wtorek, 27 maja 2014

"Na straży Świata czarownic" ocena 8/10 (tomy 26-27) - zamknięcie cyklu

"Na straży Świata czarownic" tom 26 
"Zamknięcie bram" tom 27
Na wstępie koniecznie muszę zwrócić uwagę na największy skandal wydawniczy, z jakim się w życiu spotkałem. Często zdarza się w naszym kraju, że utwór nie jest wydawany w formie adekwatnej do zamierzenia autora. Nagminnie zjawisko to można było obserwować w latach 90-tych, gdzie wolny rynek książki dopiero się kształtował, a liderem w wydawaniu książek "po łebkach" było wydawnictwo Amber (np. genialny "Hyperion" został wydany sztucznie w dwóch tomach). "The warding of witch world" Andre Norton to zamknięta, integralna całość, takie było zamierzenie autorki i taki jest zakres jej autorskich praw osobistych do tego utworu. Zgodnie bowiem z art.16 ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o ochronie praw autorskich i prawach pokrewnych autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i niepodlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do nienaruszalności formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania. Prawo to jest nazywane prawem do integralności utworu. Sensem tego przepisu jest pozostawienie pełnego prawa kształtowania formy utworu jego twórcy. Poszanowaniu tego naturalnego prawa służy także art. 49 ust. 2 tej ustawy, zakazujący następcy prawnemu, choćby nabył całość autorskich praw majątkowych, czynić zmian w utworze - bez zgody twórcy. Zewnętrzna ingerencja w formę jest dopuszczalna tylko wtedy, gdy spełnione są równocześnie dwa warunki: zmiany są spowodowane oczywistą koniecznością oraz twórca nie miałby słusznej podstawy im się sprzeciwić (np. oczywiste błędy merytoryczne lub techniczne). Jeżeli publiczne udostępnienie utworu następuje w nieodpowiedniej formie albo ze zmianami, którym twórca mógłby się słusznie sprzeciwić, może on po bezskutecznym wezwaniu do zaniechania naruszenia odstąpić od umowy lub ją wypowiedzieć, zachowując prawo do wynagrodzenia określonego umową. 
Należy w tym miejscu podkreślić różnicę pomiędzy prawami osobistymi do utworu (m.in. prawo do jego integralności), a prawami majątkowymi. Wydawnictwo kupując utwór nabywa do niego tylko prawa majątkowe, w dodatku strony takiej umowy określają ściśle pola eksploatacji utworu (tutaj to może być np. prawo do wydania powieści w języku polskim i na rynku polskim, ale już niekoniecznie na rynku czeskim). "The warding of witch world" został wydany w naszym kraju w 1997 roku, co jednoznacznie wskazuje, że wydawnictwo Amber było już zobowiązane do stosowania ww. przepisów ustawy. Tymczasem Amber nie tylko sztucznie podzielił powieść na dwie części ("Na straży świata czarownic" kończy się w środku akcji dotyczącej uwięzienia Kethana w jednym z ognisk złej mocy), to nadto od początku "Zamknięcia bram" Amber rozpoczął od nowa numerację rozdziałów! Jest to skandaliczne naruszenie integralności formalnej utworu (zmiana numeracji rozdziałów), z drugiej zaś ingerencja w jego treść (rozdzielenie na dwa tomy w środku konkretnej akcji). Nie należy przy tym zapominać o innych rzeczach jak m.in. interes polskiego czytelnika, który zwyczajnie głupieje, kiedy fabuła kończy się nagle w środku akcji i musi czekać kilka miesięcy, aby wydawca łaskawie wydał dokończenie integralnej powieści lub też, patrząc w skali makro, spadek zaufania czytelnika do polskiego rynku książki lub nawet odchodzenie z niego czytelników. Konsekwencje skandalicznych praktyk mogą być dalekosiężne. W związku z tym, że ochrona autorskich praw osobistych jest nieograniczona w czasie, spadkobiercy Andre Norton mogliby skutecznie dochodzić od wydawnictwa Amber roszczeń wynikających z naruszenia integralności "The warding of the witch world". 
Z wyżej wymienionych powodów, niezależnie od bandyckich metod wydawniczych polskiego wydawcy, recenzowane dzieło Andre Norton należy oceniać jako jedną, zamkniętą całość. Dlatego w dalszej kolejności, dla zaznaczenia, że moje uwagi odnoszą się do jednolitej powieści, będę posługiwał się angielskim tytułem "The warding of witch world". Tyle tytułem przydługiego wstępu.

"The warding of witch world" stanowi epickie zakończenie całego cyklu. Powieść zbudowana jest jakby na zasadzie wcześniejszych kronik świata czarownic - składa się z trzech prologów, które następnie rozwijają się w trzy odrębnie prowadzone opowieści, pomiędzy nimi są interludia, a całość kończy się epilogiem. Z jednej strony stanowi to pewną zaletę związaną z precyzyjnym wyszczególnieniem poszczególnych fabuł, bardziej jednak rozczarowuje utratą potencjału tkwiącego w równoległym prowadzeniu tych i jeszcze może kilku wątków. No i sprawia nieco sztuczne wrażenie. Przede wszystkim cierpi na tym dramaturgia i rytm powieści, bo mamy po trzykroć zawiązań akcji, ich rozwinięć i kulminacyjnych batalii z siłami zła. Nie żebym jakoś specjalnie psioczył, to co dostałem, też było spoko, tylko zawsze mogło być lepiej. Z tych minusów właśnie wynika też tylko ocena 8/10.
Pomijając jednak formę, treść zasadniczo wynagradza wiele wynikających z tego minusów. Poprzez całą powieść przewija się mrowie pierwszo i drugoplanowanych postaci z wcześniejszych książek cyklu, co sprawia, że bez ich przeczytania ani rusz z ogarnięciem wszystkich postaci i ich roli w uniwersum. Nie wymieniając wszystkich są to m.in. Kerovan, Joisan i ich dzieci, Elys, Jervon, Eydryth, Alon (trylogia Gryfa, "Tkaczka pieśni", opowiadania), tajemnicza kobieta-ptak  z "Klątwy Zarsthora", Herrel, Gillan, Kethan, Aylinn, Ibycus ("Rok jednorożca", "Lampart", trylogia Gryfa, opowiadania), Simon Tregarth, Jealithe, ich dzieci, wnuki, Hilarion, Dahaun, Koris, Loyse (cały podcykl o Estcarpie i Escore, "Port umarłych statków"), Duratan, Nolar, Morew (wszystkie powieści z cyklu, gdzie pojawia się Lormt), Kasarian, Mereth ("Magiczny kamień"), Eleeri i Kepliany z "Klucza Keplianów", mała wiedźma z "Sokolej magii", Uta ("Klątwa Zarsthora"), Tursla i Simond ("Siostra piasku") i inne pomniejsze. Oprócz tego pojawia się mrowie nowych postaci, z których niektóre są pierwszoplanowymi bohaterami poszczególnych segmentów (Keris Tregarth, Liara w pierwszym segmencie, czy też Lattyjczycy w trzecim). Robi wrażenie, jednak epickość nie wynika li tylko z nagromadzenia bohaterów cyklu, ale przede wszystkim z globalnej osnowy fabularnej. Akcja obejmuje swym zasięgiem dosłownie cały świat przedstawiony, od krańców zachodnich Wielkiego Pustkowia na kontynencie High Hallack, po północne i południowe rubieże kontynentu wschodniego. Oprócz tego istotność rozgrywanych wydarzeń dla świata przedstawionego jest fundamentalna, co także znacznie wpływa na rozmach i epicki klimat powieści.
Co do fabuły to skupia się ona na poszukiwaniu bram do innych światów w celu ich ostatecznego zamknięcia, tak aby nie było już żadnych inwazji i różnorodność ludów świata czarownic mogła żyć w zgodzie i harmonii. Oczywiście autorka nie była w stanie przedstawić wszystkich wypraw w celu poszukiwania bram, skoro przez cały cykl przewinęło się z kilkadziesiąt bram. Dlatego Norton skupiła się przede wszystkim na trzech najistotniejszych, przez które mogłoby przejść największe zło, a gdzieś w didaskaliach wspomina o innych wyprawach. 
W każdym razie pierwsza z tych historii prowadzi nas na niezbadane rejony interioru. W "Porcie umarłych statków" akcja zaprowadziła nas na południe od Karstenu, tym razem wiedzie jeszcze dalej na południowy wschód do zapomnianego miasta. Spośród wcześniejszych bohaterów cyklu w tej wyprawie biorą udział mała wiedźma z "Sokolej magii" oraz Eleeri z "Klucza Keplianów". Skład ekipy uzupełniają syn Kyllana Tregartha, siostra Kasariana z "Magicznego kamienia", jacyś Sokolnicy, Kepliany, jeden Renthan i kuce. Eka zacna, szkoda tylko że nieźle poprowadzoną akcję ze świetnym klimatem interioru psuje słabiutka końcówka tego wątku. Szast plast przybywa mag i w dwa akapity zamyka groźną bramę, przez którą już się pchają jacyś naziści. 
Drugi wątek jest najlepszy. Oto akcja przenosi się do Arvonu, gdzie zaczynają szumieć magowie i mędrcy ze Stanicy Howell, takiego Lormtu ciemności. Wątek ten został już zasygnalizowany w "Tkaczce pieśni", tutaj wychodzi na pierwszy plan. Do walki ze złem staje eka z gniazda Gryfa wzmocniona bohaterami "Lamparta". Na pierwszy plan wysuwa się Kethan, wtórują mu jego przybrana siostra Ailinn oraz syn Kerovana i Joisan, następnie starożytny mag Ibycus, do spółki przybierają sobie miejscowy ludek i dawną kochankę Ibycusa. W takim składzie wyruszają w pościg za magami zła na najdalsze zachodnie krańce Ziem Spustoszonych, po drodze spotykając kotkę Utę znaną z "Klątwy Zarsthora", która kryje w sobie niejedną tajemnicę. W tym pościgu bohaterowie docierają do morza graniczącego z zachodnią częścią kontynentu High Hallack. Cała akcja jest wyśmienicie rozpisana, trzyma w napięciu od początku do końca i jest świetnie podsumowana epickim finałem. 
Był skwar południa, były piaski pustyń zachodnich, no to ostatni wątek z kolei to podróż na północ, do krainy wiecznych lodów. Jest to wątek najbardziej klimatyczny ze wszystkich, a sama koncepcja bramy oraz "zło", z którym bohaterowie walczą najoryginalniejsze z całego cyklu. Nasi bohaterowie to Simond i Tursla, znani wcześniej tylko ze skromniutkiego opowiadania "Siostra piasku" oraz nowe postaci takie jak czarownica Frost, Sulkarczycy, czy też dwoje przedstawicieli ludku żyjącego na północ od Alizonu. Wątek ten jest ściśle związany z genezą samych Sulkarczyków, rasy przewijającej się na drugim planie przez cały cykl. Fabuła momentami średniawa, ale za to zakończenie jest wyjątkowo epickie i klimatyczne. 

W ten sposób zakończyła się moja czteromiesięczna przygoda z cyklem Świat czarownic. Generalnie cykl bardziej dla młodzieży, mnie wiele rzeczy tutaj przeszkadzało, co oczywiście nie znaczy, że nie czerpałem przyjemności z lektury, chociaż były też momenty, kiedy niemiłosiernie się męczyłem ("Na skrzydłach magii", większość opowiadań). Nie jest to szczytowe osiągnięcie światowej fantasy, cykl mocno nierówny, więcej powieści rozczarowuje, jest kilka wybornych, jedna kompletna ("Tkaczka pieśni"). Zwraca przy tym uwagę, że słaby jest paradoksalnie pierwszy podcykl, najlepiej wyszła seria o Arvonie i High Hallack, najgorzej zaś opowiadania różnych autorów i niektóre żenujące powieści z podcyklu o Kronikach Świata czarownic. Podsumowując jednak jestem zadowolony, że udało mi się skończyć i naszła mnie ochota na kolejne cykle literackie.

niedziela, 18 maja 2014

Andre Norton - Kroniki świata czarownic (tomy 18-25 cyklu)

Trzecim elementem serii o Świecie czarownic jest podcykl o wdzięcznym tytule "Kroniki Świata czarownic", nazywany inaczej opowieściami Wielkiego Poruszenia (angielskie "The Turning"). Wielkie Poruszenie to była zaznaczona jedynie marginalnie w "Trojgu ze Świata czarownic" operacja wielkiej magii czarownic z Estcarpu polegająca na potężnych zmianach geologicznych na granicy Estcarpu i Karstenu, mająca na celu powstrzymać marsz armii Karstenu na Estcarp. Co zabawne nazwa Wielkie Poruszenie została użyta po raz pierwszy dopiero w "Strzeż się sokoła", a sama koncepcja zyskała z rozwojem cyklu fundamentalne znaczenie dla mitologii świata przedstawionego. Mitologia ta zasadza się na banalnym założeniu, że Wielkie Poruszenie poruszyło nie tylko góry i doliny, ale także obudziło drzemiące moce w całym Świecie czarownic, przez co można było bez kozery stworzyć kilkanaście nowych powieści cyklu. Wszystko nagle zyskało globalnego znaczenia, lokalne sprawy opisywane w pojedynczych opowieściach jawią się jako elementy większej całości, czego symbolicznym przykładem była "Tkaczka pieśni", której akcja łączyła w sobie wątki podcykli o Estcarpie i Arvonie. 
Nie może więc dziwić, że Wielkie Poruszenie stało się oficjalnym tytułem trzeciego z podcykli Świata czarownic. Norton wpadła na ten pomysł po wykorzystaniu do potencjału poprzednich podcykli oraz w większości słabych zbiorów opowiadań różnych autorskich przybłędów. Zaprosiła do współpracy kilka autorek, które pisały wcześniej opowiadania, efektem czego było odświeżenie konwencji oraz podkreślenie spójności świata przedstawionego, najważniejszego w końcu elementu każdej długiej serii literackiej. Na Kroniki Wielkiego Poruszenia składają się trzy omnibusy i trzy powieści, z czego ostatnia (napisana samodzielnie przez Norton w podeszłym wieku!) stanowi z założenia epickie zakończenie całego cyklu, ale o tym napiszę w odrębnym poście, formalnie wieńczącym moją przygodę ze Światem czarownic. Na Kroniki składają się następujące pozycje (za encyklopediafantastyki.pl):
  • 1 Storms of Victory (1991), w Polsce wydane jako dwa tytuły:
    • Port of Dead Ships
    • Seakeep
  • 2 Flight of Vengeance (1992), w Polsce wydane jako dwa tytuły:
    • Exile 
    • Falcon Hope 
  • 3 On Wings of Magic (1994), w Polsce wydane jako dwa tytuły:
    • We The Women
    • Falcon Magic 
  • 4 The Key of the Keplian (1995)
  • 5 The Magestone (1996) 
  • 6 The Warding of the Witch World (1997), w Polsce wydane w dwóch tomach:
    • Na straży Świata Czarownic
    • Zamknięcie Bram
Wspólnym mianownikiem spajającym podcykl o Wielkim Poruszeniu jest postać kronikarza Duratana z Lormtu, poznanego w "Tkaczce pieśni". Zadaniem Duratana jest zbieranie opowieści z całego świata, tak aby istniały dowody na wydarzenia spowodowane Wielkim Poruszeniem. Całkiem zgrabny i świetny w swej prostocie pomysł, który w dodatku wzmocniono koncepcją omnibusów, czyli dwóch odrębnych historii połączonych osobą Duratana. Historie te są we wszystkich trzech omnibusach całkowicie odrębne, co zapewne zaważyło na tym, że polski wydawca postanowił podzielić je dla większego zysku na odrębne powieści. Nie mnie w to wnikać, mam wątpliwości, czy taki podział nie narusza praw autorskich do integralności utworu, niemniej oczywistymi ujemnymi konsekwencjami tego stanu rzeczy dla polskiego czytelnika jest z jednej strony brak możliwości wglądu w pierwotny zamysł Norton, z drugiej zaś takie kwiatki jak np. zakończenie "Portu umarłych statków", gdzie mamy kilka akapitów wstępu do .... "Morskiej Twierdzy". Ni przypiął, ni przyłatał, ale taki już los amatorów książek w Polsce. 
Ok, popsioczyłem, teraz przechodzę do recenzji poszczególnych opowieści. 


1. Andre Norton. Pauline Griffin "Storms of victory"
Pierwszy z omnibusów nosi tytuł "Storms of victory", napisany przez Andre Norton wspólnie z Pauline Griffin, której słabe opowiadanie "Związany przysięgą" nie napawało mnie optymizmem przed efektem tej współpracy (ale o tym za chwilę). Jak wynika z blubra okładkowego (obok) w ramach "Storms of victory" kronikarz Duratan zawarł dwie opowieści, które polski wydawca postanowił wydać w dwóch odrębnych tomach pt. "Port umarłych statków" oraz "Morska twierdza". 

a) "Port umarłych statków" tom 18 (ocena 9/10) 
Genialna rzecz! Druga po "Tkaczce pieśni" najlepsza powieść cyklu. Już tytuł wskazywał, że będę miał tutaj do czynienia z rzeczą nietuzinkową, eksploracją nowych krain, nowe potwory, nowa przygoda i potężny klimat klasycznej fantasy.
Trzeba oczywiście wziąć pod uwagę, że "Port umarłych statków" to element większej całości (pierwsza powieść podcyklu kronikarskiego), dlatego na początku jest dosyć długi wstęp o kronikarzu Duratanie i jego pojawieniu się w Lormcie.
Potem jednak przechodzimy do zasadniczej części opowieści. Na arenę wkracza plejada gwiazd początku cyklu, czyli Simon Tregarth, Jealithe, Koris, Loyse, Kemoc i Orsya, oprócz tego jacyś Sulkarczycy, Sokolnicy, pojawia się też postać Destree w narracji pierwszoosobowej. Generalnie prawie powrót do korzeni, ale akcja szybko przenosi się na nieznane wcześniej południowe rejony oceanu rozdzielającego High Hallack i Estcarp. Pojawia się tam niedające się sprecyzować zagrożenie dla żeglugi morskiej oraz w dalszej perspektywie całego świata przedstawionego. Bohaterowie zakasują rękawy, wsiadają na statki i wyruszają w nieznane, by pokonać pleniące się Zło. Klasyka klasyki i do tego niemal perfekcyjne wykonanie, mały minus za lekki spadek jakości w środku powieści.
Ps. Jako  współautorka podana została również Pauline Griffin, ale w moim przekonaniu pełne autorstwo należy przypisać wyłącznie Andre Norton. Wynika to ze wspomnianego beznadziejnego opowiadania "Związany przysięgą", które charakterystycznych elementów stylu Griffin zwyczajnie w "Porcie umarłych statków".
b) "Morska Twierdza" tom 19 (ocena 3/10)
Za to niestety stwierdziłem je w drugiej części "Storms of victory". Teoretycznie nie można nic zarzucić "Morskiej Twierdzy". intryga jest całkiem znośna i jest spójna ze światem przedstawionym, bohaterowie bardzo sympatyczni, tudzież sama dolina Morskiej Twierdzy sprawia wrażenie raju utraconego. Niemniej powieść jest przeraźliwie nudna, zaś rozwiązania fabularne momentami wołają o pomstę do nieba. Zaprezentowana w notce wydawnictwa intryga pomiędzy Uną, a zaborczym sąsiadem jest przekłamana, gdyż z jednej strony sąsiad ten wcale nie korzysta z żadnych ciemnych mocy, tylko zwyczajnie jest bandytą i mordercą, a te ciemne moce to są tam tylko przy okazji i na odpieprz, żeby nie było, że brak w książce czarów, z drugiej zaś strony "Morska Twierdza" to przede wszystkim niezbyt wysokich lotów zwyczajne romansidło pomiędzy Uną, a dowódca Sokolników. Przy czym romans to z gatunku "och, kochamy się, ale polityka i obyczaje nie pozwalają nam być razem, och moje Serce!". 
I tak to leci, stąd mam nieprzeparte wrażenie, że tak jak Norton napisała samodzielnie "Port umarłych statków", tak Griffin jest całkowicie odpowiedzialna za "Morską Twierdzę", a panie widnieją jako współautorki z uwagi na koncepcję omnibusa "Storms of victory". Na szczęście "Morską Twierdzę" czytało się szybko i bezboleśnie i to zasadnicza zaleta tej opowieści.


2. Andre Norton, Mary Schaub, Pauline Griffin "Flight of vengeance"
Kolejnym omnibusem w ramach podcyklu o Wielkim Poruszeniu jest "Flight of vengeance", napisany tym razem przez Norton wspólnie z dwiema autorkami. Tutaj również wydawnictwo Amber podzieliło omnibusa na dwie odrębne powieści, wydając je po kolei pod tytułami "Wygnanka" oraz "Pakt Sokolników". Za pierwszą rzecz współodpowiedzialność wzięła Mary Schaub, za drugą nieszczęsna Pauline Griffin. Tradycyjnie już najpierw mamy opowieść dziejącą się na kontynencie Estcarpu, a następnie wracamy do wątku Sokolników. 
a) "Wygnanka" Mary Schaub tom 20 (ocena 4/10) 
Tak jak wydawało się, że "Morska Twierdza" została napisana wyłącznie przez Pauline Griffin, tak mam nieodparte wrażenie, że "Wygnankę" napisała samodzielnie Mary Schaub. Decyduje o tym inna składnia, styl, konstrukcja opowieści (podział na rozdziały), umiejętność konstrukcji pojedynczych zdań, konstrukcje frazeologiczne, słownictwo itd. Jeżeli przeczytało się kilkanaście powieści ze świata przedstawionego napisanych samodzielnie przez Andre Norton, to potem nie sprawia większego problemu rozróżnienie jej stylu od stylu innej autorki. "Port umarłych statków" sprawiał wrażenie klasycznej opowieści z początku cyklu, jednak już "Morska Twierdza" to nudne i toporne wejście innego sposobu pisania. Podobnie jest i z "Wygnanką", co więcej obydwie te powieści także fabularnie obniżają loty w porównaniu do samodzielnych dzieł Andre Norton.
"Wygnanka" to kolejne uzupełnienie zdarzeń bezpośrednio po Wielkim Poruszeniu. Nolar, dziewczyna z Estcarpu, podejmuje wspólnie z jedną czarownicą w stanie katatonicznym oraz przybłędą z wrogiego kraju wyprawę do tajemniczego miejsca dużej mocy, gdzie dochodzi do kulminacji historii. Powieść jest nudna i ślamazarna, niemniej ma pewną wartość, jeśli idzie o uzupełnienie dziejów świata przedstawionego. Na pewno jest spójna i logiczna w ramach Świata czarownic, tylko fabuła nie porywa. Jako że polski wydawca w notce okładkowej postanowił zdradzić większość twistów fabularnych, to tym bardziej "Wygnanka" została pozbawiona większości zalet fabularnych. Do tego Schaub ma dosyć nudnawy styl pisania, stąd całość się wlecze i nic wielkiego z tego nie wynika. 
b) "Pakt Sokolników" Pauline Griffin tom 21 (ocena 3/10)
Bezpośrednia kontynuacja wątków Uny i Tarlacha z "Morskiej Twierdzy". Bohaterowie przybywają z High Hallack do Lormtu, by uzyskać informację jak by tu znowu połączyć żyjących oddzielnie Sokolich kobiet i mężczyzn, żeby się mogli razem osiedlić w ojczyźnie Uny. Una i Tarlach trochę tam czasu spędzają, wpadają w mrowie napisanych naprędce tarapatów, nic z tego jednak nie wynika dla głównej osi fabularnej. Gdzieś tak w połowie powieści dopiero wchodzimy na główny tor, czyli tematyka inwazji z innego świata. 
Dużo tutaj dziwnych zdarzeń i rozwiązań fabularnych niezbyt zgodnych z dotychczasową mitologią cyklu (Gunnora wysyłająca duchy dziewczynek, by ostrzegła przed kolejną inwazją z zaświatów na High Hallack, Gunnora otwierająca bramę z Lormtu do Morskiej Twierdzy, by Una i Tarlach mogli zdążyć przed inwazją, Sokolnicy planujący wielkie spotkanie wszystkich rodów akurat niedaleko Morskiej Twierdzy, co w ostateczności pomaga odeprzeć inwazję itd.). Generalnie mrowie perfekcyjnych rozwiązań Deus ex machina. które ni w ząb nie pasują do uniwersum świata czarownic. Do tego mamy tutaj nową wersję bitwy pod Termopilami, tylko zamiast 300 mamy Tarlacha i jego 500 Sokolników, a po drugiej stronie 60-tyś! armię inwazyjną. No i oczywiście ekipa wychodzi bez szwanku. Nie ma co, poczucie proporcji i sensu idealne. Pani Griffin już dziękujemy. 

3. Andre Norton, Sasha Miller, P.M. Mathews "On wings of magic"
Powariowały kobity z tymi Sokolnikami. Trzeci i ostatni omnibus w serii i znowu o Sokolnikach. Tym razem Norton dobrała sobie jeszcze inne panie do pomocy i stworzyły wspólnie dwa największe gnioty powieściowe cyklu. Pierwsza z opowieści po angielsku brzmi "We, the women", co już samo w sobie jest niepokojące, i jest kontynuacją wątków poruszonych w tragicznej noweli "Sokolątko". Druga zwie się standardowo, ale niestety jest to kontynuacja poronionego romansu z opowiadania "Odbudować gniazdo". 
a) "Na skrzydłach magii" P.M. Mathews tom 22 (ocena 0/10)
Pani Mathews ma ewidentnie jakiś problem feministyczny pisząc swoje wiekopomne dzieła w ramach uniwersum świata czarownic. Jej opowiadanie "Sokolątko" było obrzydliwie zakamuflowaną manifestacją transwestytyzmu i skrajnej niechęci do mężczyzn. Tutaj mamy kontynuację tej tendencji poprzez z jednej strony przekłamanie oficjalnej wersji przeszłości kobiet i mężczyzn Sokolników (opisanego wcześniej m.in. w "Sokolej krew" i "Sokole prawo" i ostatnio dzieje Uny i Tarlacha), wprowadzając jakieś własne poronione genezy tego ludu całkowicie sprzeczne z dotychczasowym uniwersum świata przedstawionego, z drugiej zaś przedstawianie mężczyzn tej rasy jako zwyrodniałych okrutników, gwałcicieli i ciemiężycieli, co w kontekście np. postaci Tarlacha jest już nawet nie tyle śmieszne, co zwyczajnie groteskowe. Nie mam pojęcia gdzie miała oczy Andre Norton dopuszczając taką grafomankę do skądinąd własnego dziecka. Oczywistym jest, że "Na skrzydłach magii" to samodzielne dzieło Mathews, Norton występuje tu tylko jako redaktorka. 
W konsekwencji tego wojującego pseudo-feminizmu Mathews miota się i plącze i tworzy chyba najbardziej kuriozalną powieść fantasy w historii literatury. Tytułem przykładu autorka z wyjątkową nieudolnością próbuje zaprezentować życie Sokolniczek, które nie wiedzą co to "mężczyzna" (???) i kiedy do ich wioski trafia kilku młodzieńców, to nie potrafią rozróżnić płci, w sensie że nie znają podziału na płcie WTF???!!! Z tego wynikają różne kretyńskie sytuacje, których nie jestem w stanie ogarnąć na trzeźwo. Co za pomroczność jasna kierowała twórczynią tego wiekopomnego dzieła.
Inną "wartością dodaną" twórczości Mathews są oczywiście scenki rodzajowe z życia wsi, które przypominają mniej więcej to: https://www.youtube.com/watch?v=AZ8Bp0Kvqpo
Pojawiają się także jakieś dziwne boginie jak Pani Jastrzębica. Skąd nagle ją Mathews wytrzasnęła, to ze świecą szukać. 
Dramat, dramat, dramat, szkoda tylko w tym wszystkim zbrukanego klimatu świata czarownic. Oczywiście magii i jej skrzydeł nie stwierdziłem. 
b) "Sokola magia" Sasha Miller tom 23 (ocena 2/10)
Kolejny gniot. Bez składu, bez ładu, topornie i nudno. Kontynuowany jest tutaj wątek Sokolnika Yaretha i Eirran z beznadziejnego opowiadania Sashy Miller "Odbudować gniazdo". Tam był żenujący motyw miłosny, w "Sokolej magii" jest m.in. fatalnie poprowadzone wątki rodzicielski, 6-letnich bachorków zachowujących się jak dorośli, antagonizmów pomiędz dwoma Sokolnikami (zakończona tragicznie beznadziejnym posłowiem) oraz cała nielogiczna, nie trzymająca się kupy akcja odbijania małych czarownic z Alizonu. 
Na plus tej historii jedynie dwie rzeczy. Z jednej strony czytelnik po raz pierwszy ma okazję poznać Alizon od środka, chociaż prezentuje się to nadzwyczaj ubogo - kilka rachitycznych chałup, krzaki i główne miasto zwące się ... Alizon. Bida z nędzą. Z drugiej strony jest krótki fragment klasycznej eksploracji, questu, podczas ucieczki przez niezbadane do tej pory góry na wschodzie Alizonu. Te dwa elementy zapewniają pewne minimalnie pozytywne doznania podczas lektury, resztę przemilczę, w końcu ładna pogoda za oknem, można iść na spacer. 
"On wings of magic" to był ostatni omnibus cyklu. Zaczęło się bardzo dobrze od świetnego "portu umarłych statków", ale potem im dalej w las, tym więcej cienia. Za dużo Sokolników, co autorka, to inny pomysł na tę rasę, za mało klasycznego questu i klasycznej magii. 

4. Andre Norton, Lyn McConchie "Klucz Keplianów" tom 24 (ocena 5/10)
Powieść o klasę lepsza aniżeli pięć poprzedzających ją historii o Sokolnikach, niestety mocno nierówna. "Rehabilitacja Keplianów" albo "Indianka w Świecie czarownic", takie mogłyby być alternatywne tytuły tej powieści. Autorki odświeżają konwencję i wprowadzają dwa nowe elementy - jeden to opowiedzenie genezy pochodzenia i niejakie odmitologizowanie tytułowych Keplianów (pół-koni, pół-demonów z "Trojga przeciwko Światu czarownic" oraz z "Tkaczki pieśni"), drugi to wprowadzenie do świata przedstawionego Eleeri, sieroty wymarłego plemienia indiańskiego, która również odnajduje na kartach powieści swoje przeznaczenie.   
Pomimo tych niewątpliwych zalet i ich fajnej realizacji, to niestety "Klucz Keplianów" rozczarowuje swoją nierównością. Przez pierwszą połowę książki mamy wyśmienity quest, z mrowiem nieprzewidywalnej i interesującej akcji, oraz ciekawą i wciągającą fabułą. do tego osnowa fabularna zdaje się mieć istotne znaczenie dla świata przedstawionego, nie tracąc niczego w spójności z wcześniejszą historią cyklu. Niestety w drugiej części siada w zasadzie wszystko, od fabuły po jakość stylu autorek. Zauważalna staranność i pieczołowistość odautorska ustępuje pola bylejakości i dziwnym rozwiązaniom (jak np. opowiadanie historii z punktu widzenia wilkołaków). Najgorsza robi się jednak psychologia postaci, które tracą gdzieś głębię i przypominają parodię samych siebie z pierwszej połowy powieści. 
Wielka szkoda, bo była szansa na jedną z najlepszych powieści cyklu, a tak wyszła ni to wydra, ni pasikonik.


5. Andre Norton, Mary Schaub "Magiczny kamień" tom 25 (ocena 5/10)
Siedemdziesięciopięcioletnia, niema, samotna handlarka z Krainy Dolin i dwudziestoletni Pies Alizonu jako główni pozytywni bohaterowie oraz narratorzy opowieści, czy to się mogło udać? Okazuje się, że tak. Po niezłym odświeżeniu konwencji w "Kluczu Keplianów" tutaj dostajemy po raz kolejny świeży pomysł, a przy okazji wciągającą i zaskakującą kilkoma zwrotami akcji fabułę (byłaby jeszcze bardziej zaskakująca, gdyby cudowny polski wydawca Amber nie zdradził w notce okładkowej jednego z kluczowych dla fabuły twistów). Do tego z nietuzinkowymi bohaterami, rzadko kiedy bowiem można oczekiwać powieści fantasy, której bohaterem jest starowinka zbliżająca się do kresu swojej ziemskiej przygody. 
Niestety "Magiczny kamień" odznacza się podobnymi wadami, co "Klucz Keplianów" - jest nierówny, a świetna fabuła w końcówce robi się zbyt przewidywalna i jednocześnie jest jakby naprędce kończona.
Niemniej "Magiczny kamień" stanowi zasadniczy wstęp do "Na straży Świata czarownic", a sam tytułowy kamyczek jest katalizatorem wydarzeń tam opisanych. Ale o tym już w odrębnym poście. 

piątek, 2 maja 2014

Skrót za siatkę, cz.2

Aby całkowicie nie zniknąć w Świecie czarownic w tzw. międzyczasie czytałem sobie insze pozycje, niestety stojące na mniej lub bardziej niskim poziomie merytorycznym. Zgagę po Kosiku przepiłem jabolem Spruilla, a potem niestety nie pomógł zjełczały Carroll.

Rafał Kosik "Obywatel, który się zawiesił" (ocena 1/10)
Koszmar konceptu i jego wykonania. W każdym aspekcie. Na tym pisarzu niniejszym stawiam krzyżyk, po szczegóły mojego stanowiska odsyłam do innych recenzji jego książek, gdzie jeszcze miałem siły i chęci, by się pożalić na marność pisaniny Kosika. 
Tytułem przykładu niech będzie żenujące koncepcyjnie opowiadanie "Czy ktoś tu widział Boga?!" Oto do Nieba po wypadku samochodowym trafia trzydziestoparolatek, w Niebie panują zasady jak z filmów Tima Burtona, czy ostatnio hollywoodzkiego koszmarku "R.I.P.D - agenci z zaświatów". Ani to oryginalne, ani świeżo podane, ani zabawne, nie ma tu niczego, jakby rzekł pewien klasyk. Żeby jednak było mało, to koszmaru dopełniają takie kwiatki jak: "niebiescy biurokraci", "niebieskie zasady". Serio? SERIO?! Nie naczytał się Kosik komiksów Szarloty Pawela aby? A może raczej miało chodzić o "niebiańskich biurokratów" oraz "niebiańskie zasady"? 
Czary degrengolady dopełnia opowiadanie "Wyprawa szaleńców" stanowiąca jakiś spin-off do "Verticala", o którym swego czasu co nieco napisałem, to wtedy po raz pierwszy Kosik pokazał mi środkowy palec jako czytelnikowi. Mój ówcześniejszy zarzut totalnego olania kwestii wyjaśnienia skąd się wziął taki, a nie inny świat przedstawiony, tutaj także pozostaje aktualny. Miliard ludzi podróżuje statkami w nieznane, w celu odkrycia istoty ich świata ... by ostatecznie zakończyć podróż dotarłszy do celu ... ale bez wyjaśnienia najbardziej interesującej kwestii! Panie Kosik, po co wyjaśnić stworzenie oryginalnego i interesującego świata przedstawionego, skoro można się skupić na relacjach społecznych, psychice jednostek i innych takich trele, NA KTÓRYCH W OGÓLE SIĘ PAN NIE ZNASZ, i przez to wychodzi Panu mizeria fabularno-postaciowa. Po co, prawda? 
Koszmaru dopełnia kiczowata i pretensjonalna okładka z wyłażącym z gwiezdnych wrót Kosikiem. A takie żywiłem co do niego nadzieje swego czasu ....
PS. Zbiorek Kosika przeczytałem dzięki uprzejmości przesympatycznej koleżanki z filii nr 11 :) Dzięki!

Steven Spruill "Moja dusza do wzięcia" (ocena 3/10)
Czym jest ludzki mózg? Niczym innym jak najbardziej skomplikowanym tworem natury, maszyną tak doskonałą, że jest dla człowieka niemożliwa do zbadania na tę chwilę. Ludzkość jest w stanie zawędrować do galaktyk tak odległych, że jest możliwe wejrzenie w początki wszechświata, zbudować Wielki Zderzacz Hadronów, niewyobrażalnie potężną maszynerię (długość torusa LHC wynosi 27 km), ale nie jest w stanie zgłębić interkosmosu galarety o długości i szerokości kilkunastu centymetrów. Dlatego każda powieść podejmująca próbę przedstawienia odpowiedzi na pytania o mózg człowieka spotyka się z moim zainteresowaniem, nawet jeżeli jest to z założenia gniot. A nóż widelec przekaz marketingowy wprowadza w błąd i dana powieść jest lepsza niż pozory wskazują? 
Niestety nie było tak z "Moją duszą do wzięcia". Marketing wydawcy nie przekłamuje tym razem - powieść Spruilla to jest tani, tandetny wręcz sensacyjniak, tchnący mrowiem nielogiczności oraz przekombinowanymi zwrotami akcji, co najważniejsze zaś całkowicie prześlizgujący się po interesującej mnie tematyce. W kwestii mózgu Spruill nie ma nic ciekawego do powiedzenia poza oklepanymi frazesami o widzeniu przyszłości w formie przeczuć, czy innych wróżebnych mistycznościach. Intryga jest szyta grubymi nićmi, bohaterowie pozytywni stereotypowi, protagoniści zła są groteskowi, zaś ich motywacje tragikomiczne, tudzież beznadziejny wątek miłosny. Główna bohaterka nie dość, że stanowi obiekt seksualnej fascynacji 3/4 składu męskiego powieści, do tego jest podmiotem kilku prób gwałtu, zabójstw, wypadku samochodowego, z którego wychodzi ze wstrząsem mózgu tak dużym, że nic nie kojarzy i nie pamięta, by kilku godzinach biegać chyżo i znowu uciekać przed kolejnymi próbami gwałtów i zabójstw, a całość jest przyprawiona dwoma wątkami miłosnymi tejże panny z dwoma super atrakcyjnymi samcami, z których żaden nie ma nic przeciwko temu, że ona romansuje z tym drugim! I to pisał facet!
Najlepiej wypadają wstawki medyczne, pewne mrożące krew w żyłach szczegóły operacji przeprowadzanych na otwartym mózgu podawane beznamiętnym tonem świadczą o tym, że Spruill jest lub był lekarzem. Ale to jest kropla w morzu żałości, powieść jako całość leży i kwiczy z nadmiaru suchości i sprawdza się jedynie jako zapełniacz czasu tramwajowo-autobusowego w drodze do i z pracy. Oczywiście w porównaniu z Kosikiem to Spruill jest jak John Irving przy Guy'u N. Smith'ie. 
Słów kilka o polskim tytule książki. Piszę "Moja dusza do wzięcia", no bo przecie takie jest dosłowne tłumaczenie angielskiego tytułu "My soul to take". Angielskojęzyczny tytuł to najlepsza rzecz w tej powieści. Nie jakiś durny, suchy i zupełnie nie przystający do treści "Paradoks Lancastera". Jaki kurna paradoks, dlaczego nie mogło być tutaj tego fajnego, nieco lirycznego tytułu? No ok, powieść Spruilla to jest półka dolnych stanów średnich literatury rozrywkowej, ale po co dobijać ją jeszcze dennym polskim tytułem? 


Jonathan Carroll "Kąpiąc lwa" (ocena 4/10)
Przyznam, że niezwłocznie po przeczytaniu najnowszej powieści Carrolla miałem ochotę rzucić nią o ścianę, podrzeć na kawałki, zrobić z tego ognisko lub wykorzystać jako podkładkę pod trutkę na szczury. Tak wielkie było moje rozczarowanie powieścią, która przez 4/5 objętości świetnie się rozwijała, by potem popaść w mizerię. 
Teraz jednak emocje ze mnie na szczęście opadły i mogę coś w miarę na spokojnie skrobnąć. Zastanawiam się zatem, co właśnie przeczytałem. W pierwszej kolejności "Kąpiąc lwa" skojarzyło mi się z "T" Pielewina, ta sama metoda szaleństwa, ten sam chaos fabularny, od początku do końca zagubienie i nihilistyczne wrażenia. Tylko, że u Pielewina to zaakceptowałem, bo przynajmniej nie ściemniał, że gdzieś tam kryje się sens, napisał surrealistyczną powieść, którą świetnie się czytało. Carroll przez 300 stron podpuszczał mnie, że doczekam się rozwiązania, że gdzieś na 310 stron pozostanę z rozdziawiona gębą z wrażenia nad geniuszem Carrolla. 
Nic z tych rzeczy, "Kąpiąc lwa" to piękna wydmuszka i pod tym względem analogia zachodzi raczej do "Miasta i miasta" Mieville'a. China Mieville stworzył wspaniały świat przedstawiony, ale zupełnie go nie wyjaśnił, pozostawiając czytelnika z potężnym kacem. Carroll zrobił tak samo, stworzył wyśmienitą, zaskakującą intrygę z wieloma wątkami, by potem zakończyć ją naprędce i niejako pośrodku nie wyjaśniając istoty sprawy. W sumie to jakieś mam jedno wyjaśnienie, ale nie przyjmuję go do świadomości, bo wtedy musiałbym uznać, że "Kąpiąc lwa" zasługuje co najwyżej na piękną ocenę 1/10, a nie kilka oczek wyżej. 
Tak się nie robi, Szanowni Panowie! Nie po to poświęcam swój cenny czas czytając wasze dzieła i obdarzając was swoim zaufaniem byście potem w ten sposób mnie traktowali. Zwłaszcza, że nie jesteście jakimiś miernotami z lumpeksu literackiego tylko uznanymi mistrzami pióra, których inne dzieła to w końcu prawie same majstersztyki. Shame on You!, jak mawia Max Kolonko pod adresem swoich interlokutorów. 

niedziela, 27 kwietnia 2014

Andre Norton - cykl Świat czarownic (opowiadania)

Nie mogło być inaczej, że oprócz powieści, Andre Norton tworzyła także opowiadania umiejscowione w Świecie czarownic. Mało tego, do współpracy w tym zakresie zaprosiła mrowie pisarzy, czego konsekwencją jest kilkadziesiąt mniej lub bardziej udanych prób oddania przez innych autorów ducha i klimatu Świata czarownic. Te wszystkie trudy i znoje złożyły się na następujące zbiory, nie zaliczane do żadnego z podcykli:
- "Czary Świata czarownic" (samodzielne dzieło Andre Norton, oficjalnie wchodzące w skład podcyklu o High Hallack, omówione w poście z 24.03.2014r.),
- "Mądrość Świata czarownic" (samodzielne autorstwo Andre Norton),
- "Czworo ze Świata czarownic" (cztery opowieści czterech pisarzy, Norton na okładce tylko dla picu),
- "Opowieści ze Świata czarownic" tomy 1-4 (z tego bajzlu tylko jedno opowiadanie jest autorstwa Norton)
Poniżej kilka zdań na temat każdego opowiadania, chociaż z góry przyznaję się bez bicia, że niektórych mizerii nie dało się opisać.


I. "Mądrość Świata czarownic" (ocena sumaryczna 6/10)
1. "Miecz niewiary" (ocena 7/10) - ponownie spotykamy się z Elys i Jervonem, gdzieś w środku ich tułaczki, kiedy to Jervon zostaje porwany przez tajemniczych zbójców, a Elys spieszy by ratować kochanka. Opowiadanie jest świetne, koncepcja złego boga żywiącego się duszami i energią swoich wyznawców gdzieś za jedną z Bram wymiata, niestety wrażenie psuje nieścisłość fabularna pomiędzy tym opowiadaniem, a resztą cyklu. Otóż wedle relacji osobistej Elysa i Jervona akcja toczy się jeszcze przed wydarzeniami opowiedzianymi w "Gryfie w chwale" i "Roku jednorożca" (Kerovan wybierający się do Jeźdźców, by ich pozyskać do walki o High Hallack). Tymczasem podając w kilku akapitach otoczkę akcji Norton wskazuje, że akcja "Miecza niewiary" dzieje się już po wojnie w High Hallack, a nawet po "Roku jednorożca". Duża, niewybaczalna nieścisłość dla każdego uważnego czytelnika, co obniża ocenę o 3 punkty. Poza tym "Miecz niewiary" ma same plusy u mnie, sprawnie, zwięźle i konkretnie opowiedziana historia - dobra rzecz z fajnymi bohaterami cyklu.
2. "Pajęczy jedwab" (ocena 9/10) - po długiej przerwie powrót do Estcarpu, głównie okolic wcześniej nie eksploatowanych (wyspa Usturt na poniższej mapce). "Pajęczy jedwab" to kwintesencja Świata czarownic w pigułce. Jest okaleczona i doświadczona przez los dziewczyna, ale obdarzona tkackim talentem, jest tajemnicza wyspa z jej tajemniczymi i groźnymi mieszkańcami, jest zło w postaci porywaczy i mieszkańców wyspy, jest dobro w osobach dziewczyny, kapitana statku i jednego marynarza, czary-mary i fiku-miku, a na koniec mentalny pojedynek na spojrzenia. W dodatku mamy tutaj fragment wyśmienitej, skondensowanej grozy (scena w tzw. spiżarni), aż ciary po plecach idą. Świetna rzecz i zasłużona wysoka ocena. 
3. "Siostra piasku" (ocena 5,5/10) - eksplorowania nowych/starych ludów ciąg dalszy. Pozostajemy w okolicach Estcarpu, tym razem kierujemy się na znane nieco moczary Toru, by poznać od środka życie społeczne Torańczyków (którzy wrednie zachowali się wobec Simona Tregartha w "Świat czarownic w pułapce"). Nastąpił też tutaj intensywny powrót do kultu Volta, którego topora motyw był istotny w "Świecie czarownic". Zatem same powroty do korzeni cyklu. Historia jest jednak średnia, nic tutaj się specjalnego nie dzieje, poznajemy jedynie unikatowa mieszkankę Toru Turslę oraz Simonda, syna Korisa (tego od topora Volta), sama fabuła nie porywa. Mam tylko wrażenie, że Tursla i Simond jeszcze się pojawią w kolejnych powieściach cyklu, ich historia jest jakby urwana w połowie.
4. "Sokola krew" (ocena 6/10) - sama w sobie nowela dosyć przeciętna i króciutka, niemniej znajduje się tutaj info o genezie systemu społecznego Sokolników, czyli rasy żyjącej swego czasu na granicy Estcarpu, o charakterystycznej więzi mężczyzn z sokołami i specyficznym podejściu tychże do kobiet. Z tego powodu opowiadanie dostaje ocenę oczko powyżej średniej.
5. "Dziedzictwo moczarów Sorn" (ocena 3/10) - tanie moralizatorstwo, przeciętna fabuła, najsłabsze opowiadanie Andre Norton.
6. "Ropuchy z Grimmerdale" i "Odmieniec" (ocena 5/10) - formalnie odrębne opowiadania, ale stanowiące jakby dwa rozdziały tej samej historii. Pod względem czary-mary opowiadania słabiutkie, ale ich specyfiką jest zaskakująco ciężki klimat, zaskakujący realizmem życia kobiety zgwałconej w społeczeństwie quasi-feudalnym. Pod względem psychologii postaci głównej bohaterki (bo postać Trystana to już typowa tektura) "Ropuchy z Grimmerdale" i "Odmieniec" to najlepsze do tej pory rzeczy w Świecie czarownic, mnie jednak nieco przytłoczył depresyjny i smutny wydźwięk całości, pomimo tego że oczywiście wszystko się dobrze kończy. 

II. "Czworo ze Świata czarownic" (ocena sumaryczna 2/10) (co za debilny tytuł zbioru)
Tak jak wspomniałem, Andre Norton figuruje tutaj tylko dla prostego skojarzenia autorka = Świat czarownic. Cztery zamieszczone tutaj opowiadania czterech różnych autorów stanowią samodzielne próby oddania klimatu i specyfiki Świata czarownic. Dodam, że próby fatalne i całkowicie zbędne dla cyklu. Z czwórki pisarzy jedynie Judith Tarr dała radę, reszta (w tym uznana Cherryh) zrobili sobie jaja ze Świata czarownic swoimi gniotami. I pomyśleć, że ten kupsztal doczekał się w Polsce aż trzech wydań.
"Dziedzictwo martwo urodzonej" Elizabeth Boyer (ocena 1/10) 
Tytuł jak z paranormala odzwierciedla harlequinowski klimat tego gniota. Akcja dzieje się kilkadziesiąt lat po inwazji Alizonu na High Hallack (przypomnę inwazji "finansowanej" przez Kolder swoimi maszynami i technologią s-f, które przestały działać z chwilą pokonania Kolderu przez Simona Tregartha i spółkę). Otóż dziecko lordów rodzi się martwe, ale za pomocą czary-mary miejscowej czarownicy wstępuje w nie dosłownie duch z butelki, czarownica ta ma bowiem własne plany związane z tym dzieckiem. Zaczyna się więc całkiem nieźle, ale potem robią się z tego jakieś wichrowe wzgórza pomieszane z poplątaniem. Dziewczynka ta wychowuje się wspólnie z kuzynem, a gdy dorastają to tenże kuzyn jest zazdrosny o jej przyszłego męża, ona nie rozumie, on ma fochy, ona go kocha, on ją też, ale rozdziela ich magia, konwenanse i brak facebooka, i tak się przekomarzają. Myślałem, że padnę od tego dramatu miłosnego. A potem nagle robi się z tego ponowna wojna z Alizonem wspomaganym maszynami Kolderu. 
"Petrele" C.J. Cherryh (ocena 2/10)
Historia w założeniach nawet całkiem niezła, ale wykonanie fatalne, chaotyczne i nieczytelne. Bo ja rozumiem, że irracjonalne zachowanie głównego bohatera miało opierać się na atawistycznej wręcz nienawiści do Psów z Alizonu, ale to zupełnie nie wynika z treści opowiadania. Bohater jest zupełnie niewiarygodny pod względem psychologicznym, a podejmowane przez niego decyzje nielogiczne, co wynika głównie z chaotycznej narracji. A za to odpowiedzialność ponosi już tylko autor.
Jeden plus za potencjał, jaki tkwił w pomyśle wyjściowym oraz brak kombinacji z czasem akcji - osnowa fabularna to znana już inwazja Alizonu na High Hallack.
"Dzwonecznik" Meredith Ann Pierce (ocena 1/10) 
Matko, ale bryndza. Nie dosyć, że opowiadana historia jest zbędna, nieciekawa, nudna i nielogiczna oraz przewidywalna jak martyrologia Lecha Kaczyńskiego, nadto główna bohaterka to najbardziej irytująca i małomiasteczkowa gówniara w historii literatury. W pewnym momencie chciałem, żeby spadła z tej wieży i się zabiła, przynajmniej próbująca ją uratować siostra miałaby święty spokój. O co w tym niby miało chodzić, to nie mam pojęcia, ale wyszła z tego kaszana. 
"Sokole prawo" Judith Tarr (ocena 7/10)

Najlepsze opowiadanie tego zbioru, ale konkurencja oddała przecież mecz walkowerem. Mamy tutaj kontynuację wątków z "Sokolej krwi". Tam wyszło na jaw, dlaczego u Sokolników kobiety żyją w odosobnieniu od mężczyzn oraz nastąpiła likwidacja przyczyny tego stanu rzeczy. W "Sokolim prawie" mamy do czynienia z pierwszą kobietą, która zostaje Sokolnikiem oraz jej dalsze losy, które mają doprowadzić do ponownego zjednoczenia Sokolich kobiet i mężczyzn. Całkiem nieźle to wyszło, razi tylko nieco zbyt ostentacyjny feminizm. Największą wartością jest jednak spójność tej historii ze Światem czarownic, "Sokole prawo" umiejętnie i dobrze komponuje się i uzupełnia świat przedstawiony, a o to powinno w końcu chodzić, gdy inni autorzy wchodzą buciorami w dzieła innego twórcy.

III. "Opowieści ze Świata czarownic" tom 1 (ocena sumaryczna 3,5/10)
Przystępując do lektury pierwszego tomu opowiadań ze Świata czarownic przygotowanego przez innych autorów, miałem cichą nadzieję, że będzie to co najmniej poziom "Sokolego prawa", że autorzy zaproszeni przez Norton do wspólnej pracy nad cyklem postarają się nieco bardziej niż Boyer, Cherryh, czy Pierce. Muszę przyznać, że moje nadzieje spełniły się połowicznie, jak to zresztą w tego typu antologiach bywa zazwyczaj. Część opowiadań jest niezła, pozostała część odwrotnie, stanowią wręcz kpinę z uniwersum świata czarownic. 
1. "O narodzinach dziedzica Ulm" Andre Norton (ocena 5,5/10)
Spin-off do "Kryształowego gryfa", jednocześnie jedyne opowiadanie autorstwa Norton w tym tomie. Nie mając chyba specjalnie wielkiego pomysłu na historię Norton postanowiła dopowiedzieć nieco o narodzinach Kerovana. Stąd też wracamy ponownie do Ulm sprzed najazdu Alizonu i poznajemy pokojówkę z zamku Ulm, która ma odegrać niepoślednią rolę w przeciągnięciu duszy noworodka na stronę Światła. Wtórne i przeciętne, ale przyjemne w lekturze. 
2. "Prawowity następca" Robert Bloch (ocena 7/10)
Ta sama historia, co powyżej, tylko opowiedziana z punktu widzenia służącej matki Kerovana, które chciały, by Kerovan był sługą Ciemności. To chyba jedyny przypadek w całym cyklu, gdy czytelnik obserwuje świat przedstawiony oczyma przedstawiciela zła. Za sam pomysł ocena skacze trzy oczka w górę, realizacja średnia, ale czytało się to całkiem świeżo. 
3. "Fenneca" Wilanne Schneider Bolden (ocena 5/10)
Przyzwoita historia o przetrwaniu w naturze. Wartością tego opowiadania jest przede wszystkim pochwała zaradności i wykorzystania do maksimum możliwości natury. Słabością jest po raz enty wykorzystany motyw inwazji Alizonu na High Hallack, to już robi się powoli nudne. 
4. "Zaklęcie krwi" A.C. Crispin (ocena 8/10)
Póki co najlepsze opowiadanie ze świata czarownic nie będące zarazem autorstwa Andre Norton, ale znanej już z "Gniazda gryfa" i "Tkaczki pieśni" A.C.Crispin. Crispin ze swadą i polotem uzupełnia historię Herrela i kompani Jeźdźców o najistotniejszą informację - jaka była przyczyna ich wygnania z Arvonu, pośrednio też wyjaśnia dlaczego Jeźdźcy byli tak wrogo nastawieni do Gillan w "Roku jednorożca". Nowela w mojej opinii ma całkiem spory ciężar gatunkowy dla całego cyklu. 
5. "Biała droga" Charles de Lint (ocena 3/10)
Podobnie jak "Fenneca" opowiadanie to nie jest powiązane z innymi historiami cyklu, pojawia się jedynie bardzo luźne nawiązanie do "Ropuch z Grimmerdale" i jedna z tam występujących miejscowości, zaś akcja dzieje się, a jakżeby inaczej, po wojnie z Alizonem. Lint poprawnie, lecz bez polotu i mechanicznie trawestuje tutaj motyw drogi np. z "Gryfa w chwale", siłą rzeczy zatem "Biała droga" nie wnosi nic nowego do cyklu, no może poza motywem gadających trupów, który jest subtelny jak fizjonomia Andrzeja Gołoty oraz tanim moralizatorstwem. 
6. "Kot i Ten Drugi" Marylois Dunn (ocena 0/10)
Klapa. Pomysł ryzykowny (rozumne koty, duch chłopca umieszczony w kocie przez czarownicę, koty potrafiące czarować, wtf?), to i wykonanie słabe, a całość sprawia wrażenie nieudanego żartu z uniwersum Świata czarownic. 
7. "Związany przysięgą" P.M. Griffin (ocena 3/10)
Pauline Griffin jest nawiedzona na punkcie Sokolników, stąd też nie może dziwić, że jej opowiadanie dotyczy Sokolnika. Szkoda tylko, że jej nawiedzenie nie przekłada się na jakość dzieła, Judith Tarr przynajmniej się do swojej roboty przyłożyła i napisała dobre "Sokole prawo", "Związany przysięgą" jest tak suchy jak jego tytuł i zbędny dla historii Sokolników niczym wyrostek robaczkowy dla organizmu.
8. "O starych mieczach i złej mgle" James Heidbrink (ocena 3/10)
Dla odmiany bohaterem jest Sulkarczyk i postać ta stanowi jedyny plus tego opowiadania. Poza tym nowela Heidbrinka to gorsza o dwie klasy wersja "Sokolej krwi".
9. "Dziewięć słów" Caralyn Inks (ocena 4/10)
To już gdzieś było, w lepszej, bo nortonowskiej wersji.
10. "Widmowy łowca" Mercedes Lackey (ocena 2/10)
To już też gdzieś było, w lepszej, bo "Lamparciej" wersji. Zamień Kethana na Glendę i masz historię spapugowaną. Do tego Lackey nie miała pomysłu na fabułę i całość zamienia się w końcówce w Harlequin Monsters Romance.
11. "Ni spoczynku, ni schronienia" Ardath Mayhar (ocena 0/10)
Tytuł sugeruje, że do Świata czarownic przez Bramę zaplątują się rycerze Ni, ale niestety tak ni jest. Za to jest koszmar stylu i konceptu, historia dziejąca się w okolicach wojny z Kolderem, gdzieś w Karsie podczas pogromu Starej Rasy przez Yviana. Ni grama talentu, ni sensownego pomysłu na fabułę, czy bohaterów, pani Mayhar jako pisarce mówię stanowcze:
12. "Odbudować gniazdo" Sasha Miller (ocena 1/10)
Znowu Sokolnicy. Tym razem nawiedzony młodzian z sokołem porywa zwykłą dziewczynę z gospody, bo mu się zwidziało, że odbuduje stare zwyczaje swej rasy. Generalnie pomysł na fabułę durny, wykonanie jeszcze durniejsze w stylu Harlequin Romans z Szejkiem ("To był twój pierwszy raz prawda? - powiedział cicho. - Tak. - Nie śmiałem marzyć ... Mój też, odrzekł. - Ach!"), do tego nie umywa się w zupełności do "Sokolej krwi", czy "Sokolego prawa". Niemniej pojawiają się tutaj po raz pierwszy Yareth i Eirran, późniejsi bohaterowie powieści "Sokola magia" napisanej wspólnie przez Norton i Miller. 
13. "Mleko z dziewczęcej piersi" Elizabeth Scarborough (ocena 4/10)
Tak zboczonego tytułu, to jeszcze nie widziałem, w dodatku nie ma on szczególnego uzasadnienia w fabule Kryje się pod nim znośna opowieść o genezie Mchowych Niewiast, jednego z ludów Escore, który pojawił się w "Czarodzieju ze Świata czarownic". Nic nadzwyczajnego.
14. "Noc Księżycowego Psa" Mary Schaub (ocena 5/10)
Poprawne opowiadanie o chłopcu z astmą, ślepcu i ich psie stawiającym czoła mrocznej magii w jednej z dolin High Hallack.
15. "Wyspa złudzeń" Carol Severance (ocena 6/10)
Dobre opowiadanie, z ciekawą i dosyć świeżą fabułą.
16. "Zieleń na wyżynie High Hallack" Kiel Stuart (ocena 2/10)
Pomysł na to opowiadanie nie był taki zły, ale wykonanie świadczy o tym, że jego autor to pisarska niezguła, która sknociłaby najlepszy pomysł literacki. 
17. "Droga snów i śmierci" Robert Vardeman (ocena 2/10)
Słabiutkie opowiadanie.

IV. "Opowieści ze Świata czarownic" tom 2 (ocena sumaryczna 3/10)
1. "Polowanie na córkę lorda Etsaliana" Clare Bell (ocena 2/10)
Niby wszystko ok, ale jest tutaj jedna istotna rzecz, która powoduje, że całość jest położona na łopatki - motywacja głównej bohaterki. Zemsta na gwałt była już omawiana z lepszym skutkiem przez Norton w "Ropuchach z Grimmerdale", ale tam tak niska moralnie motywacja spowodowała, że bohaterka osnuła się Złem (urodzone dziecko-potwór) i musiała potem mocno pracować, by się tego zła pozbyć ("Odmieniec"). Tutaj z kolei ta cała zgwałcona czarownica nie dosyć, że dąży za pomocą czarów do podwójnego i okrutnego morderstwa, które jednak nie następuje (usiłowanie też jest przecież moralnie naganne), to w dodatku nie spotyka się to z ostracyzmem zgodnie z zasadami cyklu. Clare Bell w ogóle się tym nie przejmuje przechodząc do porządku dziennego nad niemoralnym zachowaniem swojej bohaterki, w szczególności że narracja jest prowadzona pierwszoosobowo. Albo to wynika z moralności pani Bell albo po prostu z niedostatecznego rozpoznania świata przedstawionego. Tak, czy inaczej kładzie to całkowicie rzeczone opowiadanie jako element uniwersum świata czarownic. 
2. "Węże morskie z Doliny Domnu" Ginger Curry (ocena 0/10)
Koszmar stylu i konceptu, dla światowej literatury byłoby lepiej, gdyby pani Curry nie napisała już nigdy nic więcej poza tym kupsztalem.
3. "Stara ropucha" Geary Gravel (ocena 7/10)
Nareszcie, świetna historia, w sposób istotny, świeży, a przede wszystkim zgodny uzupełnia świat przedstawiony. Tutaj jest to motyw Wielkiego Poruszenia z punktu widzenia mieszkańców pewnej specyficznej mieściny u podnóży gór Karstenu. 
4. "Osąd Neave" Sharian Lewitt (ocena 3,5/10)
Pomysł całkiem niezły, ale niestety nie został właściwie dopracowany. 
5. "Przez księżycową Bramę" Jacqueline Lichtenberg (ocena 0/10)
Wampir w Świecie Czarownic? Serio? Do tego fatalny styl autorki. Żałość i nędza. 
6. "Wyśniony klejnot piratów" Brad i Cynthia  Linaweaver (ocena 2/10)
Niby jest interesujący wątek Sulkarczyków zakładających nowy port, niby jest gigantyczny lewiatan czyhający na nieuważnych żeglarzy u ujścia portu, do tego oczywiście czary i zawiła intryga, niemniej opowiadanie wyszło autorom słabe. Rządzi chaos i nieumiejętność w klarownym zaprezentowaniu wątków. Do tego błędy logiczne gargantuicznych rozmiarów (gigantyczny potwór zostaje uniesiony do nieba?!, co automatycznie spowodować powinno ogromne zmiany w wyporności wód przybrzeżnych, jakieś tsunami, czy coś, a tam ludzie sobie pływają w morzu jak gdyby nigdy nic). Szkoda zmarnowanego potencjału.  
7. "La Verdad: Magiczny miecz" A.R. Major (ocena 3/10)
Kombinacja motywów z "Czarodziejskich mieczy" oraz "Ropuch z Grimmerdale", przy czym miecz pochodzi z XVII wiecznej Hiszpanii. Opowiadanie suche, nudne i zbędne. 
8. "Ciemność nad Mirholdem"  Patricia Mathews (ocena 0/10)
Ordynarne, prostackie i chamskie opowiadanie pozbawione nawet krztyny klimatu i subtelności Świata Czarownic. Do tego przeogromne braki warsztatowe autorki (jakbym czytał Magdalenę Kozak albo Kossakowską) i zerowa fabuła składają się łącznie na obraz nędzy i rozpaczy. Aż się boję co ta mizerna mistrzyni pióra spłodziła wspólnie z Norton pod tytułem "Na skrzydłach magii", mam nadzieję, że Andre wzięła w ryzy tę Mathews, co by nie powstał z tej powieści kupsztal nad kupsztale.
9. "Pawie oczka" Shirley Meier (ocena 8/10)
W końcu coś dobrego w tym mizernych nowel padole. Krótka (tylko 8 stron), ale treściwa i mająca spory ciężar istotności dla świata przedstawionego opowieść osadzona w dalekiej przeszłości kontynentu High Hallack. W dodatku ma też duże znaczenie dla mnie, bo od początku przygody z cyklem fascynuje się motywem ludzi-ptaków takich jak Volt ("Świat Czarownic", "Siostra piasku"; tutaj Wold), Neevor ("Gryf w chwale", "Zaklęcie krwi"), czy Sylvya ("Gniazdo gryfa"), pojawia się również motyw Starej Drogi na Ziemiach Spustoszonych ("Gryf w chwale"). Z tego mogłaby być wspaniała opowieść, szkoda że to tylko 8 stron, bo epickością "Pawie oczka" mogłyby rozdzielić na wszystkie opowiadania w tym tomie. Tylko tytuł taki cienki jest. 
10. "Solny ogród" Sandra Miesel (ocena 4,5/10)
Niezły pomysł, średnie wykonanie, niemniej w kontekście zakotwiczenia "solnego ogrodu" w świecie cyklu, to mamy tutaj do czynienia z kopią "Klątwy Zarsthora", czyli wędrówka przez Pustkowie zakończona odnalezieniem zaginionego miasta i pozbyciem się ciążącej na nim klątwy. Nic istotnego ta historyjka nie wnosi do serii.
11. "Kamienie Sharnonu" Ann Miller (ocena 3/10)
Siódma woda po kisielu, pisanie, że to już było w o wiele lepszej wersji robi się już nudne. Miller wplątuje tutaj jeszcze jakiś dziwaczny wątek Galaktycznych agentów poszukujących w Świecie Czarownic rzadkich metali, czy czegoś. Pojawia się zatem strzelanie z pulsara i przejście przez Bramę. Zieeew.
12. "Bohaterowie" Diana Paxson (ocena 3/10)
Mdła i nijaka historyjka, której fabuła opiera się na wątku imigrantów w Escore. Paxson w posłowiu pisze autoironicznie, że "Prawdziwa Autorka zagląda ci przez ramię i zaczynasz rozumieć, że Ona już to wszystko zrobiła wcześniej i lepiej". Szkoda tylko, że Paxson nie poddała się zanim spłodziła "Bohaterów". 
13. "Nieudany obrządek" Susan Schwartz (ocena 2/10)
Bardzo nieudana próba uzupełnienia dziejów Jeźdźców o jakieś poronione wątki szamańskie. Chaotyczne, nudne i zbędne opowiadanie.
14. "Dni, których jeszcze nie znamy" Melinda Sondgrass (ocena 5,5/10)
W "Czarodzieju ze Świata Czarownic" Kemoc Tregarth i Orsya trafiają do podziemnego i podwodnego miejsca, gdzie na krześle spoczywał zasuszony i martwy jeden z Adeptów. Kemoc wziął wtedy jego miecz i potem za jego pomocą walczył ze złem. W tym opowiadaniu Sondgrass przedstawia historię tego Adepta, dosyć ciekawą, bo Adepta, który nie toleruje magii do tego stopnia, że swoimi własnymi uzdolnieniami zablokował jej dostęp do swojego wyleczenia, wolał być naukowcem. Pojawiają się tutaj też inne postaci i rasy z "Czarodzieja...".
15. "Synowie S'olcariasa" Lisa Swallow (ocena 2/10)
Bardzo słaba i przede wszystkim niespójna z mitologią cyklu próba odpowiedzi na pytanie o genezę Sulkarczyków. 
16. "Strażnik na krańcu świata" David Wind (ocena 3/10)
Pomysł był nawet niezły, ale wykonanie jakieś takie sztuczne i wydumane i nie do końca komponujące się z mitologia cyklu, do tego historia zawiera dziury logiczne, co ostatecznie grzebie jego wiarygodność fabularną.
17. "Królowe przechodzą przez Bramę" Rose Wolf (ocena 1/10)
Trochę nietypowo, bo bohaterem opowiadania jest Petronius, gościu z naszego świata, który na samym początku cyklu pokazał Simonowi Tregarthowi bramę, którą ten przeszedł do Świata Czarownic. Niestety autorka zrobiła z tego jakieś potworne pitu-pierdu i misz-masz wątków Estcarpu i czarownic ... z legendami arturiańskimi. W konsekwencji wychodzi na to, że król Artur to był oczywiście ziomal przybyły z Estcarpu, Petronius to jakaś inkarnacja kumpla Artura oraz św.Piotra, pojawiają się nawet przemieszane z tym wątki chrześcijańskie (Bóg, Jezus, Noe, św. Piotr) oraz personifikacje wiary, nadziei i miłości pochodzące oczywiście z Estcarpu. Bez ładu, bez składu i całkowicie bez sensu.

V. "Opowieści ze Świata czarownic" tom 3 (ocena sumaryczna 3,5/10)
1. "Głos pamięci" M.E.Allen (ocena 2/10)
Fanka Świata czarownic usłyszała o tym, że Andre Norton redaguje "Opowieści ze Świata czarownic" i zaprasza pisarzy do współpracy. Napisała zatem słabiutkie debiutanckie opowiadanie, wysłała je do Norton, ta je przyklepała, w konsekwencji debiutantka klaszcze w rączki z uciechy, że debiutuje i się tym chwali w posłowiu. Wszystko na ten temat.
2. "Suflet kartoflane oczko" Jayge Carr (ocena 6/10)
Tytuł jest przesucharski, ale opowiadanie całkiem sympatyczne i takie nietypowe dla świata przedstawionego. Składa się głównie z dialogów trzech postaci, akcja dzieje się w lasach Arvonu, magii tu prawie nie ma, bohaterowie to zwykli miejscowi wieśniacy, tymczasem wyszło świeżo i z polotem.
3. "Magia myśli" Juanita Coulson (ocena 6/10)
Dobre opowiadanie, przede wszystkim dlatego, że nie wałkuje oklepanych motywów, tylko sięga do motywu ludu, z którym wędrowała Kaththea w "Czarodziejce ze Świata Czarownic". Dzięki temu "Magia myśli" stanowi istotne dopełnienie świata przedstawionego. Niemniej mogło być też lepiej, zarówno warsztatowo, jak i fabularnie, dlatego ocena nie jest wyższa.
4. "Czar serca"  A.C.Crispin (ocena 6/10)
Nie jest to tak dobre opowiadanie, jak inne dzieła Crispin stworzone w ramach uniwersum Świata Czarownic, niemniej "Czar serca" i tak przewyższa o kilka stopni większość pozostałych nowel. Zaletą tej historii jest jej stosunkowo lekki ton, dobry warsztat autorki oraz wiarygodne umiejscowienie w świecie przedstawionym. 
5. "Tkacze" Esther M. Friesner (ocena 5/10)
Króciutka nowela, dosyć męcząca, ale jednocześnie zawierająca w sobie niebanalną prawdę życiową, podaną w subtelny, niemal poetycki sposób. Zatem ujdzie w tłumie. 
6. "Korzeń wszelkiego zła"  Sharon Green (ocena 4/10)
Akcja dzieje się w Escore, niewątpliwie po wydarzeniach opisanych w "Bramie kota". Fabuła pretekstowa ma wprowadzić do dialogu egzystencjalnego pomiędzy przebudzonym Adeptem, a jedną dziewoją w przedmiocie tytułowego korzenia zła. Drętwo i łopatologicznie to napisane (niezbyt pozytywne skojarzenia z mormońskim biadoleniem Orsona Scotta Carda), przez co ginie gdzieś całkiem słuszne przesłanie, że źródłem nie tylko zła, ale i często dobra jest zwyczajny ludzki strach. 
7. "Wiedza"  P.M.Griffin (ocena 3/10)
Jak wiedza, to akcja musi toczyć w Lormcie. Można z tego było zrobić coś naprawdę ciekawego, w końcu to skarbnica wiedzy wszelakiej świata przedstawionego. niestety historia rozczarowuje, napisana naprędce, bez większego pomysłu, pretekstowa i słaba.
8. "Krąg snu" Caralyn Inks (ocena 0/10)
Bezpośrednia kontynuacja wątków z "Dziewięciu słów". Tam było wtórnie, tutaj dodatkowo obrzydliwie od strony moralnej. Nie chce mi się rozpisywać zanadto, ale autorce nie przeszkadza, że jeden z jej bohaterów morduje bestialsko kilka osób, skoro w założeniach noweli jego czyny są usprawiedliwione, bo miało to służyć wyższym mocom niż on. Skandaliczna lektura.
9. "Sokolątko" Patricia Mathews (ocena 0/10)
W "Sokolej krwi", "Sokolim prawie" i kilku innych jeszcze opowiadaniach zostało wyjaśnione jak i dlaczego doszło do tego, że Sokolnicy nie za bardzo lubią kobiety i traktują je przedmiotowo. Tutaj nagle Mathews opowiada zupełnie inną historię, niejako na nowo przedstawiającą stosunki Sokolników i ich kobiet, przy czym jest to o tyle dziwne, że w swej treści "Sokolątko" odnosi się wprost do "Sokolej krwi". Nie ogarniam zamysłu twórczego Mathews i redaktorskiego Andre Norton. Żeby tego było mało opowiadanie jest obrzydliwe, bo jest to historia o chłopcu ukrywanym pod postacią dziewczynki, a zatem jak dziewczynka wychowywanym. Mało tego, pełno tu dziur logicznych, a fabuła jest totalnie pokręcona i jakby wyjęta z innego świata fantasy. Całkowicie zbędne opowiadanie, czuję się po nim zbrukany, jak po kąpieli w szambie.
10. "Dzieci szczęścia" Patricia McKillip (ocena 4/10)
Przeciętna historyjka umiejscowiona na Ziemiach Spustoszonych, było takich już wiele w cyklu.
11. "Dar Gunnory" Elisabeth Waters (ocena 4/10)
Ot zwykła króciutka opowiastka o stawiennictwie chyba najważniejszego bóstwa cyklu.

VI. "Opowieści ze Świata czarownic" tom 4 (ocena sumaryczna 2,5/10)
1. "Córka Godrona" Ann Miller & Karen Rigley (ocena 2/10)
Popłuczyny po popłuczynach, czyli po "Kamieniach Sharnonu". Tam była walka o to, by dziecko poczęte z nasienia ciemności zdążyć przekabacić na służkę światła, jeszcze zanim się urodzi. W "Córce Godrona" dziewczę to już nastoletnie rozprawia się ostatecznie ze swoim demonicznym ojczulkiem. Ani to ciekawe, ani świeże, ani napisane z polotem, tylko drętwo i bez stylu. 
2. "Kwestia magii" Marta Randall (ocena 3,5/10)
Najdłuższe opowiadanie spośród wszystkich nie będących autorstwa Norton, co niestety nie jest równoznaczne z jakością. Sztampowe, bez większego polotu, po raz pińcset pińdziesiąty wykorzystany motyw najazdu Alizonu na High Hallack (kolejna dolina, ile tam może być tych dolin?), kolejna wersja biednej ludności wobec potęgi kolderskich machin. Przed całkowitą degrengoladą "Kwestię magii" ratuje średni humor oraz nie do końca standardowi bohaterowie, dobrani w kompanię z przypadku i przeważnie są to niedojdy. Ale to naprawdę nie jest nic nadzwyczajnego, w morzu tej mizerii, którą zobowiązałem sam siebie przeczytać, staram się znaleźć jakiekolwiek pozytywy, nie da się bowiem ukryć, że z czterech tomów "Opowieści ze Świata czarownic" góra dziesięć opowiadań prezentuje sobą określoną wartość literacką, reszta to zapchajdziury i typowy skok na kasę czytelnika.
3. "Cieśnina burz" K.L. Roberts (ocena 3/10)
Parafrazując piosenkę Armii "opowieść po nic". Poprawnie napisana historia bez puenty, morału, przesłania, czegokolwiek, co można by potraktować jako wniosek, sens tej opowieści, nawet coś w stylu "i żyli długo i szczęśliwie". Nic. Jeżeli autorka coś takiego jednak zawarła w "Cieśninie burz" to tym bardziej wtopa, bo nie sposób tego dostrzec. 
4. "Pułapka świec" Mary H. Schaub (ocena 6/10)
Dobre i wciągające opowiadanie, ciekawie przedstawione, z sympatycznymi i normalnie zachowującymi się bohaterami.
5. "Szepcząca trzcina" Carol Severance (ocena 3/10)
Pomysł niezły, wykonanie tudzież, tylko dlaczego to opowiadanie jest tak przerażająco okrutne, smutne i przesiąknięte samymi negatywnymi emocjami? Miałem takie odczucie czytając "Szepczącą trzcinę", że tak jak kierowanie się przez bohaterów uniwersum świata czarownic niskimi lub egoistycznymi pobudkami kala ich i naznacza Ciemnością, tak mój odbiór Świata Czarownic został skalany tym opowiadaniem. Przez te niezbyt przyjemne doznania muszę istotnie obniżyć ocenę.
6. "Wilkołak" Michael D. Winkle (ocena 0/10)
No nie, znowu inwazja Alizonu, ile można? Beznadziejnie słabe, wtórne, suche i topornie napisane opowiadanie o dobrym wilkołaku. 35 stron męczarni z największym kupsztalem tego tomu.
7. "Ucieczka przemienionej" Lisa Woodworth (ocena 0/10)
Bardzo słaba i topornie napisana kalka z "Widmowego łowcy" Mercedes Lackey.
8. "Sprzedawca mieczy"  Patricia C. Wrede (ocena 2/10)
Nudna i słabo rozpisana historia, której fabuła mogłaby się dziać w dowolnie wykreowanym świecie fantasy. Poza odwołaniem się w treści do "Bursztynu z Quayth" nie ma tutaj za wiele wspólnego ze światem czarownic.

Uff, skończyłem mordęgę z opowiadaniami umiejscowionymi w uniwersum Świata Czarownic. Oczywiście nowele Andre Norton trzymają jej standardowy poziom, niestety zdecydowana większość krótkiej formy innych autorów to siódme wody po kisielu, pozbawione większego pomysłu albo obarczone słabym warsztatem odautorskim. W konsekwencji słabe oceny większości opowiadań.

Na koniec znalezione w sieci, sympatyczne mapki świata przedstawionego:


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Andre Norton - "Świat czarownic" tomy 9-17 (podcykl High Hallack)

Po podcyklu o Estcarpie udało mi się dokończyć podcykl o Arvon i High Hallack. Gdzieś po drodze prawie skompletowałem wszystkie powieści cyklu (zabrakło jednej części) i tak to wyglądało na mojej półce na początku marca:
Nie spodziewałbym się wtedy, że zajmie mi to tyle czasu, a jestem dopiero w 2/3 całego uniwersum o Świecie czarownic. Na szczęście od początku drugiego podcyklu poziom poszedł ostro w górę, widocznie Arvon i High Hallack miały od początku w sobie o wiele więcej potencjału niż Estcarp i Escore.

"Korona z jelenich rogów" tom 9 (ocena 8/10) 
No nareszcie. Trzeba było wyprawy aż na drugi kontynent świata czarownic, cofnięcia się w czasie do początków historii ludu Hallack w krainie dolin i wzgórz, by Andre Norton napisała świetne fantasy od A do Z.
"Korona z jelenich rogów" rozpoczyna podcykl o High Hallack i Arvon. Nadal jest to fajny quest (tym razem ze wschodu na zachód, taki numer), z zupełnie nowym kontynentem, bohaterami, mitologią, ciągle dużo tu magii, tajemniczych miejsc i reminiscencji przeszłości, ale w końcu autorka trzyma równy poziom od początku do końca. "Korona z jelenich rogów" to póki co najlepsza część cyklu, trzymająca w napięciu i zainteresowaniu opowieść o poszukiwaniu przeznaczenia, własnej tożsamości i inne trele. Na uwagę zasługuje wybitnie, jak na Andre Norton, pogłębiony rys charakterologiczny Elrona, kolo ma tutaj całkiem złożone rozkminy moralno-filozoficzne w kontekście odbywanego questu, razem z Gatheą i Gruu przeżywają konkretne i wiarygodne dylematy, zło jest faktycznie złe, ale też jego opozycja względem dobra nadaje powieści zaskakującej dwuwymiarowości.
Poza tym nie ma chaosu w końcówce tak charakterystycznego np. dla pierdu-magii z "Bramy kota", czy "Strzeż się sokoła", autorka wyjaśnia wszystkie wprowadzone wątki. Swoje robi też klimat i ciekawa warstwa plastyczna świata przedstawionego. No prawie same plusy, tak naprawdę o braku maksymalnej puli w skali ocen zadecydował jedynie fakt, że nie bardzo komponuje się osnowa fabularna i mitologiczna "Korony z jelenich rogów" z resztą uniwersum świata czarownic. Ale to taki nieistotny detalik, być może w kolejnych powieściach się coś więcej wyjaśni w tej kwestii. Liczę na to, że od tej pory seria utrzyma taki równy, wysoki poziom.


"Rok jednorożca" tom 10 (ocena 6,5/10) 
Do tej pory Norton wątki miłosne (Simon i Jealithe, Kathhea i Hilarion, Tritha i Sokolnik) przeważnie wplatała do fabuł nieudolnie i na siłę, trochę lepiej jej to wyszło z Kemociem i Orsyą, czy ostatnio w "Koronie z jelenich rogów" z Gatheą i Elronem, gdzie fajnie ten wątek został wpleciony w mitologię powieści. Tym razem jednak autorce udało się w końcu stworzyć perfekcyjną historię miłosną w świecie czarownic. Historia Gillan i Herrela to klasyka klasyki pod tym względem. Nie żebym się tym specjalnie jakoś jarał, to nie moja bajka generalnie (stąd też ocena nie więcej niż 6,5/10), ale doceniam fakt, że to naprawdę dobra pozycja romantycznej fantasy. Przeznaczenie ponad rasowymi podziałami, zagrożenie ze strony zazdrosnego i silnego rywala, budzące się w kobiecie nieokiełznane moce czarownicy, do tego fabuła jak z perfekcyjnego fantasy - tajemnicze stwory, piękna mityczna kraina, podróże w zaświaty i "poczekalnie" zaświatów, poszukiwania siebie podkreślone bardzo dosłownym motywem podzielenia osobowości, najpierw dramatyczne odrzucenie, a potem ognisty powrót do kochanka, normalnie tyle tego się dzieje, że nastolatki powinny piszczeć z zachwytu i podniecenia.
Generalnie dobrze mi się to czytało. Nowi bohaterowie, nowa historia, czasoprzestrzeń akcji to ponownie znane nam czasy potyczek Estcarpu z Alizonem, Karstenem i Kolderem. Quest Gillan i Herrela jest tutaj dosyć umowny, fabuła obraca się przede wszystkim wokół magicznych potyczek Gillan z jawą, snem i niecnymi iluzjami Jeźdźców. Pięć minut dostają w końcu Ogary z Alizonu, przedstawieni tutaj odpowiednio odrażająco i prymitywnie. Nawet epizodyczny motyw wnerwiającego geas nie pozbawił mnie przyjemności z lektury, a to pewnie dlatego, że naszemu bohaterowi udało się przeciwstawić klątwie i dzięki temu wolna wola zwyciężyła.
"Rok jednorożca" nie jest niestety tak dobrą powieścią jak "Korona z jelenich rogów", czegoś brakuje, być może za dużo tutaj było jednak tej pitu-pierdu magii wszelakiej i miłosnej, niemniej jest to pozycja lepsza niż powstałe równolegle (1965r.) opowieści o rodzeństwie Tregarth. Poziom nieco spadł, ale nadal utrzymuje się powyżej średniej całego podcyklu o Estcarpie.


"Lampart" tom 11 (ocena 7/10) 
Tytuł prosty, takowa jest i opowiedziana historia. Bezpośrednia kontynuacja "Roku jednorożca", chociaż następuje tutaj pewne przesunięcie czasowe. Nie chcąc zdradzać za bardzo fabuły, napiszę tylko, że bohaterem jest Kethan, zwykły chłopak, dziedzic możnego rodu z Arvonu, odkrywający w sobie nieoczekiwane talenty, które przy okazji przysporzą mu mnogość problemów.
Porządna, rzetelna fantasy, ni mniej, ni więcej. Pewnym zaskoczeniem jest brak questu, no może poza wyprawą do lasu, ale zasadniczo akcja dzieje się na stosunkowo małej przestrzeni zamku i jego okolic. Oczywiście nie zabrakło geas, ulubionego dla autorki elementu świata czarownic, niemniej został on tutaj wykorzystany wyjątkowo umiejętnie i oszczędnie, no i znowu bohaterowi udaje się to geas przełamać. Coś wychodzi na to, że w Arvonie żyją więksi kozacy, aniżeli pociotki z Estcarpu i Escore, co to nie są w stanie przeciwstawić się narzuconemu sobie rozkazowi. 
Akcja i fabuła są proste i konkretne, Kethan zmierza konsekwentnie od punktu A (dojrzewanie) do punktu B (dojrzałość), logika świata przedstawionego jest spójna, nic tylko czerpać przyjemność z czytania klasycznej fantasy.
Póki co podcykl o Arvonie i High Hallack trzyma równy i wyższy poziom od pierwszych ośmiu części sagi. Oby tak dalej. 


"Czary Świata czarownic" tom 12 (ocena sumaryczna 5,5/10)
Przyszła kolej na pierwszy zbiór opowiadań z uniwersum Świata czarownic pod wielce wysublimowanym tytułem "Czary Świata czarownic". Żeby było zabawnie przeczytałem go w ramach wydanego w Polsce omnibusa pod przekoślawym tytułem "Świat magii czarownic", na który składają się także nowele ze zbioru "Mądrość Świata czarownic". Jak wynika z posłowia tego zbiorku tytuł miał brzmieć sensownie "Magia Świata czarownic", ale gdzieś w postprodukcji nastąpiło pomieszanie z poplątaniem i wyszło ostatecznie i dziwnie jako "Świat magii czarownic". I tak to funkcjonuje sobie na półkach bibliotecznych. W każdym razie na tę chwilę przeczytam tylko trzy opowiadania w ramach "Czarów Świata czarownic", bo to wynika z chronologii cyklu, na "Mądrość Swiata czarownic" przyjdzie czas później.
Pierwszym opowiadaniem jest "Bursztyn z Quayth" (ocena 4,5/10). Ot przeciętna historyjka o opętanym żądzą mocy i władzy mężu, którego do pionu, a właściwie do zaklęcia w bursztyn musi doprowadzić jego niezbyt szczęśliwa wybranka, przy pomocy oczywiście ożywionych starożytnych postaci. w tym aspekcie zresztą zachodzi tutaj analogiczne podobieństwo do opowieści o Hilaronie i Kaththei z "Czarodziejki ze wiata czarownic".
Swoją drogą tak się zastanawiam, że Norton w każdej swojej historii, czy to powieści, czy noweli, budzi do życia jakieś starożytne moce, postaci, gdzie ona to wszystko chce pomieścić w tym świecie przedstawionym?
Kolejnym opowiadaniem jest "Kowal marzeń" (ocena 5/10). Krótka opowiastka o okaleczonym i odrażającym fizycznie kowalu Collardzie, który ma jednak talent i moc do przekuwania snów i marzeń w pełne życia figurki z metalu. Łopatologia tej historii jest porażająca (potworzasty kowal - piękny talent), niemniej nowela kończy się przekutym w jawę marzeniem Collarda i jego wybranki.
Trzecim i ostatnim opowiadaniem tomu 12 jest "Srebrna smocza łuska" (ocena 7/10). Pojawiają się tutaj po raz pierwszy Elys i Jervon, którzy potem zaistnieją na kartach kilku powieści cyklu (tak w każdym razie wynika z katalogu na stronie librarything.com). Akcja rozpoczyna się przed inwazją Ogarów z Alizonu (tutaj przetłumaczonych jako Psy z Alizonu) na High Hallack, w trakcie wydarzeń opisanych w "Świecie czarownic", a więc także przed wydarzeniami z "Roku jednorożca" i "Lamparta" (Almondia wspomina, że wraz z Truanem przybyli z Estcarpu i twierdzy Sulkar, potem zniszczonej podczas wojny z Kolderem). Elys to córka tychże, zaś fabuła "Srebrnej smoczej łuski" opowiada o tym, jak na Elys został nałożony obowiązek pieczy nad swoim bratem bliźniakiem Elynem. Przy okazji Elys poznaje rycerza Jervona i razem przystępują do batalii z siłami zła o duszę Elyna. Generalnie typowe pierdu-pierdu fantasy, ale o wartości tego opowiadania decyduje charakterystyka relacji łączącej bliźniaków, dosyć niebanalna i z ciekawym morałem. 


Trylogia Gryfa
Przyszła kolej na sagę Gryfa w uniwersum Świata czarownic, kult w kulcie można by rzec. Nic tak nie działało na moją wyobraźnię w młodości jak właśnie totalnie nieadekwatne do klimatu świata czarownic okładki Borisa Vallejo z półnagimi amazonkami. 
Słowo "gryf" budzi we mnie zawsze poczucie opadania w otchłań niezwykłości. Jest równie mityczne, jak to, co ma wyrażać, czyli zwierzę z ciałem lwa oraz głową i skrzydłami orła, ewentualnie uszami osła. Mitologia gryfa towarzyszy cywilizacji ludzkiej od jej zarania, motyw gryfa w kulturze jest równie stary jak towarzysząca życiu społecznemu prostytucja. Gryf pojawiał się już w Mezopotamii, kulturze minojskiej (3000-1450 lat p.n.e.), Egipcie, Persji, imperium Achemenidzkim, generalnie przewinął sie jego motyw przez cały starożytny basen Morza Śródziemnego, do tego stopnia, że pojawia się również w Starym Testamencie (Księga Powtórzonego Prawa, a więc najważniejsza księga judaizmu), potem u Scytów, Greków, Celtów, jako stworzenie symbolizujące Chrystusa i jego podwójną naturę, gryf pojawia się w Boskiej komedii Dantego (Pieśń XXIX) itd. aż do czasów współczesnych z tym że od renesansu gryfy były już traktowane li tylko jako motyw artystyczny, a nie zobrazowanie pozornie żyjących stworzeń (filmowa wersja Opowieści z Narnii - nomen omen świetna, Raj utracony Miltona, Harry Potter), motyw gryfa jest także niezwykle popularny w heraldyce, nawet współczesnych zespołów sportowych. To, co najciekawsze w historii gryfa, czyli skąd i dlaczego pojawił się i zakorzenił taki motyw w kulturach wielu narodów, z których większość już wyginęła, niestety ginie w mrokach przeszłości. Tajemnica i jej obraz jednak nadal atakuje z wielu źródeł, nie tylko literatury, czy filmu:
Białogard
Wejherowo oraz miejscowy klub piłkarski Gryf
gryf na sklepieniu Ratusza poznańskiego
gryf z muzeum w Kopenhadze

Świnoujście


Opowieści z Narnii 

Tyle na wstępie. Od początku cyklu czekałem z napięciem, aż dotrę do sagi o Gryfie, zatem jak się ma treść książek Andre Norton do mitologii gryfa?

"Kryształowy gryf" tom 13 (ocena 6/10)
Od "Roku jednorożca" akcja wszystkich opowieści rozgrywa się mniej więcej w tym samym czasie, czyli najazdu Ogarów Alizonu na High Hallack. Tak było także w "Smoczej srebrnej łusce" i jest i tutaj, jedynie "Lampart" toczył się dwa pokolenia później. W odróżnieniu od "Roku jednorożca", czy "Srebrnej smoczej łuski" tutaj siedzimy w samym środku wojny, można by rzec, że w pewnej mierze "Kryształowy gryf" to relacja z frontu. Przy okazji wychodzi na jaw, że Ogary z Alizonu realizują znaną ze "Świata czarownic" i "Świata czarownic w pułapce" politykę Kolderu, a zatem pojawiają się znowu elementy s-f (futurystyczna broń typu czołgi, łodzie podwodne) oraz specyficzne zombie. Czas akcji pokrywa się z początkiem cyklu, bardzo ładnie zaczyna się zazębiać cała saga, odznacza się to sporą spójnością i logiką świata przedstawionego, co jest dla mnie zawsze najważniejsze przy czytaniu tasiemcowych serii.
Oczywiście główna oś fabuły rozgrywa się wokół młodości i dojrzewania Kerovana herbu Gryf, dziedzica Ulm oraz przybranej mu małżonki Joisan z Inthkrypt. Norton zastosowała tutaj dosyć ryzykowny, ale i całkiem udany manewr, dzieląc akcję dwutorowo (rozdziały naprzemiennie są prowadzone w narracji pierwszoosobowej Joisan i Kerovana). Akcja rozpoczyna się mniej więcej kilka lat przed napaścią, bohaterami są Kerovan i Joisan, poślubieni sobie dziedzice nadmorskich dolin, które pierwsze padają ofiarą agresji. Kerovan ma nieco dziwne stopy, poza tym jest to normalna młodzież, aż się dziwiłem, gdy przez iks stron nie wykazywali żadnych uzdolnień magicznych. Tymczasem co się odwlecze, gdzieś w połowie następuje zwrot z atmosfery wojennej w stronę charakterystycznego dla tego świata pojedynku mocy. Quest jest symboliczny, ogranicza się do przemieszczania z miejsca na miejsce, poza krótkim wypadem Kerovana i jego kumpla magika na Wielkie Pustkowie. Tamże Kerovan znajduje tytułowego kryształowego gryfa i podarowuje go Joisan. Potem się szukają, w końcu znajdują, potem walczą z siłami ciemności, by w końcu idąc za rękę udać się w kierunku wschodzącego słońca.
Fajna powieść, taka klasyczna fantasy z wciągającą i trzymającą w napięciu fabułą, i naprawdę dobrą jak na Norton końcówką. Zobaczymy, jak dalej będzie wyglądał poziom trylogii gryfa.
No i trzeba przyznać, że tak totalnie z czapy wziętej ilustracji okładkowej do treści powieści to dawno nie widziałem. Niestety sporo przeszkadza także karygodne tłumaczenie, szkoda że tego tomu nie tłumaczyła Ewa Witecka od większości powieści cyklu.

"Gryf w chwale" tom 14 (ocena 6,5/10)
Co oczywiste, "Gryf w chwale" to bezpośrednia kontynuacja wątków z "Kryształowego gryfa". Zaczyna się małym zgrzytem, bo w pierwszej części Norton dosyć wyraźnie zaznaczyła, że Kerovan i Joisan będą się razem trzymać szczęśliwie itd. Tutaj okazuje się, że jednak nie do końca, Kerovan odjeżdża w siną dal w poszukiwaniu swojej tożsamości oraz Jeźdźców, z którymi trzeba paktować*, a stęskniona Joisan podąża za nim (i szybko dołączają do niej znani ze "Srebrnej smoczej łuski" Jervon i Elys), a poza tym to wszystko i tak było "przeznaczone" i jest częścią "większego zamysłu" (czyjego, to okazuje się na końcu). No ale coś się musi dziać, poza tym przemawia do mnie, że fabuła ładnie zazębia się z wątkami z innych historii High Hallack. Dużą wartością jest też pojawienie się prawdziwego gryfa (Telpher)!, potężnych mocy z przeszłości i wielce interesującego questu. Poza tym zakończenie znowu jest takie, że już powinno być pozamiatane, a Kerovana i Joisan powinny czekać tylko szczęśliwe dni, ciekawe zatem, co tam zostanie wymyślone w "Gnieździe gryfa", by zapełnić 200 stron druku.
Tym razem ilustracja okładkowa całkiem daje radę, ale na osobną uwagę zasługuje klasyczny przypadek fatalnej korekty i wydawania w Polsce serii literackich "jak leci". Jeźdźcy pojawili się po raz pierwszy w "Roku jednorożca", a potem w "Lamparcie". Tłumacz Ewa Witecka nazwała ich tam całkiem trafnie Zwierzołakami od angielskiego Wereriders . Tutaj tłumacz Elżbieta Dagny-Ryńska najpierw nazwała ich prostacko wilkołakami, by natychmiast się wycofać i dalej stosować tylko wersję Wereriders. Z jednej strony świadczy to o kiepskiej formie lub inwencji tłumaczki, z drugiej zaś o mizernej korekcie i/lub wydawaniu trylogii gryfa przed wydaniem "Roku jednorożca". Tak, czy siak wtopa jest duża.
*  "Gryf w chwale" jest preludium do "Roku jednorożca", pojawia się tutaj m.in. Herrel i inni Jeźdźcy

"Gniazdo gryfa" współautorka A.C.Crispin tom 15 (ocena 8/10)
Pierwsza i nie ostatnia powieść cyklu napisana przez Andre Norton wspólnie z innym twórcą. Tutaj jest to nieznana mi z samodzielnych prac Ann C. Crispin.
"Gniazdo gryfa" to oczywiście kontynuacja fabularna "Gryfa w chwale", akcja toczy się po "Roku jednorożca" (wzmianka o przybyłych do Arvonu Jeźdźcach i ich żonach), Kerovan i Joisan od trzech lat wędrują sobie po Arvonie (jak tam trafili, to nie mam pojęcia, ale geografia Świata czarownic jest w wielu miejscach zagadkowa, poniższe mapki niewiele objaśniają), a Kerovan czuje dziwny zew z północnego-wschodu krainy. Początkowo przed nim ucieka, by ostatecznie się mu poddać i tym samym doprowadzić siebie, Joisan, spotkanych znowu po drodze Elys i Jervona oraz kilku innych znajomych do ostatecznej konfrontacji z Tym-Co-Przemierza-Szczyty oraz tytułowego gniazda. 
Początkowo czytając "Gniazdo gryfa" byłem zniesmaczony odczuciem, że powieść ta jest absolutnie zbędna. Kerovan na wstępie znowu ma jakieś rozkminy, znowu nie wie, czego chce, dochodzi do tego miałki wątek "nie jestem w pełni mężczyzną, nie mogę dać Joisan dziecka" i inne podobne bzdury. Nudne i wtórne. Dopiero gdzieś od połowy zacząłem doceniać "Gniazdo gryfa" i traktować jako pełnoprawne dopełnienie trylogii gryfa, autorki zamykają tutaj wszystkie wątki rozpoczęte w "Kryształowym gryfie" (m.in. odpowiedź na pytanie dokąd wiedzie tajemnicza droga na Ziemiach Spustoszonych, na której Kerovan znalazł kryształowego gryfa), czy nawet z innych powieści (fenomenalny motyw Tego-Co-Przemierza-Szczyty z "Roku jednorożca" tutaj zostaje wyjaśniony). W ogóle zakończenie "Gniazda gryfa" jest wyśmienite, chyba najlepsze spośród wszystkich dotychczas przeczytanych przeze mnie powieści cyklu. Epicko rozpisane na kilkanaście postaci, z których każda ma do odegrania jakąś rolę w spektaklu. Wyborne fantasy, dałbym maksa, ale ocenę obniżają wspomniane wstępne rozkminy Kerovana oraz nieco słaby początek. 

Podsumowując, całkiem udana była ta trylogia gryfa, chociaż masakryczne momentami rozkminy i ból dupy Kerovana mogły się skończyć na pierwszym tomie, kiedy było to uzasadnione jakby rozwijaniem się postaci w ramach fabuły. Najsłabszy fabularnie był "Kryształowy gryf", "Gryf w chwale" fabułę miał bardzo dobrą, ale został przygnieciony Kerovana "poszukiwaniem siebie". Za to "Gniazdo gryfa", chociaż początkowo słabuje, to potem jednak daje czadu pod każdym względem i udanie wieńczy dzieje Kerovana i Joisan w głównych rolach. Poza tym czytając trylogię gryfa (a na pewno drugą i trzecią powieść) miało się w końcu poczucie, że twórcy piszą o naprawdę potężnych mocach i ważkich wydarzeniach dla całego świata przedstawionego. Zyskała na tym przede wszystkim epickość i doniosłość opisywanych wydarzeń oraz postaci głównych bohaterów.

"Klątwa Zarsthora" tom 16 (ocena 5/10) 
"Klątwa Zarsthora" to jest zupełnie odrębna od pozostałych opowieść, eksplorująca intensywnie wątek Ziem Spustoszonych. Młoda szlachcianka Briksja z High Hallack, w wyniku zawieruchy wojennej z Alizonem, trafia właśnie na te Ziemie, gdzie musząc przetrwać zmienia się z delikatnej panienki w surwiwalowca pełną gębą. Żyjąca z dnia na dzień osamotniona dziewczyna, której towarzyszy jedynie tajemnicza kotka Uta, przemierza przez trzy lata zdziczałe krainy, sama popadając w zdziczenie, by w końcu napotkać na swej drodze pogrążonego w szaleństwie lorda Marbona i jego giermka, co prowadzi do tego, że zostaje wplątana w historię tytułowej klątwy, przy okazji odkrywając swoje magiczne moce.
Na tle innych opowieści ze Świata czarownic, to "Klątwa Zarsthora" jawi się wtórnie i przeciętnie. To już gdzieś było, w dodatku w nieco lepszej wersji (np. "Rok jednorożca"). Sama historia także nie porywa, ot standardowa historyjka cyklu, nieco bardziej rozbudowane opowiadanie. Do tego czary-mary są tutaj niejasne, a sama istota klątwy nie zostaje wyjaśniona (chociaż to akurat wynika niejako z istoty interakcji pomiędzy Eldorem a Zarsthorem, że każdy z nich już nie pamięta dlaczego ten drugi został obłożony klątwą przez tego pierwszego).
Tak, czy inaczej powieść do przeczytania i zapomnienia, gdyż nie wydaje mi się, aby którykolwiek z bohaterów miał się jeszcze w cyklu objawić.
Btw, nie rozumiem dlaczego tytuł powieści to "Klątwa ...", a w treści wszędzie jest "Przekleństwo". Ktoś ogarnia politykę polskich wydawców?
Btw2 nie muszę chyba też wspominać, że ilustracja okładkowa ma się do treści "Klątwy Zarsthora" jak pięść do nosa.


"Tkaczka pieśni" współautorka A.C.Crispin tom 17 (ocena 10/10)
"(...)nigdy nie zapomina się najlepszych pieśni(...)" 
Wspaniałe, epickie, pełne rozmachu dzieło, jest tu wszystko, co najlepsze w Świecie czarownic. W zasadzie nie jest to historia w ramach podcyklu High Hallack, "Tkaczka pieśni" podchodzi do tematu globalnie wyśmienicie łącząc jedną fabułą krainy Arvonu, Estcarpu i Escore. Tytułowym kowalem pieśni* jest Eydryth, córka Elys i Jervona, sekunduje jej Alon, tajemniczy chłopak ze "Strzeż się sokoła". Tak więc z jednej strony jest to kontynuacja trylogii gryfa, z drugiej dopełnienie wątku Alona i Yachne ze "Strzeż się sokoła". 
"Tkaczkę pieśni" można śmiało nazwać eposem cyklu. Eydryth rusza w podróż po świecie czarownic, aby znaleźć rozwiązanie na chorobę ojca odnaleźć zaginioną od dekady matkę. W tym celu trafia z Arvonu do Estcarpu i Es, potem do Lormtu i Escore, by wrócić do Arvonu. Po drodze spotyka Alona, z którym od tej pory musi się zmierzyć z ciemnymi machinacjami Yachne. Pojawiają się też tutaj nowe postaci, jak kronikarz Lormtu Duratan, czy jego żona Nolar (mniemam, że będą to bohaterowie trzeciego podcyklu, czyli Kronik Świata czarownic, ale to dopiero przede mną), jak i znani wcześniej Kyllan, Dahaun, Yonan i Uruk, Dinzil, Kerovan, Joisan, Jervon, Elys i ich pozostałe dzieci, nawet gryf Telpher z "Gryfa w chwale". 
Dużo się dzieje, akcja rwie do przodu i przykuwa uwagę epickością, wszystko się kupy trzyma, bohaterowie są spoko, wspaniała akcja przez wszystkie kontynenty, generalnie wyborne fantasy. Do tego umiejętne wyjaśnienie wątków Alona i Yachne, na co narzekałem przy lekturze "Strzeż się sokoła". "Tkaczka pieśni" to najlepsza powieść z cyklu Świat czarownic, póki co. Oby tak dalej, widać, że pisanie przez Norton wspólnie z A.C.Crispin wychodzi tylko serii na dobre. 
* taka sytuacja - tytuł angielski "Tkaczki pieśni", to "Songsmith", czyli kowal pieśni, proste jak budowa cepa; w całym cyklu (m.in. w prologu do "Gniazda gryfa", którego autorem ma być Eydryth), występuje nazwa zawodu "kowal Pieśni", zatem, do kroćset fur beczek, dlaczego tytuł powieści, jak i elementy treści odnoszące się do kowala Pieśni brzmią "tkaczka Pieśni"?; po prostu karygodny brak poszanowania ze strony wydawnictwa dla samej powieści, jak i czytelnika

Tym sposobem zakończyłem czytanie podcyklu o High Hallack i Arvonie.