środa, 19 września 2012

Ufff....

Kolokwium z prawa pracy zdane, można przed następnym chwilę odsapnąć i wrócić tym samym do zaległości czytelniczych.  Już wkrótce recenzja Suworowa.


piątek, 14 września 2012

Tim Powers - "Serce Zachodu"

Parę dni temu przeczytałem kolejną powieść Tima Powersa. Najpierw była "Na nieznanych wodach", zaskakująco brutalna i pomysłowa przygodówka fantasy z voodoo i piratami w rolach głównych, a następnie "Wrota Anubisa" prześwietna powieść, która moim skromnym zdaniem nie do końca słusznie zaliczana jest do steampunku, a bardziej stanowi klasyczną fantasy z oryginalnym i świetnie wykorzystanym konceptem.

"Serce Zachodu" to kolejne fantasy pióra Powersa, w którym mamy do czynienia z ciekawym i oryginalnym pomysłem świata przedstawionego. Dość powiedzieć, że akcja toczy się w 1529 roku głównie w Wiedniu i pod Wiedniem, pojawia się trochę postaci historycznych (Sulejman, Ibrahim, Zapolya), a także Merlin, Artur, wikingowie, różne stwory z pogranicza horroru i magii, zaś oś fabuły kręci się wokół pewnego piwa. :)

Formalnie wszystko w tej książce zagrało, czyta się fajnie, fabuła nie ma dziur, ale pozostaje pewien niedosyt. Miałem wrażenie, że Powers nie do końca wykorzystał potencjał swojego pomysłu. Rozplanował pieczołowicie koncept, zrealizował go równie starannie, ale zabrakło czegoś, co by spowodowało, że lekturę kończy się z wypiekami na twarzy, a nie tylko z poczuciem, że było przyjemnie. "Wrota Anubisa" pozostawiły mnie z lekkim opadem szczęki, przy "Na nieznanych wodach" spociłem się z emocji, zaś "Serce Zachodu" wzbudziło we mnie jedynie poczucie zadowolenia z lektury. 

Oczywiście, żeby nie było, że psioczę ponad miarę - "Serce Zachodu" to kawał porządnej fantasy z dobrym i dobrze zrealizowanym pomysłem, którą czyta się świetnie i nie ma się poczucia zmarnowanego czasu. Powers jest bardzo dobrym pisarzem, jego plastyczny styl zachwyca i pozwala gładko poczuć klimat opowiadanej historii, a to już jest sporo.

czwartek, 13 września 2012

Skeczu z papugą nie będzie!....


... ale za to będzie z parostatkiem pt. "Parostatek - jak zaleźć mu za skórę":
<< Parostatki mają w sobie nadętą pyszałkowatość, która wyzwala we mnie najgorsze instynkty. Tęsknię wtedy za dawnymi dobrymi czasami, kiedy chcąc komuś powiedzieć, co się o nim myśli, szło się do niego z toporem, łukiem i kołczanem. Już sam wyraz twarzy człowieka, który z rękami w kieszeniach stoi na rufie parostatku i pali cygaro, jest wystarczającym powodem do wypowiedzenia wojny. A kiedy jaśnie wielmoża zagwiżdże na ciebie, żebyś się usunął z drogi, możesz go z całym spokojem zamordować - jestem pewien, że każda ława przysięgłych złożona z wioślarzy uzna, że działałeś w stanie "wyższej konieczności".
A jakże, gwizdali na nas, gwizdali. Nie chcę tu wyjść na samochwałę, ale mogę bez żadnej przesady powiedzieć, że przez ten tydzień nasza maleńka łódeczka dała się parostatkom we znaki silniej, niż wszystkie inne jednostki razem wzięte.
- Baczność, parostatek! - wołał któryś z nas, dostrzegłszy wroga w oddali. W jednej chwili staliśmy w gotowości bojowej. Ja brałem ster, George i Harris siadali obok mnie, wszyscy plecami do wroga, po czym spokojnie dryfowaliśmy na środek rzeki.
Parostatek zbliżał się z gwizdem, a my dalej dryfowaliśmy. Jakieś sto jardów od nas gwizdał jak furiat, a załoga wychylała się przez reling i wrzeszczała na nas. My jednak byliśmy głusi na te nawoływania. Harris opowiadał nam anegdotę o swojej matce, a George i ja za nic w świecie nie chcieliśmy uronić słowa z tej historii. (...) Nagle Harris przerywał swą opowieść w najciekawszym momencie, podnosił odrobinę zdziwiony wzrok i mówił do George'a:
- Niech mnie licho porwie, jeśli to nie parostatek!
George odpowiadał mu na to:
- A wiesz, tak mi się właśnie zdawało, że coś słyszę!
Na co wszyscy trzej wpadaliśmy w popłoch, nie wiedzieliśmy jak usunąć łódź z drogi, a ludzie na parostatku tłoczyli się na statku i udzielali nam wskazówek:
- Prawym ciągnij, tumanie! Lewym do tyłu - nie ty, ten drugi - zostawże ten ster, matole - teraz obaj naraz. Nie w tę stronę! Do nagłej...
Straciwszy cierpliwość, spuszczali szalupę i przychodzili nam z pomocą. Wreszcie, po piętnastu minutach starań, usuwali nas z drogi i mogli płynąć dalej. Dziękowaliśmy im stokrotnie i prosiliśmy, żeby nas wzięli na hol. Zawsze odmawiali >> str.121-122

A kawałek dalej:
<<W śluzie w Reading spotkaliśmy moich znajomych, którzy płynęli parostatkiem i zaholowali nas niemalże do Streatley. Rozkosznie było płynąć za parostatkiem. Osobiście wolę to od wiosłowania. Przejażdżka byłaby jeszcze rozkoszniejsza, gdyby nie całe chmary przeklętych małych łódek, które stale właziły nam w drogę. Żeby się z nimi nie zderzyć, musieliśmy ciągle zwalniać i lawirować. To skandal, jak nieodpowiedzialnie zachowują się na Tamizie wioślarze, widząc, że zbliża się parostatek. Najwyższy czas, żeby władze poczyniły w związku z tym jakieś kroki.>> str. 149

Klasyka :) I to wcale nie jest jakiś najlepszy fragment, ot typowy przedstawiciel skeczu z "Trzech panów w łódce" Jerome'a K. Jerome'a (już samo nazwisko autora świadczy nieco o treści jego książki). Nigdy bym nie przewidział, że będę zauroczony książką o facetach w łódce, nie zapominając oczywiście o psie. Jerome Jerome w swojej historyjce o niczym serwuje nam klasyczne opary brytyjskiego humoru w niezwykle stężonej dawce. Oczywiste i słuszne jest skojarzenie z Pythonami, abstrakcyjnych i absurdalnie śmiesznych dygresyjek Jerome nie szczędzi. Fabuła służy mu w zasadzie jedynie do płynnego przechodzenia pomiędzy anegdotami, no bo cóż jest istotnego w tym, że trzech potwornie leniwych i flegmatycznych dżentelmenów niższych warstw brytyjskiej klasy średniej postanowiło popłynąć sobie w górę Tamizy, żeby odpocząć od "ciężkiej" pracy, o której zresztą narrator rzecze tak:
 << (...) ja zawsze odnoszę wrażenie, że pracuję więcej, niż powinienem. Nie chodzi mi jednak, uważacie, o samą pracę. Lubię pracę. Praca mnie fascynuje. Potrafię godzinami siedziec i przyglądac się jej. Uwielbiam mieć ją koło siebie. Na myśl, że mógłbym zostac jej pozbawiony, serce mi krwawi.
Nigdy się nie opieram, kiedy ktoś chce mi dołożyć pracy. Gromadzenie pracy stało się niemalże moją namiętnością. W moim gabinecie jest jej tyle, że ledwie starcza miejsca. Niedługo będę musiał dobudować dodatkowe skrzydło.
Z moja praca obchodzę się bardzo pieczołowicie. do tego stopnia, że część mojej pracy jest u mnie już od kilku lat, a wygląda na zupełnie nietkniętą. Moja praca napawa mnie wielką dumą. Od czasu do czasu zdejmuję ja z półki i omiatam z kurzu. Nikt nie magazynuje swojej pracy tak troskliwie jak ja.
Choć jednak trawi mnie pragnienie pracy, chcę być sprawiedliwy. Nie żądam dla siebie więcej, niż mi się należy.
Dostaję ją jednak, nie prosząc o nią, i to mnie martwi.>> str.137-138

"Trzech panów w łódce" czyta się świetnie, pod warunkiem oczywiście, że lubi się montypythonowski humor. Zabawa jest wtedy przednia, a największą frajdę sprawia zgłębianie coraz to bardziej zwariowanych i nonsensownych pomysłów autora. Ciekawy jestem tak w ogóle, w jakim stopniu z Jerome'a czerpali Pythoni, bo podobieństwo formy jest uderzające. Na koniec jeszcze jeden, tym razem krótki fragment:

<<W kościele waltońskim jest żelazny "kaganiec sekutnicy". Dawnymi czasy zakładano te urządzenia kobietom, żeby tyle nie trzepały ozorami. Później zaniechano tej praktyki. Pewnie zaczęło brakować żelaza, a żaden inny materiał nie był wystarczająco mocny. >> str. 74


PS Zachęcam gorąco do zakupu i przeczytania "Trzech panów w łódce", zwłaszcza że książka jest cieniutka i taniutka, mój egzemplarz biblioteczny ma na okładce cenę 9,90 złotych. 

PS2 Parę lat temu miałem przyjemność przeczytać powieść Connie Willis z elementami fantastycznymi pt. "Nie licząc psa". Poza tytułem, to co łączy dzieło Willis z Jeromem to wszechobecny humor (ale bardziej lapstickowy niż pythonowski), miejsce akcji, epizod ze spotkaniem trzech panów w łódce (nie licząc psa) no i optymistyczny wydźwięk całości. Powieść Willis, tak jak książeczka Jerome'a, poprawia nastrój i łagodzi obyczaje. 

wtorek, 11 września 2012

"Podróżnik WC"


"Gringo wśród dzikich plemion", książka napisana ze swadą, inteligentnym i nieco sarkastycznym humorem, ciekawa i dosyć klimatyczna, jest naprawdę udaną rzeczą podróżniczą. Prosta w przekazie, z dużą ilością ładnych obrazków, pozbawiona naleciałości Cejrowskiego poglądów, do tego estetyczna w wyglądzie i dotyku (choć dosyć ciężkawa), jest książką dla każdego, dla małego oseska, dla sędziwych nestorów rodu, do pociągu, na piknik, przed snem. Nic zatem dziwnego, że "Gringo" jest hitem wydawniczym ostatnich lat, Cejrowski stał się rozpoznawanym wszem i wobec celebrytą (czy lubianym, to już inne zagadnienie), dostał swój podróżniczy program autorski w telewizji, który przez większość odcinków ogląda się z niekłamaną przyjemnością*, i to pomimo tego, że często wyrazisty i momentami skrajnie prawicowy światopogląd społeczno-polityczny Cejrowskiego budzi konsternację, czy wzburzenie. Sam mam mieszane uczucia co do jego poglądów (no nie jest to człowiek z mojej bajki, oględnie pisząc), ale budzi mój respekt, że Cejrowski nie boi się głośno wyrażać swoich myśli oraz całkiem sensownie i logicznie ich bronić, co powoduje, że w dyskusji jego adwersarzom brakuje logicznych argumentów i próbują go atakować personalnie.**  

Cejrowski napisał jeszcze "Rio Anaconda", co do której się nie wypowiem, bo nie czytałem, ale która uchodzi już powszechnie za nieco gorszą od "Gringo".*** 

Sukces "Gringo" zapoczątkował serię Poznaj Świat, która liczy już dzisiaj ponad 20 pozycji. I właśnie w tej serii pojawia się wznowienie wydanej onegdaj książeczki Cejrowskiego****, czyli "Podróżnika WC". Ciężko jest uznać "Podróżnika WC" za książkę równie dobrą jak "Gringo", jeżeli nawet Wojciech Cejrowski w jej wstępie wypowiada się o niej niezbyt pochlebnie i stwierdza, że może lepiej jej byłoby nie wznawiać. No ale kasa to zając, więc trza ją łapać, póki kica na naszej łące. A że Cejrowskiemu niezbyt odpowiadało, że na aukcjach ludzie zarabiają na jego czytadełku krocie*****, no więc postanowił ją wznowić, dodając tu i ówdzie nieco tekstu i od groma zdjęć. Całość okraszona została ceną 41,00 złotych.****** 

Czy druzgocąca, odautorska opinia o "Podróżniku WC" znajduje odzwierciedlenie w merytorycznej zawartości? Poniekąd tak. Nie jest to aż tak słabe, jak twierdzi Cejrowski, ale wybitną literaturą to bym tego nie nazwał. Całość to zbiór nie do końca powiązanych ze sobą anegdotek, historyjek i opinii Cejrowskiego na rzeczy wszelakie. To, co jest charakterystyczne, to to, że humor Cejrowskiego, który świetnie sprawdził się w "Gringo", tutaj jest jakiś niedopracowany, surowy, rzekłbym nawet siermiężny*******. Do tego Cejrowski nieprzyzwoicie i w sumie niezbyt udanie naigrawa się z różnych rzeczy. Dużo jest też samego Cejrowskiego w tekstach, jego ówczesnego światopoglądu, ale przede wszystkim subtelnego narcyzmu. Tak tak, spod tekstu przebija gdzieniegdzie przekonanie Cejrowskiego jaki to on jest cudowny i wspaniały. nie jest to w sumie nic nagannego, wielu ludzi myśli o sobie jak o pępku świata********, ale absolutnie nie powinno takie myślenie przebijać z literatury, bo to szkodzi samej literaturze. Od tej pory będę bowiem "Podróżnika WC" kojarzył właśnie w tym pryzmacie, a nie np. poprzez całkiem interesującą opowieść o poszukiwaniu Ciudad Perdido. Przy "Gringo" Cejrowski nie popełnił tego błędu, być może więc w tym też leży geneza sukcesu "Gringo".

"Podróżnika WC" warto przeczytać, ale ze sporą dozą rezerwy oraz ze świadomością, że jest to mocno, mocno przeciętne i okraszone miejscami światopoglądem Cejrowskiego.


* oczywiście "Boso przez świat" 
** słynna pyskówka z Szymonem Hołownią na antenie Religia TV, która pokazała jakim Hołownia jest małym człowiekiem i miernym dziennikarzem
*** pewnie dlatego, że jest zwyczajnie obszerniejsza, co już może być nie w smak dla większości "niedzielnych" czytelników 
**** określenie użyte przez Cejrowskiego
***** tytułem przykładu Cejrowski podaje Allegro, gdzie podobno "Podróżnik WC" chodził po 250 zł.
****** celowo to uwypuklam, gdyż budzi mój niesmak jawna hipokryzja, którą uprawia Cejrowski; z jednej strony pisze bowiem, że książka jest słaba, ale współczuje ludziom, że muszą za nią płacić, ale z drugiej strony wydaje tę książkę za cenę 41,00 złotych, co przy objętości ok.250 stron, z czego połowa to obrazki, nie sprawia wrażenia, że cena jest wymierna do zawartości (wedle opinii samego autora) 
******* fatalne i momentami wręcz żałośnie niskich lotów jest zbijanie się z Niemców jako narodowości; przy wznowieniu te fragmenty powinny były zostać usunięte lub co najmniej przeredagowane
******** w sumie nawet jest w tym nieco prawdy, w końcu każdy z nas jest pępkiem własnego świata :)

czwartek, 6 września 2012

Pamiętnik człowieka odrażającego


"Tajemnica Królestwa", pierwszy tom tzw. trylogii rzymskiej, stanowił spisane w formie rozdziałów-listów-pamiętnika poszukiwanie przez obywatela rzymskiego Marka Mezencjusza Królestwa Niebieskiego. Ani to było specjalnie ciekawe, ani odkrywcze, bohater z kolei budził mieszane uczucia. Rzuciłem to na karb tego, że kanwą powieści są motywy biblijne wszem i wobec znane i powszechnie na miliard sposobów wałkowane, więc było trochę nudnawo.

Przystępując do lektury dwóch pozostałych książek, stanowiących koncepcyjną całość, łudziłem się, że  porzucenie motywów biblijnych na rzecz faktów historycznych zwiększy atrakcyjność historii, a nowy bohater będzie mniej anemiczny i silniejszego charakteru niż Marek Mezencjusz. Liczyłem tak naprawdę na niezbyt wiele, nie dostałem od autora nic.

Powieść "Wrogowie rodzaju ludzkiego", na którą składają się części pt. "Rzymianin Minutus" i "Mój syn, Juliusz" (wyłącznie z powodów redakcyjnych podzielona na dwie książki) jest zła, jest źle napisana, wlecze się jak flaki z olejem, jest zbyt długa, a jednocześnie czytelnik nie ma żadnego punktu zaczepienia, jakiegoś elementu, który sprawiałby, że chce się czytać dalej. Stąd też męczyłem się długo i niemiłosiernie, aby to wiekopomne dzieło skończyć. O samym bohaterze za chwilę. Jedyne, co się broni, to same fakty historyczne, którymi Waltari obdarza czytelnika gęsto i często. Gorzej już jest z artystycznym wykorzystaniem tych faktów, z brakiem umiejętności kreatywnego ich wykorzystania. Waltari wrzuca wszystko na chybił trafił, próbuje z tego stworzyć namiastkę spójnej fabuły, ale wychodzi mu to mizernie.

Perełką tej mizerności jest nasz bohaterek Minutus Lauzus Manilianus. Nie pamiętam bym kiedykolwiek (a trochę w życiu przeczytałem) musiał znosić tak długo bohatera tak odrażającego jak rzeczony Minutus. I do tego w narracji pierwszoosobowej. W sumie już imię jego świadczy o małości jego charakteru. 

Minutus jest synem Marka Mezencjusza i Myriny, która zmarła przy jego narodzinach. Szkoda, bo to fajna babka była. Poznajemy naszą bohaterską kreaturę, kiedy ma 15 lat i siobździo w główce, ale sprawia wrażenie młodzieńca odważnego i z jakimiś tam wartościami. Następnie towarzyszymy mu w podróży z Antiochii do Rzymu, Brytanii, Koryntu, Azji Mniejszej, z powrotem do Rzymu itd. aż do czasu rządów Wespazjana, w szczególności jednak dużo miejsca zajmuje jego "przyjaźń" z Neronem. Pytanie - co jest nie tak z Minutusem, że jest jednym z najbardziej odrażających bohaterów? 

Wydawać, by się mogło, że towarzyszenie bohaterowi w narracji pierwszoosobowej sprawi, że go dogłębnie poznamy, zobaczymy momenty jego przemiany, co sprawiło, że stał się tym kim był. Nic bardziej mylnego, Waltari nie daje nam takiej szansy. Młody Minutus to sympatyczny, zrównoważony, inteligentny i wrażliwy chłopak, a przy tym momentami odważny i szarmancki. Dorosły Minutus to dwulicowa świnia, która pozwala, by jego syn zginął w walce z lwem, którą sam organizuje, denuncjator, materialista, naiwny zdrajca, człowiek, który o innych myśli, że są debilami a sam odstawia takie szczyty debilizmu, że nie powstydziłby się niejeden osioł. Jednocześnie jednak, pomimo całych swoich braków w rozumie, jest to cwaniak pierwszej wody, potrafiący genialnie wręcz przewidzieć koniunkturę polityczno-gospodarczą, dzięki czemu nieustannie się wzbogaca. 

W kreacji Minutusa Waltari odstawił mistrzostwo indolencji twórczej kreując bohatera tak niespójnego wewnętrznie, tak niewiarygodnego w zakresie motywacyjnym i emocjonalnym, że jest to doprawdy niespotykane. Mogę się tylko domyślać, że zmiany w charakterze Minutusa nastąpiły po okresie haniebnej niewoli w Azji Mniejszej, ale to tylko moja wyobraźnia, bo w żaden sposób Waltari tego nie sugeruje i nie objaśnia. Oczywiście uzasadnienie takiej sztuki jest bardzo proste - Waltari naczytał się od groma faktów historycznych, a że chciał potem je wszystkie wrzucić do swojego powieściowego kotła, to potem spójność postaci Minutusa na tym ucierpiała. Są jednak pisarze, którzy umieją to zrobić umiejętnie, słynny pisarz powieści historycznych Mika Waltari tego nie potrafił.

Nawet jednak pisarska kaszana odstawiona przez Waltariego nie ratuje przed zgubą Minutusa w jego dorosłym wydaniu. Tchórz, obłudnik, egocentryk, hipokryta, dzieciobójca, zdrajca, denuncjator, morderca, hedonista (ale taki łagodny, subtelny), niezbyt grzeszący inteligencją, do tego naiwny, a jednocześnie cwany. Można by wymieniać do rana. Robi oczywiście kilka dobrych rzeczy (przy czym sam jakby zaznacza, że będzie miał z tego korzyści), ale ilość niefajnych rzeczy, w których macza malce (za każdym razem tłumacząc się przed sobą i przed swoim synem, który nim gardzi, że robi to z wyższych niż słabość swojego charakteru pobudek) jest zatrważająca. Jakby chciał przebić swojego przyjaciela Nerona. 
Ewentualnego tłumaczenia, że taka była specyfika życia w społeczeństwie tamtej epoki zwyczajnie nie kupuję.

Cieszę się, że mam już za sobą lekturę tych książek i że mogę dokonać na swoim blogu ekspiacji czytelniczej, bo nic mnie tak nie zmęczyło i zniesmaczyło jak trylogia rzymska Waltariego. Wbrew więc własnej nadziei wyrażonej przy recenzji "Tajemnicy Królestwa" dzieje Minutusa były jeszcze gorsze.

PS Jak wyżej wspomniałem z punktu widzenia poprawnej typologii trylogia rzymska tak naprawdę jest dylogią, przy czym druga powieść "Wrogowie rodzaju ludzkiego", z przyczyn redakcyjnych, został podzielony na dwie odrębne książki. Sytuacja analogiczna jak przy "Władcy pierścieni", o którym pisze się, że to trylogia, a to po prostu jedna powieść wydawana tradycyjnie w trzech tomach.