sobota, 18 lutego 2023

"Niewyczerpany żart" David Foster Wallace - recenzja

Po latach zawieszenia, po ponad sześciu latach braku jakiejkolwiek aktywności, byłem zdumiony, że blog nadal istnieje. O tyle sytuacja jest żenująca, że w różnych formach aktywności internetowej nadal istnieje odesłanie do mojego bloga. Chcąc zadośćuczynić karygodnemu porzuceniu własnego dziecka postaram się reaktywować na blogu, wrzucając bieżące odczucia czytelnicze, a może także innego rodzaju "atrakcje", jak sprawozdania z meczy tenisowych, czy górskich wyjazdów. Dobrze jest rozpocząć reaktywację od powieści, która naprawdę zasługuje na rzetelne przemyślenia, a zatem "Niewyczerpany żart" Davida Fostera Wallace'a.

Jak opisać, zrecenzować powieść liczącą sobie 1100 stron małą, gęstą czcionką (w tym 100 stron przypisów czcionką już prawie niewidoczną), o bogactwie treści, intertekstualności, głębi przekazu, psychologiczno-obyczajową, w taki sposób, aby nie popaść w banał.

Niewątpliwie "Niewyczerpany żart" jest powieścią unikatową, zjawiskową, wydarzeniem kulturalnym naszych czasów, po lekturze stoję na stanowisku, że każdy ambitniejszy czytelnik, który poszukuje zawsze nowych bodźców w literaturze, powinien sięgnąć po dzieło Wallace'a. Genialna, niemalże arcydzieło, wciągająca i męcząca, sprawiająca sporo satysfakcji i wkurwiająca.

Na lubimyczytac.pl jest niezła, oficjalna recenzja streszczająca zasadniczy zrąb fabularny powieści. Zapoznanie się z tą (czy inną) recenzją nie będzie żądnym spojlerem, tylko ułatwieniem w podążaniu za fabułą, uzyskaniem punktu zaczepienia w opowieści nielinearnej, bogatej w didaskalia, opisy, szczegóły, przeżycia wewnętrzne, a nade wszystko zdania wielokrotnie złożone, czasami zajmujące po pół strony i więcej. Tak naprawdę nie fabuła jest istotą "Niewyczerpanego żartu", jest ważna i nie pretekstowa, ale tak naprawdę służy autorowi do stworzenia jedynego w swoim rodzaju świata przedstawionego, trochę fantastyka bliskiego zasięgu, zdecydowanie więcej obserwacji współczesnego świata akademickiego, środowisk AA, uzależnień poszczególnych bohaterów od wszystkiego (narkotyki miękkie, twarde, leki, psychotropy, alkohol, seks). Czyta się ciężko, żmudnie, czytelnik przedziera się przez morze gęsto zasolone wydarzeniami, przemyśleniami bohaterów, detalami technicznymi, autor nie opuszcza żadnego szczegółu, pisze od serca. Nie ma tutaj wartkiej akcji, opisy są rozwlekłe, szczegółowe, często w formie strumienia świadomości danego bohatera, do tego istotne elementy fabuły poukrywane w tych strumieniach (uwadze ambitniejszych polecam np. spróbować wychwycić moment, kiedy Gately i Hal działają razem - dla ułatwienia, są to zaledwie trzy zdania w całej powieści!, które mają znaczenie dla historii). Nie dość, że jest to skondensowane 1100 stron zbitego formalnie tekstu, każde zdanie jest ważne, nieprzypadkowe, pomimo tego że sam język powieści nie jest trudny, to Wallace unika dosłowności, ufa inteligencji czytelnika i wiele istotności umieszcza w kontekstach. Nadto tekst jest gęsto upakowany nielinearną fabułą, rozbitą mozaiką faktów, której fragmenty trzeba sobie samemu poukładać. Są fragmenty, która czyta się świetnie, dynamiczne (kilkustronicowy opis oczekiwania ćpuna na dostawę towaru, czy upiorny wojny łazienkowe z karaluchami kanalizacyjnymi wręcz wgniatają w fotel, w takich momentach miałem aż wypieki na twarzy, co jest u mnie objawem obcowania z literaturą genialną), są też takie, że nie można się skupić, złapać punktu zaczepienia, i trzeba wracać, odnajdywać wątki. Czysta, rozkurwista epa słowa spisanego miesza się z pozornie bełkotliwymi dłużyznami.



"Niewyczerpany żart" to wielka rozprawka na temat wszystkiego, osią są uzależnienia, każdy jest od czegoś uzależniony, bo wymaganiom współczesnej cywilizacji (przynajmniej w wersji amerykańskiej klasy średniej i wyższej) układ nerwowy żadnego człowieka nie jest w stanie sprostać bez wspomagaczy i ulepszaczy tegoż, co za tym idzie Wallace'owi sporo zajmuje zdrowie psychiczne jednostki w zatomizowanym, skomplikowanym na wielu poziomach i oderwanym od natury społeczeństwie. Dalej, indywidualne zdolności tzw. talent, kto i jak jest w stanie sprostać oczekiwaniom otoczenia w tym zakresie (w powieści chodzi głównie sport), czym jest sława związana z sukcesem. Z wątków politycznych bardzo aktualne kontroli systemowej ze strony władz każdego aspektu życia społecznego, w wizji Wallace'a rzeczywistość to wręcz korporacyjna dystopia, są nawet nawiązania do "Roku 1984", czy "Mechanicznej pomarańczy". Sam tytuł jest nawiązaniem do "Hamleta", tudzież niektórzy bohaterowie są alter ego bohaterów dramatu Szekspira (Hal jako Hamlet, Avril - Gertruda, Pemulis - Horacy, James - duch ojca).

"Niewyczerpany żart" ma montypythonowski powab na sterydach np. wrażą organizacją terrorystyczną są Zamachowcy na Wózkach Inwalidzkich* (AFR), jedną z organizacji społecznych jest Związek Odrażająco i Nieprawdopodobnie Oszpeconych), a jednym z bohaterów Lyle - guru fitnessu, którego pokarmem jest pot i emocje bywalców siłowni. Do tego autor serwuje w przypisach 10 stron abstrakcyjnej filmografii jednego z bohaterów.

"Niewyczerpany żart" można scharakteryzować fragmentem powieści: "Teoria leżąca u podstaw żartu zakładała, że nie ma widowni ani reżysera, ani sceny, ani dekoracji, ponieważ w Rzeczywistości żadna z tych rzeczy nie istnieje. Bohater nie wie, że jest bohaterem, ponieważ w Rzeczywistości nikt nie myśli, że występuje w jakimś dramacie".

Bohaterowie to osobna kategoria zasługująca na uwagę. Obok unikatowych indywiduów, takich jak rzeczony Lyle, Boczna Alice, Bidul Tony, Gately, czy cała familia Incandenzów jest jeszcze cała rzesza postaci trzecio i czwartoplanowych, z których każdy otrzymuje swoje pięć minut na łamach powieści. Każdy bohater jest w jakiś sposób wykolejony przez los, pogięty psychicznie, a jeżeli na zewnątrz wykazuje pozornie normalne objawy społeczne, to za chwilę zostanie przekręcony przez system (np. szkołę). Wszyscy są maniakalno-kompulsywni na swój oryginalny sposób, zresztą kompulsywność, to zdaje się być słowo-klucz do powieści. Fabularnie śledzenie losów bohaterów przypomina serial "The wire". Czytelnik w pewnym momencie już czuje, że jeżeli gdzieś na łamach powieści pojawia się jakaś epizodyczna postać, to gdzieś (wcześniej lub później) autor zapoda jakąś encyklopedyczną, schizoidalno-montypythonowską historię tejże postaci.

"Niewyczerpany żart", to mistrzowskie dialogi i sceny rodzajowe, żywe, plastyczne, unikatowa mozaika świata przedstawionego i bohaterów, mozaika rozbita w drobny pył, której fragmenty czytelnik składa sobie w trakcie lektury, ale nie ma w tym żadnego fragmentu, nad którym autor by nie panował. Jest to także gargantuiczna robota tłumaczki Jolanty Kozak, to dzięki jej pracy powieść jest przystępna w języku polskim, a na pewno nie była to łatwa robota.

Wreszcie "Niewyczerpany żart" to z pewnością w jakiś sposób autobiografia autora, czerpie z własnych doświadczeń w zakresie uzależnień, spotkań AA, relacji z rodzicami, a przede wszystkim nastrojów kompulsywnych i depresji. Dlatego całość sprawia dojmująco szczere wrażenie.

Tłumaczka w posłowiu sugeruje przeczytanie powieści dwa, trzy razy, aby wyłapać wszystkie wewnętrzne fragmenty układanki, ale ogólnie to raczej zrobię to dopiero na emeryturze.

Gorąco polecam, lektura jedyna w swoim rodzaju, genialna i satysfakcjonująca.

* "Materializują się nie wiadomo skąd, są mistrzami podstępu, zasiewają lęk w kanadyjskich sercach prominentów i atakują bez ostrzeżenia, jeśli nie liczyć złowróżbnego poskrzypywania powolnych kół"

wtorek, 17 maja 2016

Kiedy najwyższa skała kusi ...

na okładce Dougal Haston na górnym polu śniegowym, tuż przed osiągnięciem wierzchołka
Mam przyjemność nie tyle zrecenzować, co podzielić się z wami informacjami i refleksją nad świetną książką "Everest - the hard way" autorstwa legendy światowego alpinizmu sir Christophera Boningtona. Książka to żywy opis wydarzeń, które miały miejsce na przełomie sierpnia i września 1975 roku na Evereście. Bonington kierował tam ogromną wyprawą (dwudziestu alpinistów atakujących i wspierających + kilkudziesięciu Szerpów), która postawiła sobie za cel pierwsze zdobycie ściany południowo - zachodniej Czomolungmy metodą oblężniczą. Dla laika w dzisiejszych czasach zdobycie Everestu wydaje się być pestką, każda przybłęda z kasą może współcześnie "zdobyć" Everest, nie każdy jednak wie, że to zależy którędy się wchodzi. Hillary i Tenzing w 1953r. weszli oczywiście najprostszą drogą, czyli ścianą południowo-wschodnią, gdzie przy dobrej pogodzie jedynie tuż przy wierzchołku są problemy na tzw. Stopniu Hilarry'ego. Reszta dla wytrenowanego człowieka z przyzwoita kondycją i bez jakichś lęków, to betka (po drodze jeszcze jest Ice Fall, ale tam wszystko załatwiają przewodnicy i Szerpowie, turysta ma tylko wykonywać polecenia, co by nie zbłądzić). 
zator na stopniu Hillary'ego
Kocioł Zachodni
ściana południowo - zachodnia
Ice Fall 

No więc Bonington dostał walizkę pełną grubych funciaków od banku Barclays, zebrał ekipę i udał się z taborem do Nepalu (tutaj jest opis tej wyprawy na stronie Barclays, a powyżej pełnometrażowy dokument z wyprawy). 

Chris Bonington jest żywą legendą alpinizmu z wielu powodów, ale tym najważniejszym jest jedna rzecz - przeżył. Jego wizyta w Polsce była dla mnie nieodpartym bodźcem do udania się na Krakowski Festiwal Górski w grudniu 2015r. Chris odstawił standardowy wykład o swoim życiu, siedziałem bardzo blisko niego i nie mogłem wyjść z podziwu, że ten niewysoki, siwy i dziarski dziadek, przez cały wykład stojący prosto i żywo, skończy w tym roku 83 lata. Przeżył tam, gdzie wielu jego kolegów, przyjaciół, prawdziwych tuzów wspinaczki już nie ma na tym świecie. Można by tu m.in. wymienić bohaterów "Najtrudniejszej drogi":
- Dougal Haston, jeden z czterech zdobywców ściany północno-zachodniej, śmierć w wieku 37 lat w 1977r. zasypany lawiną podczas jazdy na nartach, niespełna półtora roku po zdobyciu Everestu,
- Peter Boardman, drugi z tej czwórki, śmierć w wieku 32 lat w maju 1982r. na północno - wschodniej ścianie Everestu,
- Nick Estcourt, inny alpinista czołowy, z uwagi na załamanie pogody nie doczekał się swojego zdobycia szczytu, zginął w 1978r. w wieku 36 lat, zasypany przez lawinę na K2,
- Tony Tighe, którego śmierć na Ice Fallu w 1972r. została wspomniana w książce, to jego ciało znaleziono w 2008r. a zidentyfikował je właśnie Sherpa Pertemba, sirtar ekspedycji z 1975r. oraz tragarz z 1972r. (lista ludzi, którzy zginęli na Evereście, w tym Tony Tighe i Polacy).
Doug Scott na filmiku Barclaysa z zalinkowanej wyżej strony zaznacza, że dla takich jak on, czy Bonington, którzy przeżyli swoje góry, jest smutne, lecz nieuniknione, że nie ma z nimi Hastona i innych przyjaciół, których góry nie wypuściły ze swoich skał. 

Pierwszego zdobycia dokonali Dougal Haston wraz z Dougiem Scottem. Drugim zespołem, który dokonał udanego ataku szczytowego, byli Peter Boardman oraz Szerpa Pertemba. Za nimi szedł Mick Burke, po którym potem ślad  zaginął, stąd nie wiadomo, czy w ogóle osiągnął wierzchołek. I to tyle, sam Bonington, jako kierownik wyprawy, nie zdobył wówczas wierzchołka, tak jak kilkunastu innych alpinistów uczestniczących w wyprawie, na tym właśnie polega zespołowe zdobywanie szczytów w stylu oblężniczym. 

"Alpinista jest jak biegający w kółko udręczony i skołowany byk, który na widok czerwonej płachty, jaką jest skała, nie może powstrzymać się od ataku" w tym kontekście najbardziej ciekawe są w książce dylematy Boningtona, kogo wypuścić na górę do ataku szczytowego. Zabrał całą zgraję alpinistów oblężniczych + alpinistów wspierających, a na górę mógł ich co najwyżej wysyłać dwójkami. Siedział sobie zatem Chris w obozie V na wysokości 7700 m i rozważał kwestie alpinistycznej ambicji swoich współpracowników.
Peter Boardman i Joe Tasker na Kanczendzundze 
Pertemba i Bonington 
Na zalinkowanej wyżej stronie banku Barclays są fajne ówczesne fotki uczestników wyprawy, w tym zdjęcia wszystkich czterech zdobywców szczytu (Haston, Scott, Boardman, Pertemba), ciężarówki, którymi przetransportowano sprzęt do Nepalu oraz filmik, gdzie pojawiają się m.in. żyjący uczestnicy wyprawy, przedstawiciel Barclays Mike Rhodes (alpinista wspierający), Doug Scott (zdobywca), na 99% w filmie wykorzystano zapewne fragmenty nakręcone osobiście przez Micka Burke'a, który wspinał się tuż za Scottem i Hastonem (minuta 5:01 do 5:10). 

Dobra książka, napisana rzeczowo i konkretnie, z pierwszej ręki człowieka, który zęby zjadł na wspinaczce. Klasyka. 

czwartek, 28 kwietnia 2016

Opowiadania Phillipa K. Dicka - cz.1 "Krótki, szczęśliwy żywot brązowego oksforda"

Wydawnictwo Rebis kontynuuje wydawanie kolekcjonerskiej serii dzieł Phillipa Dicka. Po kilkunastu powieściach przyszedł czas na inny rozdział twórczości Dicka, jaką są jego opowiadania, których napisał ponad sto. Jak sam Dick stwierdził, jego opowiadania to zupełnie inna twórczość, aniżeli jego powieści. Wynika to z przyjętej przez Dicka filozofii, która prezentuje się mniej więcej tak: "Twórca powieści powinien spełnić pewien warunek, którym nie musi sobie zawracać głowy, pisząc opowiadanie: otóż główny bohater musi być na tyle sympatyczny albo tak podobny do czytelnika, że bez względu na to, co zrobi (...) w opowiadaniu nie trzeba tworzyć bohatera, z którym czytelnik zechciałby się identyfikować, ponieważ brakuje na to miejsca, a nacisk kładzie się na czyn, a nie na sprawcę (...) różnica między opowiadaniem, a powieścią jest następująca: opowiadanie mówi o morderstwie, powieść zaś o mordercy (...)" I to w zasadzie powinno wystarczyć za wprowadzenie, a jednocześnie podsumowanie krótkiej formy u Dicka, ten przyjęty przez autora, dychotomiczny podział jest klarownie widoczny we wszystkich jego opowiadaniach.

Chcąc wydawać opowiadania Dicka wydawnictwo Rebis, bardzo słusznie i jako pierwsze na rynku, postanowiło wydać bez przeróbek klasyczne, zachodnie wydanie zbiorcze opowiadań Dicka, tj. "Collected stories" w pięciu tomach, tutaj nieco szerzej o tym wydaniu. "Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oksforda", to właśnie pierwszy tom opowiadań zebranych, aktualnie na rynku są też już dostępne "Wariant drugi" oraz "Kopia ojca".

Co do samych opowiadań, to zbiór liczy aż 25 krótkich form z najwcześniejszych lat twórczości Dicka (1952-1953) i niestety, ale większość z nich trąci myszką, zestarzały się mocno i przypominają teraz trochę twórczość Bourroughsa o Marsie, lub też przesiąknięte są naiwną ideologią, a dialogi pompatyczne, sztuczne i podporządkowane głównej linii fabularnej. Na szczęście jest tutaj kilka perełek, wręcz genialnych tekstów, które to potwierdzają renomę Dicka i są to:
- "Krótki, szczęśliwy żywot brązowego oksforda" tytułowe opowiadanie zbioru, czysty majstersztyk, jedno z najlepszych opowiadań jakie w życiu przeczytałem, z typowym, dickowskim pomysłem "(...) kawałek nieożywionej materii został tak przez coś podrażniony, że odpełzł napędzany oburzeniem. To był mój cel życiowy: wynaleźć doskonały czynnik  drażniący, dostatecznie irytujący, aby pobudzić martwą materię do życia (...)" i dalej "(...) nigdy nie było takiego buta jak ten (...) w kuchni wokół wiadra na śmieci leżały rozsypane skorupki od jajek. But odwiedził nas tej nocy, ale gdy się posilił, znów zniknął (...)" "(...) zaraz wejdzie do środka i zażąda buta (...) od mojego starego buta zależało całe życie Doca (...) a ten przeklęty but zniknął, był gdzieś tam na dworze (...)" czy to nie jest genialne? z buta daję 10/10
- "Niestrudzona żaba" super przewrotne opowiadanie, z fajnym pomysłem wyjściowym, można by na bazie tego pomysłu stworzyć większą fabułę 
- "Kolonia", genialne opowiadanie, które absurdalnym klimatem zbliżone jest do oksforda, a jednocześnie stanowi klasyczną wizję kontaktu z wrogą, obcą inteligencją "(...) to mój dywanik. Przywiozłem go z Ziemi. Dała mi go żona. Ja ... ja całkowicie mu ufałem"
- "Budowniczy", też dobra rzecz, parafraza mitu o Noem
- "Wypłata" - najbardziej rozbudowane fabularnie opowiadanie zbioru, ze świetną, przewrotną i zaskakującą intrygą, nie dziwota że swego czasu Hollywood stworzyło blockbustera w oparciu o motywy noweli, przy okazji w typowy dla siebie sposób upraszczając przesłanie "Wypłaty"
- "W ogrodzie", dosyć przerażająca nowela, parafraza mitu o Ledzie i łabędziu

Niezły poziom, przede wszystkim fabularny, trzymają także następujące rzeczy: "Człowiek, który był zmienną", "Kryształowa krypta", "Niania", "Kobziarz wśród drzew".

Reszty niestety już nie bardzo pamiętam, ale znalazłoby się jeszcze ze 2-3 dobre teksty. Reszta, tak jak wcześniej pisałem, odstaje mocno poziomem od wymienionych, niemniej polecam zapoznanie się z krótką formą Dicka. Mam nadzieję, że już wkrótce wpadnie mi w ręce kolejny tom "Collected stories".

sobota, 6 lutego 2016

Apokalipsa Europy, takiej jaką znamy ("Uległość" - Michel Houellebecq)


I tak się właśnie kończy świat 
nie hukiem, ni skomleniem 
lecz szumem bełkotu ślepców 
zapomniałych swego upadku

Mgła "Further down the nest II" 

Islamizacja Europy trwa i nic nie zmieni tutaj zaklinanie rzeczywistości przez ocenzurowane, poprawne politycznie media oraz zidiociałych, działających wbrew woli Narodów polityków, często skorumpowanych petrodolarami. Dżihadyści poczynają sobie na tyle śmiało, że ostatnio wchodzą nawet ze swym kagankiem oświaty do krajów jednolitych religijnie takich jak Polska, dzieje się to na szczeblu samorządowym w Poznaniu, Częstochowie, Białymstoku i na Pomorzu. A powszechne bajdurzenie o "uchodźcach", o pomocy ludziom uciśnionym, o wrażliwości i pomocy ... ech Ja jestem człowiekiem cholernie wrażliwym, wręcz przewrażliwionym, każdy człowiek, którego spotykam, bardzo silnie na mnie oddziałuje, czuję podskórnie jego lęki, obawy, potrzeby. Gdybym jednak miał każdemu pomagać, to bym się unicestwił, nie dałbym rady fizycznie, psychicznie, czasowo i finansowo. Nie można pomagać bez refleksji, bo to wtedy nie jest pomoc, tylko bezsensowne rozdawnictwo. Do tego - spójrzmy, kto przybywa do tej wrażliwej, empatycznej Europy:
"Uległość" można rozumieć na wiele sposobów, jednym z nich jest synonim słowa "islam", inaczej "poddanie się Allahowi". Jeden z bohaterów powieści mówi tak: "– Chodzi o uległość – powiedział cicho Rediger. – Oszałamiająca, a zarazem prosta myśl, nigdy dotychczas niewyrażona z taką mocą, że szczytem ludzkiego szczęścia jest bezwzględna uległość. Miałbym pewne opory przed zaprezentowaniem tej myśli swoim współwyznawcom, którzy mogliby ją uznać za bluźnierczą, ale ja dostrzegam wyraźny związek między bezwzględną uległością kobiety wobec mężczyzny jak w Historii O a uległością człowieka wobec Boga, o której mówi islam. Widzi pan, islam akceptuje świat, akceptuje go w jego integralności, świat jako taki, używając języka Nietzschego. Według buddyzmu świat to dukkha, niedopasowanie, cierpienie. Co do chrześcijaństwa, nie ma w nim już takiej pewności – czyż Szatan nie jest nazywany księciem tego świata? Dla islamu dzieło boże jest doskonałe, to wręcz arcydzieło absolutne. Czym w gruncie rzeczy jest Koran, jeśli nie mistyczną pieśnią pochwalną? Pochwałą Stwórcy i uległości wobec Jego praw. Ludziom, którzy chcą poznać islam, nie polecam zazwyczaj rozpoczynania od lektury Koranu, chyba że są skłonni zrobić wysiłek: nauczyć się arabskiego i zagłębić w tekst pierwotny. Proponuję im raczej, aby posłuchali sur, aby je powtarzali, wczuli się w ich oddech i rytm. Islam to jedyna religia, która zabroniła używania przekładów dla celów liturgicznych, bowiem Koran w całości opiera się na rytmie, rymach, refrenach, asonansach. Na podstawowej zasadzie poezji, na połączeniu dźwięku i znaczenia, które pozwala opowiedzieć świat.*" Można na marginesie uzupełnić, że chrześcijaństwo zaczęło upadać, po Soborze Watykańskim II, kiedy oficjalnie dopuszczono odprawianie liturgii mszy w językach narodowych, a nie jak do tej pory w łacinie, której nikt z wiernych nie rozumiał. Odarcie liturgii z łaciny, odarło ją jednocześnie z tajemnicy, z mistycyzmu, co było już prosta drogą do spowszednienia Boga, do jego laicyzacji. 
Ale za bardzo dywaguję. "Uległość" Houllebecqa to w sumie nie powieść o islamizacji Europy, a o tym, dlaczego jest ona w ogóle możliwa, o tym żyznym podłożu europejskiej laickości, bierności moralnej, apatii intelektualnej, plytkich wartości, których nie warto bronić. Rzymianie w 476 roku n.e. też byli przekonani o tym, że ich upadające cesarstwo zachodnie będzie trwać wiecznie, nie dostrzegali globalnej skali swego upadku. To, co się teraz dzieje w Europie, to właśnie taki przypadek.
"Uległość" to powieść, która w szczery, ale dość trudny w przekazie sposób pokazuje, gdzie aktualnie jest Europa. A Europa jest w czarnej dziurze, wydrążonej rakiem zgnilizny moralnej i społecznego wyalienowania jednostki. Apoteoza indywidualizmu i egoizmu doprowadziła do rozpadu więzi społecznych, promocja dewiacji homoseksualnych do rozpadu rodziny - podstawowej komórki społecznej. intelektualizm do duchowego wyjałowienia, w konsekwencji w Europie nie ma już nic, tylko konsumpcjonizm i życie na teraz, na już, byle było mi dobrze. Symbolem tego są obcy sobie ludzie w komunikacji publicznej, sąsiedzi mieszkający w tym samym bloku, nie znający się nawzajem, w szatni na siłowni, alienowanie się ze słuchawkami na uszach, życie nie razem, a obok siebie. Francois stwierdza "Ciężko jest zrozumieć innych, pojąć, co się kryje w głębi ich serce, bez pomocy alkoholu może nigdy by się nikomu nie udało"**. I dalej "Ludzkość nie tylko mnie nie interesowała, ale wręcz mierziła; nie uważałem ludzi za swoich braci, a już tym bardziej ni uważałem za braci jakiegoś drobnego fragmentu owej ludzkości, na przykład swoich rodaków lub byłych kolegów z pracy. Chciał nie chciał, musiałem jednak uznać, że ci ludzie są do mnie podobni, choć właśnie z powodu owego podobieństwa wolałem ich unikać."***
Kryjemy się za maskami, aby tylko się nie odkryć, aby tylko nie mówić jak jest, by nie być posądzonym o rasizm, ksenofobię, patriotyzm, religijność, nazizm i wiele innych rzeczy, dobrych i złych, celowo przemieszanych ze sobą, aby tylko zamydlić, namieszać, rozproszyć, zrelatywizować granice. Dochodzi do tego, że człowiek czuje się obco we własnym domu, własnym kraju. Europa popełnia zbiorowe, rozłożone na kilka pokoleń samobójstwo i w tym momencie właśnie, w tych latach 2015-2020 jest kluczowy moment, punkt krytyczny, ostatni na ratunek przed zmianą porządku rzeczy, jeżeli teraz Europa się nie obudzi, potem będzie za późno.
Trudność w odbiorze "Uległości" tkwi w bohaterze, a w zasadzie anty-bohaterze, który w narracji pierwszosobowej obrzydza nam siebie, obrzydza nam wszystko, co wiąże się ze współczesnym światem zachodnim, obłudę, fasadowość życia intelektualnego, jego miałkość, zbędność, koniunkturalizm. Przeintelektualizowany, zniewieściały, zobojętniały na otaczającą rzeczywistość, biernie poddający się zmianom społecznym współczesny Europejczyk, w gruncie rzeczy kierujący się przyziemnymi potrzebami. Europa jaka znamy, umiera, a Islam jest tylko grabarzem. Ilu ja mam takich znajomych wokół siebie, przeintelektualizowanych, pozbawionych ikry maminsynków, którym wydaje się że pojedli wszystkie rozumy, a są niczym więcej jak mięsem w rękach innych ludzi, zmanipulowanym medialnie stadem owiec
W gruncie rzeczy bowiem, cała ta przeintelektualizowana dyskusja u antybohatera, te jałowe dysputy o dupie Maryni, wszystko to sprowadza się do zadania wprost oczywistego pytania: "ile wyniesie moja pensja, do ilu żon będę mieć prawo?" Ostatecznie wszystko sprowadza się bowiem do kupczenia żywym towarem, do handlu niewinnymi, kobietami i dziećmi. Sam Francois o kobietach myśli tak "(...)w tej sytuacji przydałaby się kobieta, która bez wątpienia też jest człowiekiem, lecz reprezentuje nieco inną odmianę ludzkości i wnosi do życia lekki zapach egzotyki"****. Powieść kończy się jak mokry sen stetryczałego mizogina - nasz anty-bohater szybciutko przechodzi konwersję na islam, aby tylko móc wybrać sobie żony, bo w końcu "muzułmańskie żony są bez wątpienia uległe i oddane, zostały przecież tak wychowane, a to zazwyczaj wystarcza, żeby mężczyźnie dać rozkosz". I tak, po konwersji, "każda z tych dziewcząt, choćby najładniejsza, będzie szczęśliwa i dumna, jeśli mój wybór padnie właśnie na nią, i będzie się czuła zaszczycona, mogąc dzielić ze mną łoże. Wszystkie będą godne miłości, a ja na pewno zdołam je pokochać*****". Piotr Kieżun, w wywiadzie dla Polskiego radia, słusznie powiedział, że "Houellebecq pisze o kryzysie duchowości europejskiej, o kryzysie moralnym i politycznym, gdzie wszystko zamienia się w banał i nudę. Okazuje się, że nawet fala islamu nas przed tym nie ratuje, bo ta religia wcale nie jest powrotem do moralności", o czym świadczą właśnie ostatnie stronice powieści.
Jestem tym najbardziej znienawidzonym dzisiaj, białym, dorosłym mężczyzną, ale nie wyobrażam sobie, żebym żył w świecie, w którym mam wyższość moralną, duchową, prawną, fizyczną i materialną nad kobietą, którą kocham. Bo islam do tego się właśnie sprowadza - do supremacji jednej płci nad drugą, do powrotu patriarchatu w jego najgorszym przebraniu - bezkarna władza mężczyzny nad żoną/żonami, siostrą, matką, koleżanką siostry, nad swoimi dziećmi, które mają siedzieć grzecznie w domu i czekać na wypełnienie swojej odgórnej woli społecznej pod rygorem kar jakich Europa nie widziała od kilkuset lat. W najlepszym wypadku kobieta w islamie ma tak: "Głośno chichocząc, dziewczyny pogrążyły się w grze polegającej na znajdowaniu różnic między dwoma obrazkami w „Picsou Magazine”. Biznesmen uniósł wzrok znad arkusza kalkulacyjnego i uśmiechnął się do nich z boleściwym wyrzutem. Też się do niego uśmiechnęły, nie przestając szeptać i chichotać. Mężczyzna znowu złapał za telefon i wdał się w kolejną konwersację, równie długą i poufną jak poprzednia. W świecie islamskim kobieta – przynajmniej jeśli jest dość ładna, żeby wzbudzić pożądanie bogatego małżonka – praktycznie przez całe życie może pozostać dzieckiem. Wkrótce po wyjściu z lat dziecięcych sama zostaje matką i znowu pogrąża się w świecie dzieci. Jej własne potomstwo dorasta, a ona staje się babcią. I tak toczy się jej życie. Przez kilka zaledwie lat kupuje sobie erotyczną bieliznę i zamienia dziecięce zabawy na gry seksualne, co w gruncie rzeczy sprowadza się do tego samego. Oczywiście traci swoją niezależność, ale fuck autonomy; sam z dużą łatwością, a nawet autentyczną ulgą pozbyłem się wszelkich obowiązków zawodowych czy intelektualnych i wcale nie zazdrościłem temu biznesmenowi siedzącemu po drugiej stronie korytarza w przedziale TGV Pro Première, którego twarz – w miarę toczącej się konwersacji telefonicznej – coraz bardziej pochmurniała; najwyraźniej jego interesy mocno kulały, gdy tymczasem pociąg przejeżdżał przez stację Saint-Pierre-des-Corps. Tyle że on miał przynajmniej rekompensatę w postaci dwóch pełnych wdzięku i czaru małżonek, które mogły mu wynagrodzić trudy prowadzenia biznesu; może jeszcze jedna czy dwie czekały na niego w Paryżu; kołatało mi po głowie, że szariat zezwala na posiadanie czterech żon. Mój ojciec miał… znerwicowaną dziwkę w postaci mojej matki. Na tę myśl zadrżałem. Cóż, teraz już nie żyła, oboje nie żyli, a ja byłem jedynym – żywym, acz w ostatnich czasach nieco sfatygowanym – świadectwem ich miłości."******
Nie potrzebuję tego, nie chcę tego, chcę żyć w społeczeństwie zdrowym moralnie, z zasadami, z wolnością wyboru wyznania, chcę żyć z kobieta, która mnie kocha, która ma wolną wolę w każdej chwili ode mnie odejść, która ma pełną swobodę robić, co chce i kiedy chcę i która jest ze mną, bo tego chce, a nie dlatego że musi. Mam nadzieję, że przynajmniej w moim kraju będę miał taką możliwość.

Oto jesteśmy my, Europejczycy, beztroskie dzieciaki, wygodnie jak u mamy za piecem, osaczeni przez zgraję krwiopijców, którzy nie pragną niczego innego jak tylko dorwać się do darmowego źródła i doić stuprocentową hemoglobinę.

* str.249
** str.157
*** str.200
**** str.200
***** str.280
******str.218

czwartek, 21 stycznia 2016

Bzdura zombie (Oystein Stene - "Wyspa zombie")

2,3 lata temu czytałem kuriozalną książkę o zakochanym zombiaku pt. "Wiecznie żywy", Hollywood nawet raczyło zrobić film na podstawie tego gniota. Nikomu nieznany Oystein Stene widocznie wyczuł pismo nosem, bo postanowił zrobić dzieło o narodzie zombie, żyjącym na utajnionej wyspie, której nie ma na żadnej mapie świata, satelity też należą do tego spisku państw NATO (rzecz dzieje się głównie w czasach zimnej wojny, widocznie satelity chińskie i radzieckie także, ale tego autor już nie wyjaśnia).
W każdym razie Stene tworzy swój zombiastyczny twór z konsekwencją godną lepszej sprawy. Bo oto, jeżeli przymknąć oczy na wyżej opisanu fundament świata przedstawionego, to "Wyspa zombie" wcale złą powieści nie jest. Zombie-bohater, narrator w pierwszej osobie, na łamach książki przebywa swoją podróż od punktu A do punktu B, rozwija się jego postać wręcz wzorcowo, wszystko jest na swoim miejscu. Tylko naprawdę nie jestem w stanie przymknąć oczu, za stary jestem na takie tandetne numery, no i za mało głupi. 

autor, dumny ze swojego dzieła

Stene wcale źle nie pisze, jego powieść sprawia wrażenie rzetelnie opowiedzianej i przygotowanej koncepcyjnie, problem jest z niedorzecznym punktem wyjścia, który już na wstępie pozbawia całą historię elementarnej wiarygodności, no bo co to za bzdura z tym, że kilka światowych mocarstw sprzysięgło się utrzymać w XX wieku wielką tajemnicę i istniejącej gdzieś na środku Atlantyku wyspie z dziwnymi mieszkańcami. W tym celu fałszują rzeczywistość. Cały ten konspekt posiada dziury logiczne wielkości słonia, dlatego nawet niezbyt wymagający czytelnik powinien pukać się w czoło nad takim idiotyzmem. Pomysł wyjściowy niweczy cały, późniejszy trud autora, który wyczynia ekwilibrystyczne cuda, by swój pomysł jak najbardziej uwiarygodnić, ale zwyczajnie się nie da, bo niektóre pomysły mają w sobie
taki potencjał niedorzeczności, że tu nawet Tołstoj by odpadł. Stene odpadł w przedbiegach i serwuje czytelnikowi m.in. następujące kwiatki:
- zombie grające w pokera,
- zombie tworzące administrację państwową, która uchwala przepisy (nawet mają swoją konstytucję), organizuje życie społeczne, archiwizuje kwity, koncerty, policja, biblioteki, targi, 
- seks zombiaków!!!
- zombiaki palą papierosy,
- zombiaki myślą, rozmawiają, prowadzą udawane życie społeczne,
- zombiaki chodzą do kina,
- zombie mają płeć, te żeńskie chodzą w obcasach, męskie się golą albo zapuszczają brody,
- ruch oporu zombie,
- zombie-marynarze itd., można tak wymieniać

Idąc tym tropem, w poszukiwaniu "oryginalnych" pomysłów, już niedługo będzie można przeczytać literaturę o księżach-zombie, zombie-sportowcach, zombie-kosmonautach, zombieseksualistach, mogących zawierać zombie-małżeństwa i adoptować dzieci, czy też zombie-szachistach, do wyboru do koloru.

Ebola cz.2 (Richard Preston - "Strefa skażenia")

5 października 2014r. zamieściłem na blogu recenzję powieści "Ebola". Pisałem wtedy m.in., że Ebola w jakiejkolwiek postaci nie zagraża ludzkości jako takiej, no chyba że nagle 7 miliardów ludzi zacznie kąpać się w krwi chorych na ebolę, czy też nie przestrzegać elementarnych zasad higieny.

Wbrew gromkopierdnym hasłom marketingowym na okładce książki, "Strefa skażenia" to głównie opis wydarzeń, które miały miejsce w amerykańskim mieście Reston w 1989r., kiedy to w małpiarni pewnej firmy importującej małpy wybuchła epidemia nowego wirusa, później nazwanego ebola reston. O tych wydarzeniach (podczas których ostatecznie nie zginął żaden człowiek, żaden też nie uległ zakażeniu wirusem) traktuje 2/3 książki Prestona, reszta opowiada o wydarzeniach związanych z występowaniem pozostałych filowirusów, czyli marburga, eboli zair i eboli sudan. 
Nancy i Jerry Jaax, epidemiolodzy wojskowi, którzy występują w książce Prestona 
spotkanie studentów z autorem
"Strefa skażenia" jest niestety książką słabą, napisana jest głównie w tonie taniej sensacji, a sam autor chyba nie za bardzo wie, jak pisać, co chwila nadużywa takich ostatecznych terminów jak "zagłada ludzkości", "eksterminacja", "prawie zniszczył ludzką populację w płd Sudanie" (tj. 150 na 250 osób zakażonych, coś mała ta populacja) oraz stara się cały czas podtrzymywać atmosferę armagedonu, czy to poprzez zawarty w tonie sensacyjnym opis wydarzeń w Kenii 1980 (marburg), południowym Sudanie w licpu 1976r. (ebola sudan), północnym Zairze we wrześniu 1976r. (ebola zair), czy laboratoryjny wirus ebola reston z 1989r. Całość uzupełniona jest sformułowaniami jak z podróby Homera "wirus przeszedł jak ogień", "uderzył w niego jak bomba", ciężko się to czyta, kiedy nie jest się kilkunastoletnim gówniarzem, na którego kiedyś takie tanie zagrywki działały. Dopiero, gdy autor zaczyna sprawozdawczo, bez emocji, relacjonować wydarzenia, wtedy czytało się z większym zainteresowaniem, Tak naprawdę z całej książki wystarczy przeczytać niektóre rozdziały z części pierwszej (te opisujące epidemie w Afryce) oraz rozdział "Najgroźniejszy szczep", gdzie znajduje się podsumowanie wiedzy na temat ebola. Reszta to tylko męczarnie z chaosem narracyjnym i pisaniem autora o niczym. Tematyka jest oczywiście bardzo interesująca, natomiast sama książka jest słabiutka, napisana chaotycznie, kiepska stylistycznie. Nadto, pomimo że to praktycznie literatura faktu, to autor pozwala sobie na dziwne zagrywki typu opis koszmarnego snu szeregowca biorącego udział w oczyszczaniu małpiarni w Reston, o ataku małpy dzierżącej strzykawkę w ręku. Czemu to ma służyć, poza próbą wywołania tandetnej grozy, to nie wiem. 

Dla uporządkowania tematyki filowirusów (wirusów nitkowatych):
- marburg, bardzo zakaźny drogą bezpośredniego kontaktu z wydzielinami chorego, śmiertelny na poziomie 20-60%
- ebola sudan, bardzo zakaźny drogą bezpośredniego kontaktu z wydzielinami chorego, śmiertelny na poziomie 30-70%
- ebola zair, bardzo zakaźny drogą bezpośredniego kontaktu z wydzielinami chorego, śmiertelny na poziomie 50-90%
- ebola reston, bardzo zakaźny drogą oddechową wyłącznie wśród małp, śmiertelny na poziomie 50-90%.

Rzeczą, która naprawdę intryguje jest zagadka, dlaczego tak bliźniaczo podobne do siebie pod względem molekularnym wirusy ebola zair i ebola reston tak różnie reagują na ludzi. Jest to szczególnie istotne, jeżeli weźmie się pod uwagę, że wysoce letalny dla ludzi ebola zair przenosi się drogą bezpośredniego kontaktu z wydzielinami chorego organizmu, natomiast nieszkodliwy dla człowieka bliźniak ebola reston drogą oddechową. Ebola zair zatem jest niegroźny globalnie, z uwagi na sposób przenoszenia się i wysoką śmiertelność gospodarza, przez co łatwo jest izolować wirusa. W związku jednak z tym, że w przyrodzie wszystko ewoluuje, powstaje pytanie, co się stanie, gdy ebola reston zmutuje i zacznie być groźny dla ludzi albo też ebola zair zmutuje i zacznie przenosić się powietrzem? Wtedy faktycznie gromkopierdne hasła o zagrożeniu dla ludzkości ze strony eboli mogą stać się faktem, a średniowieczna dżuma przy eboli będzie niegroźną bajeczką dla dzieci. Z książki "(...) wirusy zair i reston są tak podobne do siebie, że trudno byłoby powiedzieć, czym się różnią (...)".

Drugą intrygującą kwestią, pytaniem, które stawia książka, a które nurtuje wirusologów od kilkudziesięciu lat, jest to, gdzie w strefie tropikalnej znajduje się rezerwuar filowirusów. Zdaniem Prestona ich matecznikiem jest grota Kitum w masywie góry Elgon położonej w zachodniej Kenii, przy granicy z Sudanem, Zairem, jeziorem Wiktorii oraz w masywie Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Inną wysuniętą przez Prestona hipotezą, już mocno bajkową, jest, że wszystkie współczesne, "demoniczne" wirusy takie jak właśnie filowirusy i wirus HIV (którego genezą jest także Afryka tropikalna, rozniesiona po świecie po zabetonowaniu magistrali kinszaskiej) pojawiły się w wyniku wyniszczenia przyrody równikowej, lasów, zwierząt, rabunkowego wyjaławiania przyrody przez ludzi. Coś w tej teorii jest, ale nie da się tego udowodnić.

Podsumowując, "Strefa skażenia" jest słabo napisaną książką, natomiast warto się z nią zapoznać, bo w dosyć przystępny sposób (i jest to jedyna zasługa autora) prezentuje wszystkie znane do tej pory filowirusy. 
siostra Marietta nad grobami bliskich, ofiar ebola zair 1976r. (zdjęcie pojawia się w książce, wrzucałem je też swego czasu  na bloga we wpisie z 5.10.2014r.
Krótki wywiad z Karlem Johnsonem, któremu zawdzięczamy nazwę wirusa ebola. 
grota Kitum, pan Chepso opowiada m.in. o zwyczajach słoni związanych z właściwościami geologicznymi groty Kitum, szkoda że tak kaleczy angielski, w tle słychać nietoperze, domniemanych nosicieli filowirusów
tutaj nieco bardziej przystępnie o grocie Kitum i eboli
zajawka WHO z 2014r. o fizycznych objawach eboli
i jeszcze bajeczka o zarażaniu ebolą

Ps. Richard Preston to brat Douglasa Prestona, którego sensacyjne powieści dosyć często czytam i recenzuję.

niedziela, 3 stycznia 2016

Skrót za siatkę cz.12 - wydanie noworoczne

Z rozpędu po napisaniu pierwszej notki na bloga od ponad trzech miesięcy wrzucam podsumowanie mojego jesiennego czytelnictwa.

Żądza krwi
Thomas Enger
Cykl: Henning Juul (tom 3) 
I co z tego, że czyta się nieźle, Enger ma coraz lepszy warsztat, fabuła jest ok, skoro autor mnoży tajemnice jak grzyby po deszczu, a w dodatku ich nie wyjaśnia. Czyli co? Żeby dowiedzieć się, kto podpalił chatę głównego bohatera albo dlaczego jego siostra i matka go nienawidzą czytelnik musi czekać do planowanych jeszcze trzech tomów cyklu, których ani widu ani słychu? Mam się o tym dowiedzieć np. w 2020 roku, w 2030? Co to za jaja są, a potem się okaże że wielka tajemnica rozpisana na sześć tomów jest zwykłą wydmuszką, czy też innym sucharem. Takiego wała, panie autor, za kilka lat nie będę już pamiętał, o co chodzi, zatem po raz kolejny zostałem przez pana oszukany.



Zaklęci
Graham Masterton
Klasyczny przykład twórczego wykorzystywania przez Mastertona motywów wierzeń ludowych, mitów, bajań, i innych aspektów pogańskich. W "Zaklętych" pisarz stworzył dosyć interesujący miks wierzeń celtyckich, mitu o "Szczurołapie z Hameln" oraz kabalistycznych pięciu żywiołów świata.
Jedna z lepszych książek Brytyjczyka, gdyby jeszcze w tym wszystkim Masterton posiadał talent literacki i zafundował chociaż odrobinę klimatu, zamiast siermiężnej siepaniny i festiwalu krwi, flaków, seksu, okrucieństwa i innych elementów gore, to "Zaklęci" byliby wyśmienitą powieścią. Bo horror Mastertona to bezprzedmiotowa, pozbawiona subtelności rzeź, brak tutaj strachu, tak samo było zresztą w "Bezsennych", powstałych w podobnym okresie czasu i także wykorzystujących różne aspekty ludowe. Tak naprawdę "Zaklęci" lepiej by się sprawdzili jako mystery fantasy, ta otoczka gore zwyczajnie obniża jakość powieści.
Ale zakończenie wymiata, za najlepsze z możliwych podsumowanie historii ocena poszła dwa oczka w górę.

Alfabet Suworowa
Wiktor Suworow, Piotr Zychowicz
Dwie rzeczy mi tutaj przeszkadzają:
1) formuła alfabetu przyjęta dla książki, z natury swej narzuca istotne ograniczenia w przekazie istotnych faktów; "Alfabet Suworowa" to nie jest książka o historii, to książka publicystyczna, zawierająca opinie Suworowa o historii w oparciu o określone fakty historyczne, jest to istotna różnica, którą niestety bardzo często (zapewne celowo) zaciera się, tak aby czytelnik nie był w stanie sam wyrazić swojego zdania, bo zwyczajnie nie serwuje mu się kompletu suchych faktów, tylko domniemania (i nie zmienia tego fakt, że większość opinii Suworowa w mojej ocenie jest całkiem trafnych, chodzi mi po prostu o zbyt agresywną, prostacką formę przekazu),
2) osoba Piotra Zychowicza, przeprowadzającego wywiad i sprawującego ogólną pieczę redaktorską nad całością; tenże quasi-historyk, a w rzeczywistości opiniotwórczy publicysta, do którego opinii na temat historii II wojny światowej mam bardzo duży dystans, jest jeszcze młody, a jego arogancka, stara jak świat postawa "wszyscy się mylą, tylko ja mam rację", jeszcze bardziej ten dystans zwiększa.
W mniejszym stopniu, ale przeszkadza mi także nadużywanie skrajnych twierdzeń, górnolotnych przymiotników praktycznie na każdą okoliczność np. genialny taktyk, znakomity, straszliwy zbrodniarz w sytuacji, gdy wystarczyłoby użycie słowa dobry, niezły, czy zły (czy zbrodniarz może nie być straszliwy albo zły?). Nie podejrzewam o to samego Suworowa, zatem to zapewne kwestia tłumaczenia, które jak wiadomo często jest twórcze, jeżeli sprawa tego wymaga (tłumacz nie jest podany, więc to pewnie robota samego Zychowicza). W ogóle mocno nierzetelne jest wydanie tej książki, bo nie wiemy, w jakim języku wywiad był przeprowadzany oraz kto tłumaczył poszczególne hasła alfabetu.
Z kwestii merytorycznych, to wspomniane ograniczenie wynikające z formatu sprawia, że omówienie poszczególnych haseł ma charakter pretekstowy, a zdecydowanie więcej szczegółów można poznać w konkretnych pozycjach Suworowa, zresztą sam autor kilkukrotnie odsyła do swoich książek.
Więcej daje pod tym względem wywiad, z którego możemy się dowiedzieć kilku ciekawych informacji o samym Suworowie oraz jego wizji współczesnej Rosji, jako kraju jałowego etnicznie ("upadek rosyjskich mężczyzn"). Rozważania te są interesujące, bo pokazują od zupełnie innej strony sytuację wewnątrzrosyjską. Nie do końca jednak zgadzam się z oceną Putina i jego polityki, moim zdaniem Suworow ukazuje go zbyt jednostronnie i go nie docenia. 
Niezależnie od oceny "Alfabetu Suworowa" jako samodzielnej książki historycznej, jak również pewnego naturalnego "rosjocentryzmu" autora, nie da się ukryć, że Suworowa czyta się świetnie, bo nie owija w bawełnę i mówi jak jest. Facet wyciąga z kapelusza różne ciekawe fakty z życia i takie wartościowe postaci rosyjskie jak Oleg Pogrebiński, Andriej Własow, czy Michaił Łukin.

Sweetland
Michael Crummey
Nie wiem, co jest takiego dobrego w pisarstwie Crummeya, ale facet jest genialny. Napisał trzy powieści i po każdej z nich nie jestem już tym samym czytelnikiem, co onegdaj.
"Sweetland" jest świetny tam, gdzie nieistotne są słowa, w klimacie odosobnienia. To, co niewypowiedziane, jest tutaj najlepsze, posmak pewnej atawistycznej tajemnicy związanej z ludzkim losem. Poezja prozą pisana, a w jej zakamarkach odwieczne sekrety człowieczej egzystencji. Nie podane wprost, nie podane w ogóle, ale kryjące się za samotniczą egzystencją Mosesa Sweetlanda. Gdzieś tam tkwi klucz do zrozumienia, umiejętność odbierania świata każdą komórką swojego ciała, samotność z wyboru, scalenie z samotnością porzuconej przez ludzi wyspy. Zabawa w Robinsona Crusoe z donkiszotowskim skutkiem.
"Popatrzył po wzgórzach wokół zatoki, rozszumianych wodą spływającą z topniejącego na słońcu śniegu. Zawsze uwielbiał ten dźwięk, wyczekiwał na niego każdej wiosny. Gdy go słyszał, nie miał wątpliwości, gdzie jest jego miejsce na ziemi. Zawsze czuł, że to więcej, niż mógłby chcieć - móc budzić się tutaj, patrzeć na te wzgórza." 
Bo czymże jest samotność? Ludzkość - skupisko oddzielnie myślących jednostek, odrębne wyspy na wspólnym oceanie, solipsystyczna egzystencja Mosesa Sweetlanda, duchy przeszłości przenikające rzeczywistość, która przestaje być jakąkolwiek rzeczywistością, kiedy brakuje punktów odniesienia, stycznych wysp. Jak z powieściowej prognozy pogody: "Umiarkowane wiatry. Przelotne opady śniegu. Minus jeden" A wkoło szaleje apokaliptyczny sztorm. 
I to niesamowite zakończenie, po którym ciągle mam ciarki na plecach.

Ślepowidzenie
Peter Watts
No i stało się. Po kilku latach przymiarek przymierzyłem się i zwalczyłem "Ślepowidzenie" Wattsa. Apetyt rósł wykładniczo do wzrostu hype'u wokół powieści od daty premiery. Wyobraźnię mam sporą (chociaż po lekturze mam poważne wątpliwości, czy to nie jest czasem jakiś chiński pokój), oczytanie tudzież, spodziewałem się zatem nie wiadomo jak genialnej rzeczy, a dostałem tylko świetną very hard s-f, gdzie kluczowym elementem jest science. Kocham i uwielbiam, najlepszy, najbardziej pobudzający zwoje mózgowe gatunek literacki i najtrudniejszy do pisania.
Aby wyciągnąć ze "Ślepowidzenia" max 50% ekstraktu, to trzeba przestawić się na inne myślenie o rzeczywistości, spojrzeć na nią analitycznie, na 100% esktraktu potrzeba nie tylko kilkukrotnej lektury, ale także solidnych podwalin w naukach ścisłych. Spełniłem co najwyżej warunki na 50%, ale i tak jestem ukontentowany, chociaż przy takim hype wolałbym bym być wNiebowzięty.
Do rzeczy. Nic tak nie działa na skuteczność przekazu jak tworzenie podziałów dychotomicznych i Watts korzysta z tej zasady pełnymi garściami. Świadomość i pień mózgu, inteligencja i ego, widzenie i ślepowidzenie, somnambulizm oraz czytanie w myślach, ruchy sakkadowe i białkowe komputery, tożsamość i chiński pokój. Peter Watts wziął się za bary z wszechświatami mózgu, największą tajemnicą ludzkości, aby odbyć podróż do wewnątrz udał się na skraj Układu Słonecznego, do hipotetycznego obłoku Oorta, gdzie konfrontuje posthumanistyczną ludzkość z alienami. Watts nie tylko tworzy jedną z najbardziej fascynujących wizji pierwszego kontaktu, na którą składa się design obcych, ich "cywilizacja", środowisko naturalne, biologia itd., ale także rozprawia się z przyszłością człowieka, jako istoty o określonych cechach morfologicznych oraz dorzuca sugestywny, chociaż niezbyt poważny, wątek homo sapiens vampiris. Tworzy się z tego zdumiewająco skondensowany, ciężki w odbiorze, ale i dający dużą satysfakcję poznawczą konglomerat nauk wszelakich, od biologii molekularnej po rozważania natury etycznej, od kosmosu neuronów do kosmosu brązowych karłów. Wszystko to fascynuje, wciąga i przewraca i daje ogromne pole do przemyśleń o otaczającej nas rzeczywistości.
fan art
"Ślepowidzenie" ma w sumie jedną wadę, która jednak sprawia, że powieść nie jest genialna. Dzieło Wattsa jest tak gęsto upakowane nauką i przeważnie udaną próbą jej sprzedania czytelnikowi (o ilości elementu science powinno świadczyć to, że autor pozwolił sobie na końcu dodać kilkunastostronicowe przypisy z obszerną bibliografią), gdzieś ginie płynność akcji. Nie jest to jakaś wielka wada, ale "Ślepowidzeniu" bliżej przez to do traktatu, rozprawki naukowej, aniżeli pełnokrwistej s-f. 
Pewną pomocą przy czytaniu "Ślepowidzenia" służy oficjalna strona autora www.rifters.com/blindsight, gdzie można znaleźć profil Tezeusza, opis bohaterów, naukowy żarcik o wampiryzmie i inne bajery. 
A teraz oddaję głos autorowi (kilka cytatów):
"Gdyby ludzki mózg był tak prosty, że dałby się zrozumieć, my bylibyśmy tak prości, że nie dalibyśmy rady"
"Mózg to maszyna do przetrwania, nie wykrywacz prawdy. Jeśli do przetrwania trzeba się samooszukiwać, mózg kłamie. Przestaje zauważać ... nieistotne rzeczy. Prawda się nie liczy. Tylko przeyżycie. I teraz już w ogóle nie doświadczacie świata takim, jakim jest. Żyjecie w symulacji zbudowanej z założeń. Uproszczeń. Cały gatunek standardowo cierpi na agnozję. Rorschach nie robi wam nic, czego byście sami sobie nie robili"
"Żaden system nie może w pełni zrozumieć samego siebie" (o człowieku)

Listy z Hadesu. Punktown
Jeffrey Thomas
Seria: Uczta Wyobraźni
Nie, nie, nie, nie, nie, jeszcze raz i po stokroć nie! Stanowczo i dobitnie protestuję przeciwko serwowaniu mi tak pretensjonalnych, nadętych, prostackich, infantylnych, głupiomądrych, kiczowatych, pustych, bezmyślnych, tępych, PRÓŻNYCH, daremnych, niepotrzebnych, nudnych, fatalnych, nieciekawych, drętwych, BANALNYCH, miałkich, męczących, jałowych, napuszonych, afektowanych, manierycznych i zwyczajnie, fatalnie, tragicznie beznadziejnych quasi-dzieł jak recenzowany dwupak Dżefreja Thomasa i to w dodatku jako Ucztę Wyobraźni! 
Cóż za dramat. Brak mi słów, żeby oddać przeżywane przeze mnie katusze. Te dialogi, te postaci, te fabuły, te światy przedstawione - czegoś tak źle napisanego to nawet Uznański do spółki z Komudą by nie wypłodzili. Zdecydowanie najgorsza pozycja w historii UW, raczej sabotaż, aniżeli rzecz mająca konkurować w serii z takimi pozycjami jak "Ślepowidzenie", czy "Rzeka Bogów". To się nie umywa nawet do bardzo złej "Trójki" Chapmana, bo tam przynajmniej był zamysł. "Punktown i Listy z Hadesu" to literacka padlina. 
Parafrazując genialny utwór Armii*, Jeffrey Thomas stworzył "słowa donikąd, literaturę po nic". 
PS Swoją drogą skoro taki hardy i kontrowersyjny ten Thomas, to dlaczego nie napisał w "Listach z Hadesu" o bogu pewnej miłującej pokój religii z Bliskiego Wschodu?
* Armia "Piosenka po nic"

V jak Vendetta
Alan Moore, David Lloyd
Genialny klimat, świetna kreska (te cienie!) i absolutnie fatalna, zgniła fabuła. Komiks sprzeczności. Państwo Margaret Thatcher jako źródło inspiracji? Buahahaha. To dzięki tej kobiecie Wielka Brytania nadal istnieje, ale to w sumie już nie potrwa długo. Dzisiejsze wydarzenia polityczne w Europie, z rozwydrzoną poprawnością polityczną (LGBT i inne jenoty) i inwazją roszczeniowych muslimów pokazują, że ludzi trzeba trzymać krótko, bo głupieją od tej wolności. Zasady moralne, brak zasiłków, praca, praca i jeszcze raz praca, a państwo będzie rosło w sile i dobrobycie własnych obywateli.
A co mamy w "Vendecie":
- państwo dające ludziom pracę i bezpieczeństwo (postulat socjalistyczny) i rozprawiające się z LGBT, socjalistami i czarnymi (klasyczny faszyzm),
- państwo prowadzące obozy koncentracyjne i eksperymenty medyczne (ok, to jest bardzo złe),
- republikę bananową, u której szczytów władzy stoi garstka ludzi utrzymująca tę władzę przy pomocy sterowanych mediów, silnego aparatu inwigilacji i karmienia społeczeństwa niskimi potrzebami (czym to się niby różni od współczesnej Polski?),
- ale też państwo, które wprowadziło porządek po latach wojny i zawieruchy, starające się wyprowadzić kraj z nędzy, która zresztą panuje wszędzie na świecie po wojnie nuklearnej, 
- z drugiej strony nawiedzony, obłąkany główny bohater - psychopata, wprowadzający chaos i terror na ulicach, w dodatku stosujący wobec swojej podwładnej tortury psychofizyczne najgorszego sortu, czyli de facto bohater bardziej zły i dwuznaczny moralnie od złych faszystów, 
- główna bohaterka, to jakaś zabiedzona intelektualnie gęś, w dodatku o słabym charakterze, skoro postanawia się prostytuować, zamiast znaleźć drugą pracę,
- cała rzesza drugoplanowych, normalnych postaci (w sensie mających normalne namiętności typu władza, czy pieniądz, a nie zakładanie zboczonej maski), które ratują wiarygodność tej groteskowej historii.
Fabularnie to jest jakaś kicha z kaszaną, wszystko jest tutaj odwrócone na nice, przyczyny zamieniły się ze skutkami (chaos wojny wewnętrznej jest odpowiedzią na porządek społeczny faszyzmu?), wielkie zło (psychopatyczny terrorysta w schizowatej masce) ze złem względnym (ustrój zastany na łamach powieści na swoje plusy dodatnie i plusy ujemne). Generalnie mdłości mnie momentami brały od zgnilizny moralnej toczącej "Vendettę", Moore był chyba na Mocarzu podczas pisania komiksu. 
Na szczęście karty komiksu rozsadza wręcz kosmiczny klimat, który udało się wykreować twórcom. Coś fantastycznego. Ten klimat wynagradza niedostatki fabuły i sprawia, że "Vendetta" zapada w pamięć.

Podróż, która zmieniła świat. Darwin na pokładzie Beagle'a
Alan Moorehead
Sympatyczna, utrzymana w familijnym tonie opowiastka o sympatycznym, dobrym Darwinie, który wybrał się w podróż dookoła świata w towarzystwie neurotycznego, ale sympatycznego kapitana Fitzroya na sympatycznym Beagle'u. Aż ciepło się robi na serduszku. Całość uzupełniona jest hurtową ilością obrazków z epoki, które dodają specyficznego, nostalgicznego klimatu dawnej przygody. Nie ma co ukrywać, to nie jest pozycja, z której czytelnik dowie się poważnych rzeczy o teorii ewolucji, czy samym Darwinie. Ale i tak jest sympatycznie.




Umowa z Bogiem - trylogia
Will Eisner
"Żyd Fagin" tegoż Eisnera był sztampową, mizerniutką fabularnie próbą rehabilitacji jednego z antogonistów Olivera Twista. 
Trylogia posiada te same wady, co "Żyd Fagin". Tutaj nie ma naturalnych dialogów, rozwoju postaci, bohaterowie, zdarzenia są sztampą, za pomocą której w dwóch, trzech obrazkach Eisner kreśli cechy charakterystyczne epoki, miejsc, ludzi. Pod tym względem tytułowa "Umowa z Bogiem" wypada tragicznie, jest historyjką prostacką, nieciekawą i nic z niej nie wynika. Na szczęście o wiele lepiej wypadają "Siła życiowa" i "Dropsie Avenue", przede wszystkim ze względu na bardzo ambitną próbę opowiedzenia czegoś więcej. Te dwie historie wciągają swoją złożonością (ilość wątków, postaci) i opowiadaną historią. Z uwagi na to skomplikowanie fabuł przestają razić dosłowności, skróty i usztampowienie wszystkiego. "Dropsie Avenue" jest szczególnie fascynująca, bo na około 150 stronach Eisner całkiem fajnie opowiada o historii jednej z dzielnic Bronksu na przestrzeni 150 lat, przy okazji przemyca subtelnie rzeczową krytykę multi-kulti. Za te dwie historia ocena całości poszła w górę. 
Co do kreski, to wiadomo, nie do podrobienia, chociaż mógłby się Eisner pokusić o rysowanie atrakcyjniejszych postaci, bo wszyscy sprawiają tutaj wrażenie niezgorszych trolli.

Jeden dzień Iwana Denisowicza
Aleksander Sołżenicyn
Jeden dzień jak tysiąc lat. I ciągle ta sama lekcja przetrwania.
"Zasypiał Szuchow w pełni zadowolony. Wiele mu się tego dnia udało: nie poszedł do karceru, brygady nie pognano na Socgodorok, przy obiedzie podprowadził kaszę, brygadzista dobrze załatwił normę, dobrze się Szuchowowi murowało, nie podpał na kipiszu ze swoim kawałkiem stali, wieczorem zarobił u Cezara, kupił tytoń. I nie zachorował, przetrzymał" Cały komentarz do tego, co chciał przekazać Sołżenicyn tą krótką opowieścią o losie człowieka w katorżniczym łagrze.
Tak czytam ostatnio dużo o życiu w ZSRR w latach 1920-1960 i doprawdy chciałbym wiedzieć, czy był tam człowiek albo nawet całe rodziny nie doświadczone przez czystki, łagry, wojnę, wielki głód i inne atrakcje lewaków.

Wszyscy na Zanzibarze
John Brunner
Seria: Artefakty
W 1968 roku wysmakowana powieść Brunnera musiała robić ogromne wrażenie, dzisiaj niestety trąci trochę ramotką (Beninia, brak samochodów), ale i jest też w wielu aspektach niepokojąco aktualna, futurologia całkiem udana, jeżeli weźmie się pod uwagę, że docelowym rokiem przyszłości jest tutaj ... 2010. Szczególnie jest to widoczne w obrazie społeczeństwa zżytego z telewizorem (państwo Uniwersalni, Skanalizator), narkotykami (rozumianymi jako powszechność i łatwość w dostępie wszelkiego rodzaju używek, uzależniaczy), informatyzacji (Salmanasar), przeludnienia (7 mld ludzi) itd. John Brunner z wściekłością rzucił się tutaj na naprawdę głęboką wodę, począwszy od obrazu pojedynczych ludzi, społeczeństwa, kultur, technik, po geopolitykę. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek przeczytał tak ambitną i złożoną w formie i treści s-f powstałą przed 1970r. Jedyne, co mnie tutaj wyraźnie razi, to jeden z głównych bohaterów, pokojowo nastawiony do świata muzułmanin.
"Wszyscy na Zanzibarze" to zasłużona klasyka s-f, artefakt godzien odkopania i bardzo udany początek mam nadzieję kolejnej świetnej serii od wydawnictwa Mag.

Kroki w nieznane
Almanach fantastyki 2014
Niestety słaba antologia i to niekoniecznie z winy redaktora M.O. Widać jak na dłoni, że z literatury współczesnej musiał wybierać pomiędzy mniejszym lub większym szrotem, tak naprawdę najlepsze wrażenie w zbiorze robią teksty starsze jak Lethem. Na piętnaście tekstów jeden jest godzien zapamiętania na dłużej (wyborny Sherwood), ze trzy są dobre (Green, Lethem, Probert), cztery średniawe (Rivera, Watts, Sanderson, Parker), kilka słabych (Powell, Tavares, Toczinow, Goldin, Liu - na którym srodze się zawiodłem), a dwa wręcz tragiczne (Sharma, Cluley). Sharma to w ogóle sprzedała swoim opowiadaniem najbardziej żenujący twist fabularny w dziejach literatury, do tego zrobiła to z polotem drwala, musiałem sobie setę strzelić dla oczyszczenia umysłu po przeczytaniu "Szmaciarza".

Jonathan Sherwood, girl and gravastar
Zatem polecam jedynie Jonathana Sherwooda, jego "Głębia siwego oceanu" to rzadko dzisiaj spotykane połączenie pomysłu, fabuły i czystej, nieskażonej fizyki, klasyczna, dobra s-f.

Ogromne okno
Lemony Snicket
Seria niefortunnych zdarzeń (tom 3)
Najsłabsza póki co część Serii Niefortunnych Zdarzeń, przede wszystkim dlatego, że jedzie tym samym schematem, co w "Przykrym początku" i "Gabinecie gadów". Ilu krewnych można wynaleźć i po jak dalekiej kądzieli oni będą, jeżeli schemat będzie się powtarzał jeszcze przez kilkanaście tomów?
Tartak tortur
Lemony Snicket
Seria niefortunnych zdarzeń (tom 4)
Czwarta powieść Serii Niefortunnych Zdarzeń i czwarta oparta na tym samym schemacie - dzieciaki trafiają do kolejnego krewnego (skąd oni się biorą, skoro w "Przykrym początku" było powiedziane, że to hrabia Olaf jest tym jedynym krewnym?), a grono skretyniałych dorosłych nie ogarnia rzeczywistości na poziomie podstawowym, tylko biedne sieroty kumają czaczę + "sprytny" Olaf. Bardzo nie lubię schematów, mam nadzieję, że seria nie składa się z 13 opowieści zbudowanych na tym samym szkielecie fabularnym, bo nie zdzierżę.




To tyle na dzisiaj, przyjaciele. W odrębnym poście zamieszczę krótkie recenzje wszystkich komiksów o Tytusie, Romku i A'tomku, jak tylko wszystkie przeczytam, na razie jestem na księdze XIX.

Wielka Gra

Nowy rok nastąpił, wypada go więc rozpocząć recenzją powieści czytanej na przełomie dwóch lat.
Była Wielka Gra rosyjsko-brytyjska na froncie azjatyckim w XIX wieku, jest i teraz Wielka Gra geopolityczna, w której światowe mocarstwa ścierają się o swoją rolę w Nowym Porządku. Jeżeli ktoś nie wie, o czym piszę, to odsyłam np. do wykładów Jacka Bartosiaka na YT, gdzie ten uznany geopolityk wskazuje, że wszelkie konflikty na Bliskim Wschodzie, inwazja muzułmańska na Eurokołchoz, tzw. wojna na Ukrainie, to wszystko i wiele innych większych lub mniejszych wydarzeń, to tak naprawdę echa narastającego konfliktu o panowanie nad światem, panowanie nad morzami, a co za tym idzie nad gospodarką światową, bo gospodarka światowa to głównie gospodarka morska. Gambit, partia szachów, w której narody i państwa pełnią rolę pionków na szachownicy, a rolę królów i królowych przypadają dla największych mocarstw (Eurokołchoz w tym układzie należałoby traktować zarówno jako poszczególne części składowe, jak i całość, ale może nie będę teraz wnikał). 
Czytając "Trupią otuchę" wizja aktualnych geopolitycznych szachów pomiędzy Rosją, Chinami, USA nakładała mi się na "nieszkodliwą" partyjkę szachów między dwoma królami rozdania*, a resztą pionków-bohaterów. To jest właśnie Wielka Gra, z jednej strony o prestiż, o to kto jest większym kozakiem wśród wampirów**, na drugiej szali życie bohaterów, ot błahostka. 
Dan Simmons kreśli wizję świata, w którym pewne jednostki wyposażone w unikatowe skile polegające na przejmowaniu kontroli nad umysłami innych ludzi, pozbawiają człowieka autonomii, czynią z niego zombie na usługach. Do walki z tymi wampirami stają polski Żyd, młoda Murzynka i otyły szeryf z Charleston oraz murzyński gang z Filadelfii, przeciwko sobie mając jednych z najpotężniejszych i najbogatszych ludzi na świecie, którzy w dodatku mogą ich kontrolować. 
Co prawda "Trupia otucha" nie wyrasta ponad swój gatunek (thriller z elementami grozy), niemniej rzadko spotyka się akcyjniaka tak świetnie dopracowanego w szczegółach oraz potrafiącego trzymać w napięciu przez niemal tysiąc stron. Na szczególną uwagę zasługuje kreacja bohaterów u Simmonsa, jest ich tutaj kilkunastu, a każdy jest wyrazisty i odznacza się swoją indywidualnością. Dotyczy to nie tylko wyżej opisanych bohaterów, ale przede wszystkim wampirów, Barent, Harod, Oberst, Sutter, czy Melanie wymiatają, jeśli idzie o charakterystykę postaci. Co więcej Simmons umiejętnie rozwija swoich bohaterów na przestrzeni tych tysiąca stron.
Oprócz postaci także fabuła trzyma równy, wysoki poziom, a są momenty wręcz wgniatające fotel (cała akcja w Germantown i Grumbelthorpe) czy genialnie klimatyczne (partia szachów we wspomnieniach wojennych Saula). Jest też trochę wątków związanych z Polską (Chełmno, Sobibór, Łódź), główny bohater kilka razy przeklina po polsku (jestem ciekaw, czy w oryginale faktycznie było przekleństwo po polsku). W każdym razie robi wrażenie konsekwencja i pieczołowitość Dana Simmonsa w wykonaniu swojej koncepcji fabularnej, nic tu nie jest pozostawione przypadkowi, zwłaszcza autor stara się wyjaśnić szczegółowo "wampiryzm" od strony naukowej. 
Jest tu oczywiście kilka drobnych niedociągnięć, nie zmienia to jednak faktu, że "Trupia otucha" to wyśmienita porcja rozrywki, zapewniająca także gorzką refleksję nad otaczającym nas światem. 
Grumbelthorpe, Germantown w Filadelfii
Fan-art do powieści
Inny fan-art
* nie będę zdradzał o kogo chodzi, żeby nie psuć lektury
** jak wynika z treści książki, określenie to jest tak naprawdę nieco mylące :)

sobota, 26 września 2015

Skrót za siatkę cz.11 - czytelnicze podsumowanie lata

Poniżej zebrane recenzje z okresu wakacyjnego. Ułożone są w kolejności przypadkowej, kopiuj-wklej z LC.

Z Archiwum X (tom 2)

Żywiciele
Jeżeli zaletą "Wyznawców" był klimat i całkiem niezła kreska oddająca obraz postaci serialu, przy zasadniczym braku innych zalet, tak "Żywiciele" nie mają nawet tego. Fatalna kreska (przede wszystkim Carlosa Valenzueli), która sprawia że Fox Mulder i Dana Scully nie wyglądają jak znani nam Mulder i Scully, odbiera historii jakikolwiek klimat. Inne postaci także nie przypominają samych siebie.
Do tego dochodzi fakt, że "Żywiciele" to tak naprawdę kilka odrębnych, niepowiązanych historyjek, które w dodatku sprawiają wrażenie prologów do czegoś większego, jakby były swego rodzaju zajawką, viralową promocją powstającego reboota serialu.
"Żywiciele" - najlepsza historyjka w tym zbiorze, ale to już było (odcinek "Host", sezon 2 odc.2); pojawia się tu kilka niejasności, a wątek ukraiński totalnie chybiony i nieświeży; żywiciele zachowują się w komiksie jak ludzie, a kto pamięta świetny odcinek "Host", to wie, że te stworki były co najwyżej humanoidami, przepoczwarzonymi przywrami, ale bez cech ludzkich. Smutna niekonsekwencja.
"Mr. X" - potem jest epizod z mr. X-em, który nie wygląda jak Mr.X (gdyby nie X na szybie okna, to bym się nie domyślił, że to kultowy murzyn). Historyjka zupełnie nieczytelna, nawet dla takiego fana serialu jak ja, retrospekcje, jakaś akcja z zabijaniem dzieci w szkołach, palacz, Deep Throat, pewnie to ma być odcinek mitologiczny, ale nic z tego nie zrozumiałem. 
"Szczebioczący bóg" - tu się pojawia zalążek klimatu i autentycznej grozy, gdyby tylko ktoś pokusił się o wyjaśnienie, o co w ogóle biega. A tak mamy robale, mamy Scully w zagrożeniu, tylko nie wiadomo, co, z czego i dlaczego się dzieje w tym epizodziku.
"Wspomnienia Palacza" - czyli jak to się stało, że Mulder jest jego synem. Pozbawione głębi, schematyczne i nic z niego nie wynika. Na koniec pojawia się jakiś kolo w okularach, który siłą kinezy powala palacza i daje mu do zrozumienia kto tu rządzi. 
Koniec komiksu i wielkie WTF dla tego półproduktu, z którym właśnie miałem do czynienia.

Letarg
Thomas Enger
Cykl: Henning Juul (tom 1)
Słaba powieść, słaby początek cyklu. Jako kryminał - niewiarygodna, jako obyczajówka - poprawna politycznie, jako coś innego - zwyczajnie nudne. 
Zainteresowałem się "Letargiem" z uwagi na poruszony motyw prawa szaria z punktu widzenia Skandynawa. Niestety wątek ten został wykorzystany karygodnie, z typową dla tamtego regionu poprawnością polityczną, ostatecznie bowiem intryga została rozpisana jako dramat rodzinny rdzennych Norwegów, a wątek szaria został zakończony banalnym stereotypem że "nie wszyscy muzułmanie są fundamentalistami", zapominając o tym, że sam islam ze swej natury jest religią fundamentalistyczną. Poprawność polityczna, czyli pełzająca cenzura, do wyrzygania. Słaby, nijaki początek kariery pisarskiej Thomasa Engera.

Bóle fantomowe
Autor: Thomas Enger
Cykl: Henning Juul (tom 2)
Jest lepiej niż w "Letargu", ale to nadal mocno przeciętna pozycja. Enger poprawił warsztat, lepiej wygląda też intryga, bohaterowie też sprawiają wrażenie bardziej wiarygodnych. Szkoda tylko że "Bóle fantomowe" to element większej całości, Enger przez ponad połowę książki prowadzi wątek, który ostatecznie nie doczekuje się wyjaśnienia! To oznacza, że omawiana powieść nie ma samodzielnego charakteru, a odpowiedzi należy szukać w kolejnych zapowiedzianych czterech książkach, z których trzy jeszcze nawet nie powstały. Bardzo tego nie lubię, takiej manipulacji czytelnikiem i za to, za karę, obniżka oceny.



Późne lato
John Crowley
Mamerkus poleca!
Wspaniała, zapadająca w pamięć, metafizyczna przypowieść. Uczta wyobraźni. John Crowley stworzył dzieło sztuki, unikatową wizję postapo, jakże różną od literackiej mizerii Hugh Howeya. 
Ciężko napisać o "Późnym lecie" coś konkretnego i nie popaść w banał. Jest to opowieść pełna ukrytych i jawnych znaczeń, alegorii i prostych prawd, podziałów dychotomicznych i podziałów nieskończonych, światłości-mroku, życia-śmierci, lata-zimy, niespełnionej miłości oraz poszukiwania tajemnic, sensu własnego istnienia, poszukiwaniu siebie. A jednak same banały popisałem. To może inaczej - na początku pojawia się cytat z Kafki, w którym zawiera się całe multum znaczeń "Późnego lata":
"Gdybyś słuchał przypowieści, sam zmieniłbyś się w przypowieść; to dobry sposób, by uniknąć wszelkich codziennych trosk.
Drugi rzekł: Gotów jestem iść o zakład, że i to zdanie jest przypowieścią.
Pierwszy odparł: Wygrałeś.
Drugi stwierdził: Niestety, jedynie w przypowieści.
Pierwszy na to: Nie, w rzeczywistości. W przypowieści poniosłeś klęskę."
Idealna lektura na schyłek lata, kiedy umysł człowieka zaczyna pokrywać mrok na atawistyczną myśl o zbliżającej się zimie. I to zakończenie, jedno z najlepszych, jakie miałem okazję przeczytać we współczesnej literaturze, perfekcyjnie podsumowujące koncepcję powieści.
PS Z uwagi na swoją oryginalną, działającą na wyobraźnię treść powieść Crowleya idealnie nadaje się do wydania w Uczcie Wyobraźni, sztandarowej serii wydawnictwa Mag. Zastanawiam się, czy pan Andrzej Miszkurka, podobno prywatnie fan Crowleya, wyda coś w UW, może legendarne "Endless things", które do tej pory nie doczekało się polskiego wydania?

Zmiana
Hugh C. Howey
Nie mogłem skończyć tego badziewia przez 2 miesiące, zmęczyłem siłą woli. Przerażająco nudne, rozwleczone, miałkie intelektualnie, wręcz infantylne, z kiepsko rozpisanymi, nieciekawymi bohaterami i jeszcze gorzej rozpisaną fabułą, zaś zaproponowany koniec świata to kuriozum jakiego w postapo jeszcze nie czytałem. Wątek miłosny z kolei to mokry sen 12-latka. Szkoda że takie badziewia rozpychają się na rynku i wypierają wartościową literaturę typu zapomniany na naszym rynku John Crowley.




Węże
Guy N. Smith
Sam temat nie jest zły, ale wykonanie Smitha tragiczne. Powieść napisana bez ładu, składu i większego sensu. Suspens podany na tacy jak mięsny jeż, bohaterowie gorzej rozpisani niż w "Trudnych sprawach", fabuła zaginęła w odmętach umysłu autora, co razem daje jedną z najgorszy rzeczy, jakie w życiu dane mi było czytać.
Ale, "Węże" mają jedną, niewielką wartość - kilka interesujących wiadomości zoologicznych (mangusty i poszczególne rodzaje węży).






Gabinet gadów
Lemony Snicket
Cykl: Seria niefortunnych zdarzeń (tom 2)
Dawno temu przeczytałem "Przykry początek" i po lekturze "Gabinetu gadów" mam podobne jak wtedy wrażenia. Fajna, dojrzała, specjalnie pesymistyczna i dołująca lektura, gdzie dorośli to źli lub dobroduszni kretyni, a dzieciaki są sprytniejsze niż ustawa przewiduje. Strasząc i dołując - uczy. Jest to równie niezrozumiałe, co psychodeliczne Teletubisie dla niemowlaków, tyle że w tym pozornym szaleństwie jest metoda Lemony Snicketa na wyrobienie w dzieciakach zaradności (Wioletka), pociągu do wiedzy (Klaus) oraz braku strachu przed ogromnym światem (Słoneczko).
Mnie się to fajnie czyta, jak makabryczną historię z mruganiem okiem do czytelnika. Nie widzę tu nic zdrożnego dla dzieci, a i dorosły znajdzie coś dla siebie, jeśli tylko podejdzie do lektury z odpowiednim dystansem.

Carnosaur
Harry Adam Knight
"Park kredowy". Tak powinien brzmieć tytuł tej powieści, bo zwyczajnie chodzi tu o stworzenie szeregu dinozaurów z tego okresu geologicznego. Harry Adam Knight nie trafił z tytułem, a także z położeniem akcji. Innymi słowy uprzedził Michaela Crichtona ale to Crichton wpadł na lepszy pomysł wykorzystania potencjału dinozaurów i stworzył swój "Park jurajski". Być może właśnie te elementy oraz nieco zbyt szybko zakończona akcja spowodowały, że "Carnosaur" tkwi aktualnie na półce z tanimi horrorami gore, a nie z thrillerami. 
Bo tak poza tym, to jest dobra rzecz. "Carnosaur" Harry'ego Adama Knighta to klasyczny przykład niezłej powieści, która została niesprawiedliwie potraktowana i zapomniana. Przygotowany byłem na kichę w stylu Guya Smitha, a tu proszę, spotkała mnie miła niespodzianka. Konkretna, trzymająca się kupy fabuła bez żadnego lania wody, mięsista historia, wiarygodne i nie przegadane uzasadnienie pojawienia się dinozaurów, fajna, choć nieco zbyt krótka akcyjka. Jest kilka fajnych, klimatycznych momentów jak atak dinozaurów na miasteczko, są fajne dinozaury (jak deinonychus, krewniak raptorów, czy tarbozaur, kuzyn tyranozaura).

Czerwone koszule
John Scalzi
Hugo za coś takiego? Serio? Banalna, pozbawiona polotu historyjka, stanowiąca misz masz wszystkiego ze wszystkim, w gruncie rzeczy taka efektowna wydmuszka, której w trzech epilogach Scalzi próbował nieudolnie nadać metafizycznej głębi na poziomie gimnazjum. Dobrze się to czyta, ale niestety nic ponadto, humoru w zasadzie brak. W sumie to zawiodłem się, bo Scalzi w "Bożych napędach" rozwala system stężeniem epy i wciągającej fabuły, a "Czerwone koszule" są lajtowe i od momentu odkrycia wielkiej tajemnicy zwyczajnie nużą.
Najśmieszniejsza jest ta okładka, sugerująca czytelnikowi zupełnie coś innego, niż w rzeczywistości otrzymuje. Aż mam ochotę zaspojlerować, żeby unaocznić potencjalnym ofiarom, z czym mogą mieć do czynienia.


                                                                            Las
Guy N. Smith
Gorące lato trwa, można sobie pozwolić na odrobinę literackiej szmiry. Jestem na tyle przekornym czytelnikiem, że staram się czytać wszystko, nie tylko to, co osobiście lubię najbardziej. Dzięki temu nie zrobiły na mnie wrażenia takie przereklamowane badziewia jak "Amerykańscy bogowie", czy też "Miasto ślepców", z kolei pozwoliło mi to odkryć kilka wybornych, przemilczanych dzieł jak "Odwet oceanu" Schatzinga, a przede wszystkim genialne "Źródło Mamerkusa" Leszka Białego.
Tak więc przeczytałem sobie "Las" jednego z największych tandeciarzy w historii literatury. I co? Na pewno jest lepsze od "Miasta ślepców", ale to akurat żaden sukces. Jest też ta nowelka odrobinę strawniejsza od "Węży", które mi stanęły i potrzebna była lewatywa w postaci "Braci Hioba". "Las" ma jakąś tam fabułę, jakichś tam bohaterów, którzy jakoś tam podążają z punktu A do punktu Z, po drodze nie błądząc w zakamarkach Ą, czy Ę. Innymi słowy "Las" jest na dnie, ale nie puka od spodu. 

Schismatrix
Bruce Sterling
Dziwna, bardzo specyficzna powieść. Przez długi czas nie mogłem znaleźć sensu w ekstrapolacjach autora, "Schismatrix" składała się dla mnie głównie z orgii cyberpunkowych pomysłów na przyszłość ludzkości w kosmosie. Łatwiej odpowiedzieć na pytanie, czego tu autor nie wcisnął, tymczasem bohaterowie, fabuła, czegoś takiego w klasycznym znaczeniu tutaj nie ma. Jest co prawda główny protagonista Abelard Lindsay, ale nie można powiedzieć, że jest to żywy bohater, raczej archetyp idei, które Sterling przemyca na karty "Schismatrixu".
Na szczęście gdzieś w 2/3 objętości powieści skończyły się moje męczarnie (do tego czasu książką dławiłem się przez miesiąc kawałek po kawałeczku) i zajarzyłem zamysł autora. Poprzez potop cyberpunkowej technologii na przestrzeni ponad 200 lat oraz w oparciu o losy głównego bohatera Sterling kreśli dosyć prostą w założeniu perspektywę rozwoju ludzkości na linii technologia - człowieczeństwo. Z tego punktu widzenia wizja autora wydaje się być intrygująca w szczególności, szkoda tylko że jest podana w nieumiejętny i ciężki w odbiorze sposób. To nie tyle trudna materia tylko kiepski warsztat samego pisarza (może to też kwestia tłumaczenia) decyduje o tym, że "Schismatrix" to nie jest zbyt udana pozycja s-f np. samo pojęcie Schismatrix pojawia się ni z tego ni z owego gdzieś w okolicach 230 stron i nie jest do końca wyjaśnione do czego się odnosi, czytelnik może się tylko domyślać. Niemniej warto się z tą oryginalną powieścią Sterlinga zapoznać, jest to coś innego, w szczególności w porównaniu z jednostajną, infantylną papką zalewającą rynek literatury fantastycznej.
PS Opis okładkowy niestety krzywdzi książkę, przygotowuje czytelnika na swego rodzaju space operę, a tymczasem bliżej "Schismatrixowi" do traktatu politycznego.

Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia
Ian R. MacLeod
Seria: Uczta Wyobraźni
O jakości nowel zamieszczonych w tym omnibusie niech świadczy to, że niczego już nie pamiętam, a czytałem je najdalej dwa tygodnie temu. Wszystkie są miałkie, pozbawione głębszej refleksji, czyta się je beznamiętnie i równie beznamiętnie o nich zapomina. To duża sztuka, biorąc pod uwagę, że Macleod włożył sporo pracy w budowę świata przedstawionego np. w takim "Tchoroście". Być może problem polega na tym, że nie wiadomo, jaki jest motyw przewodni tych opowiadań, po co one w ogóle powstały, co chciał autor przekazać za ich pośrednictwem. W takiej "Fatalnej laluni" tytuł zawiera w sobie wszystko, samo opowiadanie to jedyne jego rozwinięcie, nie ma tam zaskoczenia, nie ma dynamiki, jest tylko nużąca historyjka o tym, jak to pewna starsza pani wspomina bycie fatalną lalunią w czasie wojny. Podobny problem jest ze wszystkimi nowelami, które zostały oparte o ten sam schemat ni to wspomnień, ni to biografii, podsumowania dorobku życiowego, mitu, czy legendy. Mało dialogów, dużo opisów w stylu "Nad Niemnem", uzupełnione refleksjami głębokimi jak przydrożna kałuża. Słabizna, ledwo zmęczyłem i musiałem sobie zrobić dłuższą przerwę przed powieścią. Ocena nowel 3/10
Powieść "Obudź się i śnij" nie jest jakaś rewelacyjna, ale w odróżnieniu od wcześniejszych nowel jest dynamiczna, główny bohater i postaci drugoplanowe podążają z punktu A do punktu Z, po drodze odkrywając tajemnicę całej fabuły, a czytelnik podąża wraz z nimi czerpiąc czytelniczą przyjemność z tego faktu. Dobrze się to czytało. Na minus infantylny zabieg uczynienia bohaterem jednej z ikon Hollywoodu, tymczasem poza imieniem i nazwiskiem oraz raz po raz podkreślanymi cechami fizjonomii słynnego aktora (odstające uszy i krzywe zęby) niewiele czytelnik dowiaduje się o jego życiu wewnętrznym. Na plus rehabilitacja zapomnianej eterycznej blondynki Peg Entwistle, przedstawionej tutaj jako niespełniona miłość Gable'a.
No ale ok, to tylko takie bajery pod publiczkę, sama powieść jest jak na Macleoda dobra, nieco inna niż jego dotychczasowe dzieła. Jest tutaj tempo, jest tajemnica utkana w lekkim klimacie noir, jest po prostu ciekawie, nie ma snucia się bohaterów po fabule. Ocena powieści 7/10.

Trzech panów na włóczędze
Jerome K. Jerome
Niby wszystko jest ok, niby nadal ten sam absurdalny humor rodem z najlepszej angielskiej szkoły humoru, są momenty wręcz genialne, które niżej zacytuję, tyle że czegoś cały czas mi brakowało, nie było już takiej beki jak przy "Trzech panach w łódce". Próbowałem dojść do tego podczas lektury i wyszły mi następujące koncepcje: 1) odgrzewany kotlet to odgrzany kotlet, nie ma już tej świeżości, albo 2) anegdotki o Niemcach są mniej zabawne niż anegdotki o Anglikach, albo 3) może to kwestia tłumaczenia, miałem momentami wrażenie, że przekład nie daje rady, 4) sam humor Klapki jest zwyczajnie gorszy aniżeli w jego kultowej powieści, albo też 5) (co niejako może się wiązać z 4) pan Klapka dwadzieścia lat później jest już innym człowiekiem i siłą rzeczy jego humor jest też inny, bardziej dojrzały, podszyty pewną gorzką ironią?, smutkiem? ten humor wydaje się po prostu mniej śmieszny, bardziej refleksyjny, a może po prostu 6) zabrakło psa 7) ... i łódki. 
Żeby nie było że tylko psioczę i tworzę doktorat z dywagacji czym się różni humor w poszczególnych powieściach Klapki, "Trzech panów na włóczędze", mimo że gorsze od genialnych "Trzech panów w łódce", to nadal zjada na śniadanie większość tego typu opowieści, które powstały wcześniej i później. Tytułem przykładu kilka cytatów:
"(...) Postanowiliśmy zadowolić się przejażdżką po mieście głównie dlatego, że to, co widać w Berlinie, okazuje się piękniejsze gdzie indziej. Portier z hotelu przedstawił nam dorożkarza, pod którego przewodnictwem, jak nas zapewnił, powinniśmy zobaczyć wszystko, co godne obejrzenia, w jak najkrótszym czasie. Człowiek, który przyjechał po nas o dziesiątej rano, był
taki, jaki powinien być - bystry, inteligentny i dobrze poinformowany. Jego niemiecki był łatwo zrozumiały i znał trochę język angielski, którym się czasem posługiwał. Sam ten człowiek nie miał żadnych wad, ale jego koń był najbardziej obojętnym bydlęciem, za jakim zdarzyło mi się siedzieć. Poczuł do nas niechęć, kiedy tylko nas zobaczył. Po moim pierwszym wyjściu z hotelu zmierzył mnie z góry na dół zimnym, szklanym wzrokiem, potem spojrzał na drugiego konia, swojego przyjaciela, który stał naprzeciw. Wiem, co powiedział. Miał bardzo wyrazisty łeb i nawet nie próbował ukryć swoich
myśli. Oto, co powiedział:
- Zabawne rzeczy zdarzają się latem, prawda?
W następnej chwili wyszedł George i stanął za mną. Koń znowu odwrócił głowę i popatrzył na nas. Nigdy nie widziałem konia obracającego głową jak ten. Widziałem żyrafę, która zwracała uwagę, wyczyniając sztuczki ze swoją szyją, ale to zwierzę było bardziej podobne do koszmaru sennego po zakrapianym dniu w Ascot, po obiedzie z sześcioma starymi kumplami. Gdybym zobaczył jego oczy
patrzące na mnie pomiędzy tylnymi nogami, wątpię, czy byłbym zdziwiony. Wydawał się bardziej rozbawiony George'em niż mną. Znowu obrócił się do przyjaciela.
- Nadzwyczajny, nieprawdaż - zauważył. - Przypuszczam, że gdzieś musi być miejsce ich hodowli. - A potem zaczął liczyć muchy na swojej lewej łopatce. Zacząłem się zastanawiać, czy czasem nie stracił w młodości matki i nie został wychowany przez kota.
George i ja wsiedliśmy do dorożki, czekając na Harrisa, przyszedł moment później. Osobiście sądzę, że wyglądał raczej schludnie. Miał na sobie biały, flanelowy garnitur, który przeznaczył specjalnie do jazdy na rowerze w gorące dni. Jego kapelusz mógł się wydawać nieco niezwykły, ale dobrze chronił od słońca. Koń, spojrzawszy na niego, powiedział: „Gott in Himmel" tak wyraźnie, jak tylko koń może powiedzieć, i ruszył wzdłuż Friedrich Strasse szybkim kłusem, zostawiając Harrisa i dorożkarza na chodniku. (...)" rozdział 6 str. 108
"(...) w Niemczech większość ludzkich wad i głupoty ginie jako błahostki w porównaniu z ogromem winy, jaką stanowi chodzenie po trawie. Nigdzie, w żadnych okolicznościach i nigdy nie możesz w Niemczech chodzić po trawie. Trawa jest tam prawdziwym fetyszem. Położenie stopy na niemieckiej trawie może być tak wielkim świętokradztwem jak taniec na mahometańskim dywaniku modlitewnym. Prawdziwe psy szanują niemiecką trawę. Żaden niemiecki pies nie może marzyć o położeniu na niej łapy. Jeśli w Niemczech widzisz psa pędzącego po trawie, z całą pewnością jest to pies jakiegoś niezbyt obytego obcokrajowca. W Anglii, kiedy nie chcemy wpuścić gdzieś psów, stawiamy drucianą siatkę wysoką na sześć stóp, z kolcami na wierzchu. W Niemczech stawia się na środku tabliczkę z ogłoszeniem: „Hunden
verboten", a pies, który ma niemiecką krew, patrzy na tę tabliczkę i odchodzi daleko. Pewnego razu widziałem w niemieckim parku, jak ogrodnik stąpał ostrożnie po trawie w filcowych butach i przeniósł stamtąd chrząszcza, umieszczając go łagodnie, lecz stanowczo na żwirze, po czym
czuwał surowo nad owadem, patrząc, czy nie próbuje wracać na trawę, a chrząszcz, który wyglądał na trochę zawstydzonego, szedł pospiesznie rynsztokiem i skręcił na ścieżkę oznaczoną Ausgang.(...)" rozdział 9 str. 157
"(...) Niemiecki obywatel jest żołnierzem, a gliniarz jego oficerem. Na ulicy policjant kieruje nim, gdzie ma iść i jak szybko. Na początku każdego mostu stoi policjant, aby pouczyć Niemca, jak ma go przekroczyć. Gdyby nie było tam gliniarza, prawdopodobnie obywatel usiadłby i czekał, aż rzeka go minie.(...)" rozdział 14, str. 231

Teatrzyk Zielona Gęś... Ma zaszczyt przedstawić w formie komiksu osiem odsłon
Konstanty Ildefons Gałczyński
Bardzo dobra kreska oddająca absurdalność historyjek Gałczyńskiego, tylko dlaczego tylko osiem skeczy, łącznie jedynie 76 stron komiksu? Zanim się wciągnąłem, to już był koniec, jeszcze dobrze nie liznąłem, a lód już się skończył. Teatrzyk w formie komiksu super, pozostaje spory niedosyt.

Czarne minuty
Martin Solares
Facet napisał jedną, jedyną powieść, a jej główną zaletą jest przedstawienie polskiemu czytelnikowi egzotycznego świata społecznego Ameryki Łacińskiej. Policji przeżartej korupcją, władzy toczonej nepotyzmem i kolesiostwem. "Czarne minuty" to nie piękna nowelka w stylu Luz Marii, tutaj życie społeczne toczy rak hipokryzji. Nie o intrygę kryminalną tu idzie, śledztwa praktycznie nie ma, bo też ślady są oczywiste, a sprawca nawet chce być złapany. "Czarne minuty" to życie społeczne Meksyku w pigułce.
Niezła rzecz, chociaż mogła być lepsza. Powieść wciąga, czyta się świetnie, niestety Solares nie ustrzegł się typowych błędów debiutanta, "Czarne minuty" są momentami chaotyczne, zdarzają się długaśne mielizny fabularne, opowieść dryfuje jak chce, mrowie bohaterów się miesza i nie do końca momentami wiadomo kto jest kim i co się w ogóle dzieje, do tego oryginalny podział fabularny na dwie linie czasowe też nie sprzyja przejrzystości. Niemniej fajnie, że ta książka się w Polsce ukazała, wydawnictwo Czarne obrało ciekawy kierunek zamiast tych oklepanych już do bólu kryminałów skandynawskich, oby coś jeszcze z tamtego regionu świata się u nas ukazało.

Fistaszki zebrane 1967-1968
Charles M. Schulz
Fistaszki, co tu dużo pisać. Po prostu klasyka, Garfieldy i inne komiksy paskowe się mogą schować. Któż nie kocha Snoop'yego, nie cierpi paskudnej Lucy, nie współczuje pechowemu Charliemu, czy też nie kibicuje jego wiecznie przegrywającej drużynie baseballowej, która w końcu wygrywa, gdy nie ma w jej składzie Charliego. 
Miałem okazję przeczytać paski z lat 1967-1968 i już nie mogę się doczekać, kiedy wpadnie w moje ręce kolejny tom Fistaszków.

Chimera
Stephen Gallagher
Gallagher to pisarz, który zrobił na mnie zaskakująco pozytywne wrażenie, kiedy byłem gówniarzem i zaczytywałem się w Higginsach i Mastertonach. Sprzedawanego w ramach serii Amber - sensacja przede wszystkim kojarzę z cienia autentycznego strachu wywołanego lekturą jego powieści, jego powieści były lepszymi horrorami niż np. dzieła takiegoo Herberta. Takie w każdym razie mam wspomnienie z dzieciństwa. 
Odświeżyłem sobie ostatnio Mastertona i Guya Smitha, to i postanowiłem sięgnąć Gallaghera i srodze się rozczarowałem. Nie pamiętam, czy czytałem kiedyś "Chimerę", ale mam nadzieję, że to nie ta powieść była źródłem moich pozytywnych wspomnień. To, co rzuca się w oczy to fakt, że nie wiadomo, co jest myślą przewodnią "Chimery". Przez pierwszą połowę absolutnie nic się nie dzieje, bohaterowie snują się z kąta w kąt szkockiej prowincji, jakby Gallagher desperacko pragnął wejść w szranki z polską kinematografią. Potem nagle z czapy pojawia się niby romans, który nagle znika, potem chyba główny bohater zamienia się w młodego Jamesa Bonda. Na łamach krótkiej powieści pojawia się mrowie bohaterów, którym Gallagher poświęca mnóstwo miejsca, bezcennie rozpychając objętość powieści ponad przepisowe 200 stron. Całość podlana jest sosem wysoce wątpliwych moralnie działań poszczególnych postaci, co do których Gallagher nie podejmuje żadnych refleksji. Dreszczyk strachu? Jest może w dwóch sytuacjach. Wszystko kończy się nagle i nie wiadomo, czy miała być kontynuacja, czy jak, w każdym razie mam takie poczucie, że w sumie fajnie się czytało, tylko dlaczego to takie słabe.

Bracia Hioba
Rebecca Gablé
Rebecca Gable i Elżbieta Cherezińska. Dwie pisarki, które obrały tematykę średniowieczną, obydwie samouki i własnym asumptem tworzące powieści historyczne. Jedna czyni to sprawnie, druga tworzy niestrawne kupsztale.
"Bracia Hioba" to całkiem fajne, napisane ze swadą czytadełko. Gable wykorzystuje fakty historyczne i zgrabnie wplata je w wymyśloną przez siebie opowieść o grupie społecznych wyrzutków, chorych psychicznie i zdeformowanych, którzy tworzą coś na kształt wykoślawionej drużyny pierścienia. Fabuła trąci lekko operą mydlaną, niemniej Gable naprawdę stara się oddać realia epoki (np. rola religii w życiu politycznym). Co prawda nadal daleko jej do genialnego "Źródła Mamerkusa" Leszka Białego, ale jest ciut lepiej niż w "Filarach Ziemi" Folletta, a w ogóle Gable deklasuje Cherezińską. Specjalnie porównuję ją do Cherezińskiej, która zastosowała ten sam zamysł literacki w "Grze w kości" (stworzenie fikcji literackiej w oparciu o znane i przełomowe fakty historyczne), tylko że Cherezińskiej wyszło coś tak okropnego, o czym przyzwoici ludzie nie powinni rozmawiać. Pisałem zresztą o tym przy recenzji "Gry w kości".
Tymczasem "Bracia Hioba" autentycznie wciągają, fabuła i historia się płynnie i wiarygodnie zazębiają, a sami bracia Hioba są przesympatyczni, z super wątkiem króla Edmunda na czele. Widać, że Gable ma smykałkę i talent do pisania powieści historycznych. Szkoda tylko że nie uniknęła kilku rozwiązań m.in. niepotrzebnie wyjaśniała do końca wątek króla Edmunda, mogła to przemilczeć i pozostawić intrygujące niedopowiedzenia. Ale i tak jest świetnie, 880 stron zbitej lektury, a w ogóle tego nie czuć (no może poza wagą książki).