa, gdzie zalęgły się największe wyrzutki, czyli przestępcy obdarzeni .... zwierzakami. Na wzór pullmanowskich dajmon z trylogii "Mroczne materie" zwierzaki w "Zoo city" stygmatyzują w oczach społeczeństwa ich posiadaczy za dokonane przez nich zbrodnie. A dlaczego, Szanowna Autorko, tak się dzieje, skąd te zwierzaki się materializują, bo że są materialne, to oczywisty fakt świata przedstawionego? Bo tak, czytelniku, sobie wymyśliłam, i nic Ci do tego, nie wnikaj, bo Cię tylko głowa rozboli!
Generalnie autorka unika jak ognia odpowiedzi na kontrowersyjne pytania. Jej powieść dosłownie ocieka krwią, brudem, degrengoladą moralną i syfem społecznym, wypisz wymaluj industrialna rzeczywistość współczesnych miast, tymczasem Beukes nie rozważa tego, nie tworzy żadnych wniosków, morału, czegokolwiek. "Zoo city" jest powieścią wewnętrznie pustą, sprowadza się wyłącznie do pomysłu wyjściowego, do którego doczepiony na siłę jest wątek prowadzonego przez Zinzi quasi-śledztwa. Fabuła to głównie przemieszczanie się bohaterki z jednego punktu do drugiego. Bohaterka się nie zmienia, "Zoo city" nie wnosi sobą nie tylko żadnej refleksji, ale nawet ciekawej fabuły. Jest zasyfiały świat przedstawiony, w nim społeczeństwo obdarte ze zdrowych zasad, z moralności, w nim z kolei główna bohaterka i jej kompani z drugiego planu toczą swoje życie pozbawione zasad i moralności. Antyspołeczeństwo i antybohaterzy. Czy zatem powieść z takim światem przedstawionym mogła się skończyć dobrze? Czy w ogóle mogła się skończyć? Zakończenie jest nie tyle słabe, co zwyczajnie go nie ma.
Przed całkowitą degrengoladą ratuje powieść świetny styl Beukes, swoboda w operowaniu językiem, jego stylizacja oraz niektóre ciekawe rozwiązania formalne. Tak więc czyta się dobrze, niestety ze względu na wspomniane braki w kreacji bohaterów i wątkach fabularnych "Zoo city" nie stanowi udanej pozycji.


Wojciech Cejrowski "Wyspa na prerii" (ocena 3/10)


Niewątpliwie WC jest umiejętnym opowiadaczem, nie bez kozery z zainteresowaniem chłonie się jego telewizyjną serię "Boso przez świat", nawet gdy opowiada o takich pierdołach jak potrawy serwowane na statku wycieczkowym po Amazonce. Niemniej w "Wyspie na prerii" przekroczył akceptowalne granice lania wody, tytuł książki powinien raczej brzmieć "Wodolejstwo na prerii". Prawie 3/4 jego dzieła o małym domku na prerii w Arizonie, to obszerne opisy kaktusów, wiatrów, piasku, krzaków, wychodków, kup, blachy, rdzy, termitów, krzeseł, Walmartów, kotów, kojotów, krów, koni, traw i nicnierobienia (jak sam to nazywa WC). O dziwo nie ma nic o rodeo, widocznie WC uznał, że jest mniej ciekawe od wychodków i krzaków. Jakby wodolejstwa było mało WC nie może się powstrzymać i raczy czytelnika swoją ciężkostrawną filozofią życiową oraz błyskotliwymi sucharami, oto jeden z nich: "(..) Krowa nic innego nie je - tylko trawa i trawa popijana wodą i wodą. To oznacza, że rogi, kopyta, skóra, mleko i cała reszta krowy są zrobione z trawy(...) a zatem steki wołowe to sama trawa, co oznacza, że stek to mięso wegetariańskie(...)" Wzorcowy wywód logiczny.

Na szczęście są w "Wodolejstwie na prerii" fragmenty, kiedy to WC odchodzi od fascynacji nicnierobieniem i zaczyna opowiadać o zwyczajach miejscowej społeczności farmerskiej. Zebrałoby się tego na oko kilkadziesiąt stron książki, głównie w ramach tak nazwanej "księgi kopyt". WC kreuje dosyć idylliczną wizję grupy trzymającej się razem, odznaczającej się specyficznym podejściem do zasad współżycia społecznego, żyjących prosto i bez większych ambicji. Z praktycznych przyczyn noszą non stop charakterystyczne kapelusze (oczywiste, że chodzi o nadmiar Słońca), z praktycznych powodów mało mówią, a jak mówią, to półgębkiem i maksymalnie zwięźle (dostający się wszędzie pył prerii, także w otwór gębowy), praktyczne są też przyczyny noszenia broni (węże, kojoty), niesamowicie pragmatyczny ludek. WC jest nimi ewidentnie zafascynowany, ale nie ma dnia bez nocy. Ludzie prerii strzelają bez ostrzeżenia do intruzów, są prostaccy, nieoczytani, o ograniczonych horyzontach myślowych, podział ról społecznych jest tradycyjny i paternalistyczny, a nad tym wszystkim wisi subtelna mgiełka ksenofobii. Społeczeństwo prerii jest społeczeństwem zamkniętym, nieufnie patrzy na obcych, WC dosyć trafnie nazywa je po prostu stadem. Stado rządzi się swoimi wewnętrznymi regułami, stąd dla turysty może i wygląda to egzotycznie, ale jak to wygląda dla jednostki w stadzie? WC nie może mieć o tym zielonego pojęcia, bo raz, że jest bajkopisarzem i większość jego tekstu należy czytać przez kalkę sceptycyzmu, a dwa, przecież nawet z tego, co WC pisze można między wierszami wyczytać, że nie dane mu było i będzie nawet ułamka tajemnic stada, bo zwyczajnie stado go nie przyjęło. Zresztą można do tego podejść logicznie: jeżeli WC wzbudza ogromne kontrowersje w otwartym i mimo wszystko tolerancyjnym kraju jakim jest Polska, to jak mogą go odbierać w Arizonie, skansenie społecznej stagnacji? No chyba że WC jest typowym hipokrytą, w Polsce udaje wielkiego obieżyświata i znawcę kultur, a tam pracuje na zmywaku.
Podsumowując, "Wodolejstwo na prerii" jest dobre, gdy się czyta o ludziach Arizony. W pozostałym zakresie (czyli jakieś 200 stron książki) to ordynarne nabijanie czytelnika w butelkę. 

niedziela, 23 listopada 2014

"Światło cieni" Rafała Dębskiego - przerost formy nad możliwościami autora

Niestety, Rafał Dębski stworzył gniota, "Światło cieni" to słaba i męcząca powieść. Słaba, bo Dębski nie był w stanie wykorzystać potencjału tkwiącego w zaproponowanej przez siebie historii. Męcząca, albowiem "Światło cieni" to 272 stron, z czego 2/3 to dywagacje, dygresje, didaskalia i inne poboczne przemyślenia autora na poziomie swobodnej konwersacji kilku kumpli w przydrożnym barze, które mają się do głównego wątku fabularnego, jak mysz do sera w pułapce. "Światło cieni" to bardziej rozdęta nowelka, niż pełnoprawna powieść, co też znajduje odzwierciedlenie w ubogim wątku fabularnym. Męcząca, bo w "Świetle cieni" Dębski karmi czytelnika chaosem targowiskowych mądrości życiowych, tworząc dzieło niespójne logicznie, koncepcyjnie, fabularnie i nawet ideologicznie (te fatalne wstawki o Bogu, prawie i antropocentryzmie). Wreszcie niestety, gdyż uwielbiam tematykę kosmicznej eksploracji, a w ręku dobrego pisarza "Światło cieni" nie zaliczyłoby tak druzgocącej porażki. Kosmicznej eksploracji tutaj tyle, co w gniotach Paulo Coelho, fabuła mogłaby zostać umiejscowiona w jakimkolwiek miejscu współczesnej Ziemi, i nic by to nie zmieniło, bo akcja toczy się w 99% w zamkniętych pomieszczeniach bazy planetarnej oraz statku kosmicznego, co zresztą sprawia mizerne, kameralne wrażenie. 
Już sam tytuł jest pułapką, którą autor zastawił sam na siebie i w którą wkroczył z pełną samozadowolenia ignorancją. Jeżeli za tytuł powieści obiera się oksymoron, z którego wynika rzucanie światła przez cień (cień - obszar, powierzchnia, zjawisko, jakkolwiek nie spojrzeć, z istoty swej pozbawiony jest światła), to wypadałoby to w mniej lub bardziej bezpośredni sposób wyjaśnić fabularnie. Tytuł sugeruje, że powieściowe "cienie" są źródłem światła rzucanego na inne przedmioty, a nie poboczną istnienia przeszkody dla światła rzucanego z innego źródła. Ok, przyjmijmy za dobrą monetę, że w powieści zostaje wyjaśnione czym/kim są tytułowe "cienie". Ale w takim razie dlaczego nie zostaje przynajmniej zasugerowane czym jest ich światło? Bo tak to mamy efektownie brzmiący pretekst do stworzenia efektownie wyglądającej ilustracji okładkowej, lecz niestety nic ponadto. 
Tyle tytuł, a co z fabułą i bohaterami? Fabuła jest prosta jak drut, odwołuje się do nostalgii za przygodą, eksploracją nieznanych planet i przestrzeni kosmicznej. Aby zachwycić czytelnika autor musi zaproponować coś nowego, jeżeli nie na polu pomysłu, to chociaż własnego stylu i konceptu, w ostateczności kreacji bohaterów. Niestety we wszystkich tych elementach "Światło cieni" leży i kwiczy, padając ofiarą kombinacji kiepskiego warsztatu autora i braku pomysłu na coś więcej niż kilkunastostronicowe opowiadanie. Te drętwe dywagacje, rozważania o życiu, o ludzkości, polityce, prawie i zbiorach porzeczek, na siłę wetknięte przez wszechwiedzącego narratora w głowę płaskiego i irytującego głównego bohatera. Te fatalnie rozpisane, sztuczne i wkurzające dialogi pomiędzy postaciami. Dębski mnoży niezrozumiałe zachowania bohaterów (ludzie wrzeszczą na siebie bez powodu, zachowują się jak stado tokujących głuszców, seks w sumie też jest bez powodu). Ten brak jakiejkolwiek głębszej refleksji kryjący się za filozofią autora, po prostu czuć, że autor nie dość że ma nieciekawy warsztat, to w dodatku ma też niewybijający się ponad przeciętność umysł. Jako czytelnik oczekuję, że przeczytana książka będzie rozrywką, ale także mnie w jakiś sposób rozwinie, autor zaproponuje mi coś nowego, coś od siebie, co mnie wzbogaci, co da mi chociaż taką malutką rzecz, jak satysfakcja z przeczytania dobrego czytadła. Gdyby Dębski skupił się tylko na tym, by napisać znośne czytadło, to zapewne wyszło by znośne czytadło, bo to powinien być szczyt jego ambicji jako pisarza. Tymczasem albo Dębskiego poniosła ambicja albo, co bardziej prawdopodobne, wydawca startujący z nową, hucznie nazwaną ("Horyzonty zdarzeń") i z założenia ambitną serią, zmusił go do stworzenia sztywnego, pretensjonalnego kloca, przerażającego swoją miałkością i rozdętego poza granice cierpliwości czytelnika. Tytułem przykładu przytoczę fragment z końcówki książki. Zbliżamy się do kulminacji powieści, napięcie powinno rosnąć, wyborne tajemnice i skomplikowane zagadki powinny być konsekwentnie rozwiązywane, bohater winien zbliżać do swojego powieściowego przeznaczenia, a tymczasem Autor raczy nas kolejnym, obszernym i całkowicie nic nie wnoszącym do wątku fabularnego, fragmentem "wewnętrznych" przemyśleń komandora Vaybara, jednego z najgorzej rozrysowanych bohaterów współczesnej literatury: "(...) na planetach obiegających Słońce i ich księżycach również wrzała praca, ale górników, robotników i inżynierów traktowano z równym brakiem szacunku jak niższe warstwy społeczne w Grecji. Bez nich i bez twardych kolonistów Federacja nie miałaby racji bytu, tymczasem najwyższą pozycję mieli właśnie próżniacy: politycy, rzesza urzędników państwowych i korporacyjnych, aktorzy, artyści (czyżby autoironia, panie Dębski?), wszelkiej maści kadra kierownicza (jako kadra kierownicza swojej jednoosobowej działalności gospodarczej powinienem to chyba wziąć do siebie, ale jakoś nie mogę się skupić). To oni mieli być kwiatem cywilizacji, pachnącym i skąpanym w ożywczych promieniach, podczas gdy pozostali stanowili zwykły, cuchnący nawóz". Po czym następuje obszerne rozwinięcie idei nawozu. W każdym razie, porażony głębią myśli komandora Vaybara, zmuszony jestem zmienić swoje postępowanie, gdyż niegodne moje życie pachnącego kwiatu cywilizacji, od tej pory będę nawozem!
A wiecie, co jest najlepsze? Wszystko powyżej w niniejszej recenzji napisałem zaledwie po przeczytaniu 2/3 powieści, tak niewiele potrzeba było Autorowi by rozgotować mój mózg. I teraz po skończeniu lektury niczego nie zmieniłem, tylko dorzucę, że nawet zagadka "cieni" poraża wtórnością oraz nielogicznością. Pomysł ten z założenia był zatem nieciekawy, a rozdęty do granic powieści, w połączeniu z nieuzasadnionymi rozwiązaniami fabularnymi, czyni "Światło cieni" wyjątkowo niestrawnym półproduktem. Niestety, panie Autorze, jako fan eksploracyjnej s-f srodze się zawiodłem. Proszę, niech Pan już więcej nie wchodzi do tej rzeki i nie psuje mojego ulubionego gatunku literackiego.
Całość dostaje ode mnie 1,5/10 (za klimatyczną okładkę).