czwartek, 21 stycznia 2016

Ebola cz.2 (Richard Preston - "Strefa skażenia")

5 października 2014r. zamieściłem na blogu recenzję powieści "Ebola". Pisałem wtedy m.in., że Ebola w jakiejkolwiek postaci nie zagraża ludzkości jako takiej, no chyba że nagle 7 miliardów ludzi zacznie kąpać się w krwi chorych na ebolę, czy też nie przestrzegać elementarnych zasad higieny.

Wbrew gromkopierdnym hasłom marketingowym na okładce książki, "Strefa skażenia" to głównie opis wydarzeń, które miały miejsce w amerykańskim mieście Reston w 1989r., kiedy to w małpiarni pewnej firmy importującej małpy wybuchła epidemia nowego wirusa, później nazwanego ebola reston. O tych wydarzeniach (podczas których ostatecznie nie zginął żaden człowiek, żaden też nie uległ zakażeniu wirusem) traktuje 2/3 książki Prestona, reszta opowiada o wydarzeniach związanych z występowaniem pozostałych filowirusów, czyli marburga, eboli zair i eboli sudan. 
Nancy i Jerry Jaax, epidemiolodzy wojskowi, którzy występują w książce Prestona 
spotkanie studentów z autorem
"Strefa skażenia" jest niestety książką słabą, napisana jest głównie w tonie taniej sensacji, a sam autor chyba nie za bardzo wie, jak pisać, co chwila nadużywa takich ostatecznych terminów jak "zagłada ludzkości", "eksterminacja", "prawie zniszczył ludzką populację w płd Sudanie" (tj. 150 na 250 osób zakażonych, coś mała ta populacja) oraz stara się cały czas podtrzymywać atmosferę armagedonu, czy to poprzez zawarty w tonie sensacyjnym opis wydarzeń w Kenii 1980 (marburg), południowym Sudanie w licpu 1976r. (ebola sudan), północnym Zairze we wrześniu 1976r. (ebola zair), czy laboratoryjny wirus ebola reston z 1989r. Całość uzupełniona jest sformułowaniami jak z podróby Homera "wirus przeszedł jak ogień", "uderzył w niego jak bomba", ciężko się to czyta, kiedy nie jest się kilkunastoletnim gówniarzem, na którego kiedyś takie tanie zagrywki działały. Dopiero, gdy autor zaczyna sprawozdawczo, bez emocji, relacjonować wydarzenia, wtedy czytało się z większym zainteresowaniem, Tak naprawdę z całej książki wystarczy przeczytać niektóre rozdziały z części pierwszej (te opisujące epidemie w Afryce) oraz rozdział "Najgroźniejszy szczep", gdzie znajduje się podsumowanie wiedzy na temat ebola. Reszta to tylko męczarnie z chaosem narracyjnym i pisaniem autora o niczym. Tematyka jest oczywiście bardzo interesująca, natomiast sama książka jest słabiutka, napisana chaotycznie, kiepska stylistycznie. Nadto, pomimo że to praktycznie literatura faktu, to autor pozwala sobie na dziwne zagrywki typu opis koszmarnego snu szeregowca biorącego udział w oczyszczaniu małpiarni w Reston, o ataku małpy dzierżącej strzykawkę w ręku. Czemu to ma służyć, poza próbą wywołania tandetnej grozy, to nie wiem. 

Dla uporządkowania tematyki filowirusów (wirusów nitkowatych):
- marburg, bardzo zakaźny drogą bezpośredniego kontaktu z wydzielinami chorego, śmiertelny na poziomie 20-60%
- ebola sudan, bardzo zakaźny drogą bezpośredniego kontaktu z wydzielinami chorego, śmiertelny na poziomie 30-70%
- ebola zair, bardzo zakaźny drogą bezpośredniego kontaktu z wydzielinami chorego, śmiertelny na poziomie 50-90%
- ebola reston, bardzo zakaźny drogą oddechową wyłącznie wśród małp, śmiertelny na poziomie 50-90%.

Rzeczą, która naprawdę intryguje jest zagadka, dlaczego tak bliźniaczo podobne do siebie pod względem molekularnym wirusy ebola zair i ebola reston tak różnie reagują na ludzi. Jest to szczególnie istotne, jeżeli weźmie się pod uwagę, że wysoce letalny dla ludzi ebola zair przenosi się drogą bezpośredniego kontaktu z wydzielinami chorego organizmu, natomiast nieszkodliwy dla człowieka bliźniak ebola reston drogą oddechową. Ebola zair zatem jest niegroźny globalnie, z uwagi na sposób przenoszenia się i wysoką śmiertelność gospodarza, przez co łatwo jest izolować wirusa. W związku jednak z tym, że w przyrodzie wszystko ewoluuje, powstaje pytanie, co się stanie, gdy ebola reston zmutuje i zacznie być groźny dla ludzi albo też ebola zair zmutuje i zacznie przenosić się powietrzem? Wtedy faktycznie gromkopierdne hasła o zagrożeniu dla ludzkości ze strony eboli mogą stać się faktem, a średniowieczna dżuma przy eboli będzie niegroźną bajeczką dla dzieci. Z książki "(...) wirusy zair i reston są tak podobne do siebie, że trudno byłoby powiedzieć, czym się różnią (...)".

Drugą intrygującą kwestią, pytaniem, które stawia książka, a które nurtuje wirusologów od kilkudziesięciu lat, jest to, gdzie w strefie tropikalnej znajduje się rezerwuar filowirusów. Zdaniem Prestona ich matecznikiem jest grota Kitum w masywie góry Elgon położonej w zachodniej Kenii, przy granicy z Sudanem, Zairem, jeziorem Wiktorii oraz w masywie Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Inną wysuniętą przez Prestona hipotezą, już mocno bajkową, jest, że wszystkie współczesne, "demoniczne" wirusy takie jak właśnie filowirusy i wirus HIV (którego genezą jest także Afryka tropikalna, rozniesiona po świecie po zabetonowaniu magistrali kinszaskiej) pojawiły się w wyniku wyniszczenia przyrody równikowej, lasów, zwierząt, rabunkowego wyjaławiania przyrody przez ludzi. Coś w tej teorii jest, ale nie da się tego udowodnić.

Podsumowując, "Strefa skażenia" jest słabo napisaną książką, natomiast warto się z nią zapoznać, bo w dosyć przystępny sposób (i jest to jedyna zasługa autora) prezentuje wszystkie znane do tej pory filowirusy. 
siostra Marietta nad grobami bliskich, ofiar ebola zair 1976r. (zdjęcie pojawia się w książce, wrzucałem je też swego czasu  na bloga we wpisie z 5.10.2014r.
Krótki wywiad z Karlem Johnsonem, któremu zawdzięczamy nazwę wirusa ebola. 
grota Kitum, pan Chepso opowiada m.in. o zwyczajach słoni związanych z właściwościami geologicznymi groty Kitum, szkoda że tak kaleczy angielski, w tle słychać nietoperze, domniemanych nosicieli filowirusów
tutaj nieco bardziej przystępnie o grocie Kitum i eboli
zajawka WHO z 2014r. o fizycznych objawach eboli
i jeszcze bajeczka o zarażaniu ebolą

Ps. Richard Preston to brat Douglasa Prestona, którego sensacyjne powieści dosyć często czytam i recenzuję.

niedziela, 3 stycznia 2016

Skrót za siatkę cz.12 - wydanie noworoczne

Z rozpędu po napisaniu pierwszej notki na bloga od ponad trzech miesięcy wrzucam podsumowanie mojego jesiennego czytelnictwa.

Żądza krwi
Thomas Enger
Cykl: Henning Juul (tom 3) 
I co z tego, że czyta się nieźle, Enger ma coraz lepszy warsztat, fabuła jest ok, skoro autor mnoży tajemnice jak grzyby po deszczu, a w dodatku ich nie wyjaśnia. Czyli co? Żeby dowiedzieć się, kto podpalił chatę głównego bohatera albo dlaczego jego siostra i matka go nienawidzą czytelnik musi czekać do planowanych jeszcze trzech tomów cyklu, których ani widu ani słychu? Mam się o tym dowiedzieć np. w 2020 roku, w 2030? Co to za jaja są, a potem się okaże że wielka tajemnica rozpisana na sześć tomów jest zwykłą wydmuszką, czy też innym sucharem. Takiego wała, panie autor, za kilka lat nie będę już pamiętał, o co chodzi, zatem po raz kolejny zostałem przez pana oszukany.



Zaklęci
Graham Masterton
Klasyczny przykład twórczego wykorzystywania przez Mastertona motywów wierzeń ludowych, mitów, bajań, i innych aspektów pogańskich. W "Zaklętych" pisarz stworzył dosyć interesujący miks wierzeń celtyckich, mitu o "Szczurołapie z Hameln" oraz kabalistycznych pięciu żywiołów świata.
Jedna z lepszych książek Brytyjczyka, gdyby jeszcze w tym wszystkim Masterton posiadał talent literacki i zafundował chociaż odrobinę klimatu, zamiast siermiężnej siepaniny i festiwalu krwi, flaków, seksu, okrucieństwa i innych elementów gore, to "Zaklęci" byliby wyśmienitą powieścią. Bo horror Mastertona to bezprzedmiotowa, pozbawiona subtelności rzeź, brak tutaj strachu, tak samo było zresztą w "Bezsennych", powstałych w podobnym okresie czasu i także wykorzystujących różne aspekty ludowe. Tak naprawdę "Zaklęci" lepiej by się sprawdzili jako mystery fantasy, ta otoczka gore zwyczajnie obniża jakość powieści.
Ale zakończenie wymiata, za najlepsze z możliwych podsumowanie historii ocena poszła dwa oczka w górę.

Alfabet Suworowa
Wiktor Suworow, Piotr Zychowicz
Dwie rzeczy mi tutaj przeszkadzają:
1) formuła alfabetu przyjęta dla książki, z natury swej narzuca istotne ograniczenia w przekazie istotnych faktów; "Alfabet Suworowa" to nie jest książka o historii, to książka publicystyczna, zawierająca opinie Suworowa o historii w oparciu o określone fakty historyczne, jest to istotna różnica, którą niestety bardzo często (zapewne celowo) zaciera się, tak aby czytelnik nie był w stanie sam wyrazić swojego zdania, bo zwyczajnie nie serwuje mu się kompletu suchych faktów, tylko domniemania (i nie zmienia tego fakt, że większość opinii Suworowa w mojej ocenie jest całkiem trafnych, chodzi mi po prostu o zbyt agresywną, prostacką formę przekazu),
2) osoba Piotra Zychowicza, przeprowadzającego wywiad i sprawującego ogólną pieczę redaktorską nad całością; tenże quasi-historyk, a w rzeczywistości opiniotwórczy publicysta, do którego opinii na temat historii II wojny światowej mam bardzo duży dystans, jest jeszcze młody, a jego arogancka, stara jak świat postawa "wszyscy się mylą, tylko ja mam rację", jeszcze bardziej ten dystans zwiększa.
W mniejszym stopniu, ale przeszkadza mi także nadużywanie skrajnych twierdzeń, górnolotnych przymiotników praktycznie na każdą okoliczność np. genialny taktyk, znakomity, straszliwy zbrodniarz w sytuacji, gdy wystarczyłoby użycie słowa dobry, niezły, czy zły (czy zbrodniarz może nie być straszliwy albo zły?). Nie podejrzewam o to samego Suworowa, zatem to zapewne kwestia tłumaczenia, które jak wiadomo często jest twórcze, jeżeli sprawa tego wymaga (tłumacz nie jest podany, więc to pewnie robota samego Zychowicza). W ogóle mocno nierzetelne jest wydanie tej książki, bo nie wiemy, w jakim języku wywiad był przeprowadzany oraz kto tłumaczył poszczególne hasła alfabetu.
Z kwestii merytorycznych, to wspomniane ograniczenie wynikające z formatu sprawia, że omówienie poszczególnych haseł ma charakter pretekstowy, a zdecydowanie więcej szczegółów można poznać w konkretnych pozycjach Suworowa, zresztą sam autor kilkukrotnie odsyła do swoich książek.
Więcej daje pod tym względem wywiad, z którego możemy się dowiedzieć kilku ciekawych informacji o samym Suworowie oraz jego wizji współczesnej Rosji, jako kraju jałowego etnicznie ("upadek rosyjskich mężczyzn"). Rozważania te są interesujące, bo pokazują od zupełnie innej strony sytuację wewnątrzrosyjską. Nie do końca jednak zgadzam się z oceną Putina i jego polityki, moim zdaniem Suworow ukazuje go zbyt jednostronnie i go nie docenia. 
Niezależnie od oceny "Alfabetu Suworowa" jako samodzielnej książki historycznej, jak również pewnego naturalnego "rosjocentryzmu" autora, nie da się ukryć, że Suworowa czyta się świetnie, bo nie owija w bawełnę i mówi jak jest. Facet wyciąga z kapelusza różne ciekawe fakty z życia i takie wartościowe postaci rosyjskie jak Oleg Pogrebiński, Andriej Własow, czy Michaił Łukin.

Sweetland
Michael Crummey
Nie wiem, co jest takiego dobrego w pisarstwie Crummeya, ale facet jest genialny. Napisał trzy powieści i po każdej z nich nie jestem już tym samym czytelnikiem, co onegdaj.
"Sweetland" jest świetny tam, gdzie nieistotne są słowa, w klimacie odosobnienia. To, co niewypowiedziane, jest tutaj najlepsze, posmak pewnej atawistycznej tajemnicy związanej z ludzkim losem. Poezja prozą pisana, a w jej zakamarkach odwieczne sekrety człowieczej egzystencji. Nie podane wprost, nie podane w ogóle, ale kryjące się za samotniczą egzystencją Mosesa Sweetlanda. Gdzieś tam tkwi klucz do zrozumienia, umiejętność odbierania świata każdą komórką swojego ciała, samotność z wyboru, scalenie z samotnością porzuconej przez ludzi wyspy. Zabawa w Robinsona Crusoe z donkiszotowskim skutkiem.
"Popatrzył po wzgórzach wokół zatoki, rozszumianych wodą spływającą z topniejącego na słońcu śniegu. Zawsze uwielbiał ten dźwięk, wyczekiwał na niego każdej wiosny. Gdy go słyszał, nie miał wątpliwości, gdzie jest jego miejsce na ziemi. Zawsze czuł, że to więcej, niż mógłby chcieć - móc budzić się tutaj, patrzeć na te wzgórza." 
Bo czymże jest samotność? Ludzkość - skupisko oddzielnie myślących jednostek, odrębne wyspy na wspólnym oceanie, solipsystyczna egzystencja Mosesa Sweetlanda, duchy przeszłości przenikające rzeczywistość, która przestaje być jakąkolwiek rzeczywistością, kiedy brakuje punktów odniesienia, stycznych wysp. Jak z powieściowej prognozy pogody: "Umiarkowane wiatry. Przelotne opady śniegu. Minus jeden" A wkoło szaleje apokaliptyczny sztorm. 
I to niesamowite zakończenie, po którym ciągle mam ciarki na plecach.

Ślepowidzenie
Peter Watts
No i stało się. Po kilku latach przymiarek przymierzyłem się i zwalczyłem "Ślepowidzenie" Wattsa. Apetyt rósł wykładniczo do wzrostu hype'u wokół powieści od daty premiery. Wyobraźnię mam sporą (chociaż po lekturze mam poważne wątpliwości, czy to nie jest czasem jakiś chiński pokój), oczytanie tudzież, spodziewałem się zatem nie wiadomo jak genialnej rzeczy, a dostałem tylko świetną very hard s-f, gdzie kluczowym elementem jest science. Kocham i uwielbiam, najlepszy, najbardziej pobudzający zwoje mózgowe gatunek literacki i najtrudniejszy do pisania.
Aby wyciągnąć ze "Ślepowidzenia" max 50% ekstraktu, to trzeba przestawić się na inne myślenie o rzeczywistości, spojrzeć na nią analitycznie, na 100% esktraktu potrzeba nie tylko kilkukrotnej lektury, ale także solidnych podwalin w naukach ścisłych. Spełniłem co najwyżej warunki na 50%, ale i tak jestem ukontentowany, chociaż przy takim hype wolałbym bym być wNiebowzięty.
Do rzeczy. Nic tak nie działa na skuteczność przekazu jak tworzenie podziałów dychotomicznych i Watts korzysta z tej zasady pełnymi garściami. Świadomość i pień mózgu, inteligencja i ego, widzenie i ślepowidzenie, somnambulizm oraz czytanie w myślach, ruchy sakkadowe i białkowe komputery, tożsamość i chiński pokój. Peter Watts wziął się za bary z wszechświatami mózgu, największą tajemnicą ludzkości, aby odbyć podróż do wewnątrz udał się na skraj Układu Słonecznego, do hipotetycznego obłoku Oorta, gdzie konfrontuje posthumanistyczną ludzkość z alienami. Watts nie tylko tworzy jedną z najbardziej fascynujących wizji pierwszego kontaktu, na którą składa się design obcych, ich "cywilizacja", środowisko naturalne, biologia itd., ale także rozprawia się z przyszłością człowieka, jako istoty o określonych cechach morfologicznych oraz dorzuca sugestywny, chociaż niezbyt poważny, wątek homo sapiens vampiris. Tworzy się z tego zdumiewająco skondensowany, ciężki w odbiorze, ale i dający dużą satysfakcję poznawczą konglomerat nauk wszelakich, od biologii molekularnej po rozważania natury etycznej, od kosmosu neuronów do kosmosu brązowych karłów. Wszystko to fascynuje, wciąga i przewraca i daje ogromne pole do przemyśleń o otaczającej nas rzeczywistości.
fan art
"Ślepowidzenie" ma w sumie jedną wadę, która jednak sprawia, że powieść nie jest genialna. Dzieło Wattsa jest tak gęsto upakowane nauką i przeważnie udaną próbą jej sprzedania czytelnikowi (o ilości elementu science powinno świadczyć to, że autor pozwolił sobie na końcu dodać kilkunastostronicowe przypisy z obszerną bibliografią), gdzieś ginie płynność akcji. Nie jest to jakaś wielka wada, ale "Ślepowidzeniu" bliżej przez to do traktatu, rozprawki naukowej, aniżeli pełnokrwistej s-f. 
Pewną pomocą przy czytaniu "Ślepowidzenia" służy oficjalna strona autora www.rifters.com/blindsight, gdzie można znaleźć profil Tezeusza, opis bohaterów, naukowy żarcik o wampiryzmie i inne bajery. 
A teraz oddaję głos autorowi (kilka cytatów):
"Gdyby ludzki mózg był tak prosty, że dałby się zrozumieć, my bylibyśmy tak prości, że nie dalibyśmy rady"
"Mózg to maszyna do przetrwania, nie wykrywacz prawdy. Jeśli do przetrwania trzeba się samooszukiwać, mózg kłamie. Przestaje zauważać ... nieistotne rzeczy. Prawda się nie liczy. Tylko przeyżycie. I teraz już w ogóle nie doświadczacie świata takim, jakim jest. Żyjecie w symulacji zbudowanej z założeń. Uproszczeń. Cały gatunek standardowo cierpi na agnozję. Rorschach nie robi wam nic, czego byście sami sobie nie robili"
"Żaden system nie może w pełni zrozumieć samego siebie" (o człowieku)

Listy z Hadesu. Punktown
Jeffrey Thomas
Seria: Uczta Wyobraźni
Nie, nie, nie, nie, nie, jeszcze raz i po stokroć nie! Stanowczo i dobitnie protestuję przeciwko serwowaniu mi tak pretensjonalnych, nadętych, prostackich, infantylnych, głupiomądrych, kiczowatych, pustych, bezmyślnych, tępych, PRÓŻNYCH, daremnych, niepotrzebnych, nudnych, fatalnych, nieciekawych, drętwych, BANALNYCH, miałkich, męczących, jałowych, napuszonych, afektowanych, manierycznych i zwyczajnie, fatalnie, tragicznie beznadziejnych quasi-dzieł jak recenzowany dwupak Dżefreja Thomasa i to w dodatku jako Ucztę Wyobraźni! 
Cóż za dramat. Brak mi słów, żeby oddać przeżywane przeze mnie katusze. Te dialogi, te postaci, te fabuły, te światy przedstawione - czegoś tak źle napisanego to nawet Uznański do spółki z Komudą by nie wypłodzili. Zdecydowanie najgorsza pozycja w historii UW, raczej sabotaż, aniżeli rzecz mająca konkurować w serii z takimi pozycjami jak "Ślepowidzenie", czy "Rzeka Bogów". To się nie umywa nawet do bardzo złej "Trójki" Chapmana, bo tam przynajmniej był zamysł. "Punktown i Listy z Hadesu" to literacka padlina. 
Parafrazując genialny utwór Armii*, Jeffrey Thomas stworzył "słowa donikąd, literaturę po nic". 
PS Swoją drogą skoro taki hardy i kontrowersyjny ten Thomas, to dlaczego nie napisał w "Listach z Hadesu" o bogu pewnej miłującej pokój religii z Bliskiego Wschodu?
* Armia "Piosenka po nic"

V jak Vendetta
Alan Moore, David Lloyd
Genialny klimat, świetna kreska (te cienie!) i absolutnie fatalna, zgniła fabuła. Komiks sprzeczności. Państwo Margaret Thatcher jako źródło inspiracji? Buahahaha. To dzięki tej kobiecie Wielka Brytania nadal istnieje, ale to w sumie już nie potrwa długo. Dzisiejsze wydarzenia polityczne w Europie, z rozwydrzoną poprawnością polityczną (LGBT i inne jenoty) i inwazją roszczeniowych muslimów pokazują, że ludzi trzeba trzymać krótko, bo głupieją od tej wolności. Zasady moralne, brak zasiłków, praca, praca i jeszcze raz praca, a państwo będzie rosło w sile i dobrobycie własnych obywateli.
A co mamy w "Vendecie":
- państwo dające ludziom pracę i bezpieczeństwo (postulat socjalistyczny) i rozprawiające się z LGBT, socjalistami i czarnymi (klasyczny faszyzm),
- państwo prowadzące obozy koncentracyjne i eksperymenty medyczne (ok, to jest bardzo złe),
- republikę bananową, u której szczytów władzy stoi garstka ludzi utrzymująca tę władzę przy pomocy sterowanych mediów, silnego aparatu inwigilacji i karmienia społeczeństwa niskimi potrzebami (czym to się niby różni od współczesnej Polski?),
- ale też państwo, które wprowadziło porządek po latach wojny i zawieruchy, starające się wyprowadzić kraj z nędzy, która zresztą panuje wszędzie na świecie po wojnie nuklearnej, 
- z drugiej strony nawiedzony, obłąkany główny bohater - psychopata, wprowadzający chaos i terror na ulicach, w dodatku stosujący wobec swojej podwładnej tortury psychofizyczne najgorszego sortu, czyli de facto bohater bardziej zły i dwuznaczny moralnie od złych faszystów, 
- główna bohaterka, to jakaś zabiedzona intelektualnie gęś, w dodatku o słabym charakterze, skoro postanawia się prostytuować, zamiast znaleźć drugą pracę,
- cała rzesza drugoplanowych, normalnych postaci (w sensie mających normalne namiętności typu władza, czy pieniądz, a nie zakładanie zboczonej maski), które ratują wiarygodność tej groteskowej historii.
Fabularnie to jest jakaś kicha z kaszaną, wszystko jest tutaj odwrócone na nice, przyczyny zamieniły się ze skutkami (chaos wojny wewnętrznej jest odpowiedzią na porządek społeczny faszyzmu?), wielkie zło (psychopatyczny terrorysta w schizowatej masce) ze złem względnym (ustrój zastany na łamach powieści na swoje plusy dodatnie i plusy ujemne). Generalnie mdłości mnie momentami brały od zgnilizny moralnej toczącej "Vendettę", Moore był chyba na Mocarzu podczas pisania komiksu. 
Na szczęście karty komiksu rozsadza wręcz kosmiczny klimat, który udało się wykreować twórcom. Coś fantastycznego. Ten klimat wynagradza niedostatki fabuły i sprawia, że "Vendetta" zapada w pamięć.

Podróż, która zmieniła świat. Darwin na pokładzie Beagle'a
Alan Moorehead
Sympatyczna, utrzymana w familijnym tonie opowiastka o sympatycznym, dobrym Darwinie, który wybrał się w podróż dookoła świata w towarzystwie neurotycznego, ale sympatycznego kapitana Fitzroya na sympatycznym Beagle'u. Aż ciepło się robi na serduszku. Całość uzupełniona jest hurtową ilością obrazków z epoki, które dodają specyficznego, nostalgicznego klimatu dawnej przygody. Nie ma co ukrywać, to nie jest pozycja, z której czytelnik dowie się poważnych rzeczy o teorii ewolucji, czy samym Darwinie. Ale i tak jest sympatycznie.




Umowa z Bogiem - trylogia
Will Eisner
"Żyd Fagin" tegoż Eisnera był sztampową, mizerniutką fabularnie próbą rehabilitacji jednego z antogonistów Olivera Twista. 
Trylogia posiada te same wady, co "Żyd Fagin". Tutaj nie ma naturalnych dialogów, rozwoju postaci, bohaterowie, zdarzenia są sztampą, za pomocą której w dwóch, trzech obrazkach Eisner kreśli cechy charakterystyczne epoki, miejsc, ludzi. Pod tym względem tytułowa "Umowa z Bogiem" wypada tragicznie, jest historyjką prostacką, nieciekawą i nic z niej nie wynika. Na szczęście o wiele lepiej wypadają "Siła życiowa" i "Dropsie Avenue", przede wszystkim ze względu na bardzo ambitną próbę opowiedzenia czegoś więcej. Te dwie historie wciągają swoją złożonością (ilość wątków, postaci) i opowiadaną historią. Z uwagi na to skomplikowanie fabuł przestają razić dosłowności, skróty i usztampowienie wszystkiego. "Dropsie Avenue" jest szczególnie fascynująca, bo na około 150 stronach Eisner całkiem fajnie opowiada o historii jednej z dzielnic Bronksu na przestrzeni 150 lat, przy okazji przemyca subtelnie rzeczową krytykę multi-kulti. Za te dwie historia ocena całości poszła w górę. 
Co do kreski, to wiadomo, nie do podrobienia, chociaż mógłby się Eisner pokusić o rysowanie atrakcyjniejszych postaci, bo wszyscy sprawiają tutaj wrażenie niezgorszych trolli.

Jeden dzień Iwana Denisowicza
Aleksander Sołżenicyn
Jeden dzień jak tysiąc lat. I ciągle ta sama lekcja przetrwania.
"Zasypiał Szuchow w pełni zadowolony. Wiele mu się tego dnia udało: nie poszedł do karceru, brygady nie pognano na Socgodorok, przy obiedzie podprowadził kaszę, brygadzista dobrze załatwił normę, dobrze się Szuchowowi murowało, nie podpał na kipiszu ze swoim kawałkiem stali, wieczorem zarobił u Cezara, kupił tytoń. I nie zachorował, przetrzymał" Cały komentarz do tego, co chciał przekazać Sołżenicyn tą krótką opowieścią o losie człowieka w katorżniczym łagrze.
Tak czytam ostatnio dużo o życiu w ZSRR w latach 1920-1960 i doprawdy chciałbym wiedzieć, czy był tam człowiek albo nawet całe rodziny nie doświadczone przez czystki, łagry, wojnę, wielki głód i inne atrakcje lewaków.

Wszyscy na Zanzibarze
John Brunner
Seria: Artefakty
W 1968 roku wysmakowana powieść Brunnera musiała robić ogromne wrażenie, dzisiaj niestety trąci trochę ramotką (Beninia, brak samochodów), ale i jest też w wielu aspektach niepokojąco aktualna, futurologia całkiem udana, jeżeli weźmie się pod uwagę, że docelowym rokiem przyszłości jest tutaj ... 2010. Szczególnie jest to widoczne w obrazie społeczeństwa zżytego z telewizorem (państwo Uniwersalni, Skanalizator), narkotykami (rozumianymi jako powszechność i łatwość w dostępie wszelkiego rodzaju używek, uzależniaczy), informatyzacji (Salmanasar), przeludnienia (7 mld ludzi) itd. John Brunner z wściekłością rzucił się tutaj na naprawdę głęboką wodę, począwszy od obrazu pojedynczych ludzi, społeczeństwa, kultur, technik, po geopolitykę. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek przeczytał tak ambitną i złożoną w formie i treści s-f powstałą przed 1970r. Jedyne, co mnie tutaj wyraźnie razi, to jeden z głównych bohaterów, pokojowo nastawiony do świata muzułmanin.
"Wszyscy na Zanzibarze" to zasłużona klasyka s-f, artefakt godzien odkopania i bardzo udany początek mam nadzieję kolejnej świetnej serii od wydawnictwa Mag.

Kroki w nieznane
Almanach fantastyki 2014
Niestety słaba antologia i to niekoniecznie z winy redaktora M.O. Widać jak na dłoni, że z literatury współczesnej musiał wybierać pomiędzy mniejszym lub większym szrotem, tak naprawdę najlepsze wrażenie w zbiorze robią teksty starsze jak Lethem. Na piętnaście tekstów jeden jest godzien zapamiętania na dłużej (wyborny Sherwood), ze trzy są dobre (Green, Lethem, Probert), cztery średniawe (Rivera, Watts, Sanderson, Parker), kilka słabych (Powell, Tavares, Toczinow, Goldin, Liu - na którym srodze się zawiodłem), a dwa wręcz tragiczne (Sharma, Cluley). Sharma to w ogóle sprzedała swoim opowiadaniem najbardziej żenujący twist fabularny w dziejach literatury, do tego zrobiła to z polotem drwala, musiałem sobie setę strzelić dla oczyszczenia umysłu po przeczytaniu "Szmaciarza".

Jonathan Sherwood, girl and gravastar
Zatem polecam jedynie Jonathana Sherwooda, jego "Głębia siwego oceanu" to rzadko dzisiaj spotykane połączenie pomysłu, fabuły i czystej, nieskażonej fizyki, klasyczna, dobra s-f.

Ogromne okno
Lemony Snicket
Seria niefortunnych zdarzeń (tom 3)
Najsłabsza póki co część Serii Niefortunnych Zdarzeń, przede wszystkim dlatego, że jedzie tym samym schematem, co w "Przykrym początku" i "Gabinecie gadów". Ilu krewnych można wynaleźć i po jak dalekiej kądzieli oni będą, jeżeli schemat będzie się powtarzał jeszcze przez kilkanaście tomów?
Tartak tortur
Lemony Snicket
Seria niefortunnych zdarzeń (tom 4)
Czwarta powieść Serii Niefortunnych Zdarzeń i czwarta oparta na tym samym schemacie - dzieciaki trafiają do kolejnego krewnego (skąd oni się biorą, skoro w "Przykrym początku" było powiedziane, że to hrabia Olaf jest tym jedynym krewnym?), a grono skretyniałych dorosłych nie ogarnia rzeczywistości na poziomie podstawowym, tylko biedne sieroty kumają czaczę + "sprytny" Olaf. Bardzo nie lubię schematów, mam nadzieję, że seria nie składa się z 13 opowieści zbudowanych na tym samym szkielecie fabularnym, bo nie zdzierżę.




To tyle na dzisiaj, przyjaciele. W odrębnym poście zamieszczę krótkie recenzje wszystkich komiksów o Tytusie, Romku i A'tomku, jak tylko wszystkie przeczytam, na razie jestem na księdze XIX.

Wielka Gra

Nowy rok nastąpił, wypada go więc rozpocząć recenzją powieści czytanej na przełomie dwóch lat.
Była Wielka Gra rosyjsko-brytyjska na froncie azjatyckim w XIX wieku, jest i teraz Wielka Gra geopolityczna, w której światowe mocarstwa ścierają się o swoją rolę w Nowym Porządku. Jeżeli ktoś nie wie, o czym piszę, to odsyłam np. do wykładów Jacka Bartosiaka na YT, gdzie ten uznany geopolityk wskazuje, że wszelkie konflikty na Bliskim Wschodzie, inwazja muzułmańska na Eurokołchoz, tzw. wojna na Ukrainie, to wszystko i wiele innych większych lub mniejszych wydarzeń, to tak naprawdę echa narastającego konfliktu o panowanie nad światem, panowanie nad morzami, a co za tym idzie nad gospodarką światową, bo gospodarka światowa to głównie gospodarka morska. Gambit, partia szachów, w której narody i państwa pełnią rolę pionków na szachownicy, a rolę królów i królowych przypadają dla największych mocarstw (Eurokołchoz w tym układzie należałoby traktować zarówno jako poszczególne części składowe, jak i całość, ale może nie będę teraz wnikał). 
Czytając "Trupią otuchę" wizja aktualnych geopolitycznych szachów pomiędzy Rosją, Chinami, USA nakładała mi się na "nieszkodliwą" partyjkę szachów między dwoma królami rozdania*, a resztą pionków-bohaterów. To jest właśnie Wielka Gra, z jednej strony o prestiż, o to kto jest większym kozakiem wśród wampirów**, na drugiej szali życie bohaterów, ot błahostka. 
Dan Simmons kreśli wizję świata, w którym pewne jednostki wyposażone w unikatowe skile polegające na przejmowaniu kontroli nad umysłami innych ludzi, pozbawiają człowieka autonomii, czynią z niego zombie na usługach. Do walki z tymi wampirami stają polski Żyd, młoda Murzynka i otyły szeryf z Charleston oraz murzyński gang z Filadelfii, przeciwko sobie mając jednych z najpotężniejszych i najbogatszych ludzi na świecie, którzy w dodatku mogą ich kontrolować. 
Co prawda "Trupia otucha" nie wyrasta ponad swój gatunek (thriller z elementami grozy), niemniej rzadko spotyka się akcyjniaka tak świetnie dopracowanego w szczegółach oraz potrafiącego trzymać w napięciu przez niemal tysiąc stron. Na szczególną uwagę zasługuje kreacja bohaterów u Simmonsa, jest ich tutaj kilkunastu, a każdy jest wyrazisty i odznacza się swoją indywidualnością. Dotyczy to nie tylko wyżej opisanych bohaterów, ale przede wszystkim wampirów, Barent, Harod, Oberst, Sutter, czy Melanie wymiatają, jeśli idzie o charakterystykę postaci. Co więcej Simmons umiejętnie rozwija swoich bohaterów na przestrzeni tych tysiąca stron.
Oprócz postaci także fabuła trzyma równy, wysoki poziom, a są momenty wręcz wgniatające fotel (cała akcja w Germantown i Grumbelthorpe) czy genialnie klimatyczne (partia szachów we wspomnieniach wojennych Saula). Jest też trochę wątków związanych z Polską (Chełmno, Sobibór, Łódź), główny bohater kilka razy przeklina po polsku (jestem ciekaw, czy w oryginale faktycznie było przekleństwo po polsku). W każdym razie robi wrażenie konsekwencja i pieczołowitość Dana Simmonsa w wykonaniu swojej koncepcji fabularnej, nic tu nie jest pozostawione przypadkowi, zwłaszcza autor stara się wyjaśnić szczegółowo "wampiryzm" od strony naukowej. 
Jest tu oczywiście kilka drobnych niedociągnięć, nie zmienia to jednak faktu, że "Trupia otucha" to wyśmienita porcja rozrywki, zapewniająca także gorzką refleksję nad otaczającym nas światem. 
Grumbelthorpe, Germantown w Filadelfii
Fan-art do powieści
Inny fan-art
* nie będę zdradzał o kogo chodzi, żeby nie psuć lektury
** jak wynika z treści książki, określenie to jest tak naprawdę nieco mylące :)

sobota, 26 września 2015

Skrót za siatkę cz.11 - czytelnicze podsumowanie lata

Poniżej zebrane recenzje z okresu wakacyjnego. Ułożone są w kolejności przypadkowej, kopiuj-wklej z LC.

Z Archiwum X (tom 2)

Żywiciele
Jeżeli zaletą "Wyznawców" był klimat i całkiem niezła kreska oddająca obraz postaci serialu, przy zasadniczym braku innych zalet, tak "Żywiciele" nie mają nawet tego. Fatalna kreska (przede wszystkim Carlosa Valenzueli), która sprawia że Fox Mulder i Dana Scully nie wyglądają jak znani nam Mulder i Scully, odbiera historii jakikolwiek klimat. Inne postaci także nie przypominają samych siebie.
Do tego dochodzi fakt, że "Żywiciele" to tak naprawdę kilka odrębnych, niepowiązanych historyjek, które w dodatku sprawiają wrażenie prologów do czegoś większego, jakby były swego rodzaju zajawką, viralową promocją powstającego reboota serialu.
"Żywiciele" - najlepsza historyjka w tym zbiorze, ale to już było (odcinek "Host", sezon 2 odc.2); pojawia się tu kilka niejasności, a wątek ukraiński totalnie chybiony i nieświeży; żywiciele zachowują się w komiksie jak ludzie, a kto pamięta świetny odcinek "Host", to wie, że te stworki były co najwyżej humanoidami, przepoczwarzonymi przywrami, ale bez cech ludzkich. Smutna niekonsekwencja.
"Mr. X" - potem jest epizod z mr. X-em, który nie wygląda jak Mr.X (gdyby nie X na szybie okna, to bym się nie domyślił, że to kultowy murzyn). Historyjka zupełnie nieczytelna, nawet dla takiego fana serialu jak ja, retrospekcje, jakaś akcja z zabijaniem dzieci w szkołach, palacz, Deep Throat, pewnie to ma być odcinek mitologiczny, ale nic z tego nie zrozumiałem. 
"Szczebioczący bóg" - tu się pojawia zalążek klimatu i autentycznej grozy, gdyby tylko ktoś pokusił się o wyjaśnienie, o co w ogóle biega. A tak mamy robale, mamy Scully w zagrożeniu, tylko nie wiadomo, co, z czego i dlaczego się dzieje w tym epizodziku.
"Wspomnienia Palacza" - czyli jak to się stało, że Mulder jest jego synem. Pozbawione głębi, schematyczne i nic z niego nie wynika. Na koniec pojawia się jakiś kolo w okularach, który siłą kinezy powala palacza i daje mu do zrozumienia kto tu rządzi. 
Koniec komiksu i wielkie WTF dla tego półproduktu, z którym właśnie miałem do czynienia.

Letarg
Thomas Enger
Cykl: Henning Juul (tom 1)
Słaba powieść, słaby początek cyklu. Jako kryminał - niewiarygodna, jako obyczajówka - poprawna politycznie, jako coś innego - zwyczajnie nudne. 
Zainteresowałem się "Letargiem" z uwagi na poruszony motyw prawa szaria z punktu widzenia Skandynawa. Niestety wątek ten został wykorzystany karygodnie, z typową dla tamtego regionu poprawnością polityczną, ostatecznie bowiem intryga została rozpisana jako dramat rodzinny rdzennych Norwegów, a wątek szaria został zakończony banalnym stereotypem że "nie wszyscy muzułmanie są fundamentalistami", zapominając o tym, że sam islam ze swej natury jest religią fundamentalistyczną. Poprawność polityczna, czyli pełzająca cenzura, do wyrzygania. Słaby, nijaki początek kariery pisarskiej Thomasa Engera.

Bóle fantomowe
Autor: Thomas Enger
Cykl: Henning Juul (tom 2)
Jest lepiej niż w "Letargu", ale to nadal mocno przeciętna pozycja. Enger poprawił warsztat, lepiej wygląda też intryga, bohaterowie też sprawiają wrażenie bardziej wiarygodnych. Szkoda tylko że "Bóle fantomowe" to element większej całości, Enger przez ponad połowę książki prowadzi wątek, który ostatecznie nie doczekuje się wyjaśnienia! To oznacza, że omawiana powieść nie ma samodzielnego charakteru, a odpowiedzi należy szukać w kolejnych zapowiedzianych czterech książkach, z których trzy jeszcze nawet nie powstały. Bardzo tego nie lubię, takiej manipulacji czytelnikiem i za to, za karę, obniżka oceny.



Późne lato
John Crowley
Mamerkus poleca!
Wspaniała, zapadająca w pamięć, metafizyczna przypowieść. Uczta wyobraźni. John Crowley stworzył dzieło sztuki, unikatową wizję postapo, jakże różną od literackiej mizerii Hugh Howeya. 
Ciężko napisać o "Późnym lecie" coś konkretnego i nie popaść w banał. Jest to opowieść pełna ukrytych i jawnych znaczeń, alegorii i prostych prawd, podziałów dychotomicznych i podziałów nieskończonych, światłości-mroku, życia-śmierci, lata-zimy, niespełnionej miłości oraz poszukiwania tajemnic, sensu własnego istnienia, poszukiwaniu siebie. A jednak same banały popisałem. To może inaczej - na początku pojawia się cytat z Kafki, w którym zawiera się całe multum znaczeń "Późnego lata":
"Gdybyś słuchał przypowieści, sam zmieniłbyś się w przypowieść; to dobry sposób, by uniknąć wszelkich codziennych trosk.
Drugi rzekł: Gotów jestem iść o zakład, że i to zdanie jest przypowieścią.
Pierwszy odparł: Wygrałeś.
Drugi stwierdził: Niestety, jedynie w przypowieści.
Pierwszy na to: Nie, w rzeczywistości. W przypowieści poniosłeś klęskę."
Idealna lektura na schyłek lata, kiedy umysł człowieka zaczyna pokrywać mrok na atawistyczną myśl o zbliżającej się zimie. I to zakończenie, jedno z najlepszych, jakie miałem okazję przeczytać we współczesnej literaturze, perfekcyjnie podsumowujące koncepcję powieści.
PS Z uwagi na swoją oryginalną, działającą na wyobraźnię treść powieść Crowleya idealnie nadaje się do wydania w Uczcie Wyobraźni, sztandarowej serii wydawnictwa Mag. Zastanawiam się, czy pan Andrzej Miszkurka, podobno prywatnie fan Crowleya, wyda coś w UW, może legendarne "Endless things", które do tej pory nie doczekało się polskiego wydania?

Zmiana
Hugh C. Howey
Nie mogłem skończyć tego badziewia przez 2 miesiące, zmęczyłem siłą woli. Przerażająco nudne, rozwleczone, miałkie intelektualnie, wręcz infantylne, z kiepsko rozpisanymi, nieciekawymi bohaterami i jeszcze gorzej rozpisaną fabułą, zaś zaproponowany koniec świata to kuriozum jakiego w postapo jeszcze nie czytałem. Wątek miłosny z kolei to mokry sen 12-latka. Szkoda że takie badziewia rozpychają się na rynku i wypierają wartościową literaturę typu zapomniany na naszym rynku John Crowley.




Węże
Guy N. Smith
Sam temat nie jest zły, ale wykonanie Smitha tragiczne. Powieść napisana bez ładu, składu i większego sensu. Suspens podany na tacy jak mięsny jeż, bohaterowie gorzej rozpisani niż w "Trudnych sprawach", fabuła zaginęła w odmętach umysłu autora, co razem daje jedną z najgorszy rzeczy, jakie w życiu dane mi było czytać.
Ale, "Węże" mają jedną, niewielką wartość - kilka interesujących wiadomości zoologicznych (mangusty i poszczególne rodzaje węży).






Gabinet gadów
Lemony Snicket
Cykl: Seria niefortunnych zdarzeń (tom 2)
Dawno temu przeczytałem "Przykry początek" i po lekturze "Gabinetu gadów" mam podobne jak wtedy wrażenia. Fajna, dojrzała, specjalnie pesymistyczna i dołująca lektura, gdzie dorośli to źli lub dobroduszni kretyni, a dzieciaki są sprytniejsze niż ustawa przewiduje. Strasząc i dołując - uczy. Jest to równie niezrozumiałe, co psychodeliczne Teletubisie dla niemowlaków, tyle że w tym pozornym szaleństwie jest metoda Lemony Snicketa na wyrobienie w dzieciakach zaradności (Wioletka), pociągu do wiedzy (Klaus) oraz braku strachu przed ogromnym światem (Słoneczko).
Mnie się to fajnie czyta, jak makabryczną historię z mruganiem okiem do czytelnika. Nie widzę tu nic zdrożnego dla dzieci, a i dorosły znajdzie coś dla siebie, jeśli tylko podejdzie do lektury z odpowiednim dystansem.

Carnosaur
Harry Adam Knight
"Park kredowy". Tak powinien brzmieć tytuł tej powieści, bo zwyczajnie chodzi tu o stworzenie szeregu dinozaurów z tego okresu geologicznego. Harry Adam Knight nie trafił z tytułem, a także z położeniem akcji. Innymi słowy uprzedził Michaela Crichtona ale to Crichton wpadł na lepszy pomysł wykorzystania potencjału dinozaurów i stworzył swój "Park jurajski". Być może właśnie te elementy oraz nieco zbyt szybko zakończona akcja spowodowały, że "Carnosaur" tkwi aktualnie na półce z tanimi horrorami gore, a nie z thrillerami. 
Bo tak poza tym, to jest dobra rzecz. "Carnosaur" Harry'ego Adama Knighta to klasyczny przykład niezłej powieści, która została niesprawiedliwie potraktowana i zapomniana. Przygotowany byłem na kichę w stylu Guya Smitha, a tu proszę, spotkała mnie miła niespodzianka. Konkretna, trzymająca się kupy fabuła bez żadnego lania wody, mięsista historia, wiarygodne i nie przegadane uzasadnienie pojawienia się dinozaurów, fajna, choć nieco zbyt krótka akcyjka. Jest kilka fajnych, klimatycznych momentów jak atak dinozaurów na miasteczko, są fajne dinozaury (jak deinonychus, krewniak raptorów, czy tarbozaur, kuzyn tyranozaura).

Czerwone koszule
John Scalzi
Hugo za coś takiego? Serio? Banalna, pozbawiona polotu historyjka, stanowiąca misz masz wszystkiego ze wszystkim, w gruncie rzeczy taka efektowna wydmuszka, której w trzech epilogach Scalzi próbował nieudolnie nadać metafizycznej głębi na poziomie gimnazjum. Dobrze się to czyta, ale niestety nic ponadto, humoru w zasadzie brak. W sumie to zawiodłem się, bo Scalzi w "Bożych napędach" rozwala system stężeniem epy i wciągającej fabuły, a "Czerwone koszule" są lajtowe i od momentu odkrycia wielkiej tajemnicy zwyczajnie nużą.
Najśmieszniejsza jest ta okładka, sugerująca czytelnikowi zupełnie coś innego, niż w rzeczywistości otrzymuje. Aż mam ochotę zaspojlerować, żeby unaocznić potencjalnym ofiarom, z czym mogą mieć do czynienia.


                                                                            Las
Guy N. Smith
Gorące lato trwa, można sobie pozwolić na odrobinę literackiej szmiry. Jestem na tyle przekornym czytelnikiem, że staram się czytać wszystko, nie tylko to, co osobiście lubię najbardziej. Dzięki temu nie zrobiły na mnie wrażenia takie przereklamowane badziewia jak "Amerykańscy bogowie", czy też "Miasto ślepców", z kolei pozwoliło mi to odkryć kilka wybornych, przemilczanych dzieł jak "Odwet oceanu" Schatzinga, a przede wszystkim genialne "Źródło Mamerkusa" Leszka Białego.
Tak więc przeczytałem sobie "Las" jednego z największych tandeciarzy w historii literatury. I co? Na pewno jest lepsze od "Miasta ślepców", ale to akurat żaden sukces. Jest też ta nowelka odrobinę strawniejsza od "Węży", które mi stanęły i potrzebna była lewatywa w postaci "Braci Hioba". "Las" ma jakąś tam fabułę, jakichś tam bohaterów, którzy jakoś tam podążają z punktu A do punktu Z, po drodze nie błądząc w zakamarkach Ą, czy Ę. Innymi słowy "Las" jest na dnie, ale nie puka od spodu. 

Schismatrix
Bruce Sterling
Dziwna, bardzo specyficzna powieść. Przez długi czas nie mogłem znaleźć sensu w ekstrapolacjach autora, "Schismatrix" składała się dla mnie głównie z orgii cyberpunkowych pomysłów na przyszłość ludzkości w kosmosie. Łatwiej odpowiedzieć na pytanie, czego tu autor nie wcisnął, tymczasem bohaterowie, fabuła, czegoś takiego w klasycznym znaczeniu tutaj nie ma. Jest co prawda główny protagonista Abelard Lindsay, ale nie można powiedzieć, że jest to żywy bohater, raczej archetyp idei, które Sterling przemyca na karty "Schismatrixu".
Na szczęście gdzieś w 2/3 objętości powieści skończyły się moje męczarnie (do tego czasu książką dławiłem się przez miesiąc kawałek po kawałeczku) i zajarzyłem zamysł autora. Poprzez potop cyberpunkowej technologii na przestrzeni ponad 200 lat oraz w oparciu o losy głównego bohatera Sterling kreśli dosyć prostą w założeniu perspektywę rozwoju ludzkości na linii technologia - człowieczeństwo. Z tego punktu widzenia wizja autora wydaje się być intrygująca w szczególności, szkoda tylko że jest podana w nieumiejętny i ciężki w odbiorze sposób. To nie tyle trudna materia tylko kiepski warsztat samego pisarza (może to też kwestia tłumaczenia) decyduje o tym, że "Schismatrix" to nie jest zbyt udana pozycja s-f np. samo pojęcie Schismatrix pojawia się ni z tego ni z owego gdzieś w okolicach 230 stron i nie jest do końca wyjaśnione do czego się odnosi, czytelnik może się tylko domyślać. Niemniej warto się z tą oryginalną powieścią Sterlinga zapoznać, jest to coś innego, w szczególności w porównaniu z jednostajną, infantylną papką zalewającą rynek literatury fantastycznej.
PS Opis okładkowy niestety krzywdzi książkę, przygotowuje czytelnika na swego rodzaju space operę, a tymczasem bliżej "Schismatrixowi" do traktatu politycznego.

Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia
Ian R. MacLeod
Seria: Uczta Wyobraźni
O jakości nowel zamieszczonych w tym omnibusie niech świadczy to, że niczego już nie pamiętam, a czytałem je najdalej dwa tygodnie temu. Wszystkie są miałkie, pozbawione głębszej refleksji, czyta się je beznamiętnie i równie beznamiętnie o nich zapomina. To duża sztuka, biorąc pod uwagę, że Macleod włożył sporo pracy w budowę świata przedstawionego np. w takim "Tchoroście". Być może problem polega na tym, że nie wiadomo, jaki jest motyw przewodni tych opowiadań, po co one w ogóle powstały, co chciał autor przekazać za ich pośrednictwem. W takiej "Fatalnej laluni" tytuł zawiera w sobie wszystko, samo opowiadanie to jedyne jego rozwinięcie, nie ma tam zaskoczenia, nie ma dynamiki, jest tylko nużąca historyjka o tym, jak to pewna starsza pani wspomina bycie fatalną lalunią w czasie wojny. Podobny problem jest ze wszystkimi nowelami, które zostały oparte o ten sam schemat ni to wspomnień, ni to biografii, podsumowania dorobku życiowego, mitu, czy legendy. Mało dialogów, dużo opisów w stylu "Nad Niemnem", uzupełnione refleksjami głębokimi jak przydrożna kałuża. Słabizna, ledwo zmęczyłem i musiałem sobie zrobić dłuższą przerwę przed powieścią. Ocena nowel 3/10
Powieść "Obudź się i śnij" nie jest jakaś rewelacyjna, ale w odróżnieniu od wcześniejszych nowel jest dynamiczna, główny bohater i postaci drugoplanowe podążają z punktu A do punktu Z, po drodze odkrywając tajemnicę całej fabuły, a czytelnik podąża wraz z nimi czerpiąc czytelniczą przyjemność z tego faktu. Dobrze się to czytało. Na minus infantylny zabieg uczynienia bohaterem jednej z ikon Hollywoodu, tymczasem poza imieniem i nazwiskiem oraz raz po raz podkreślanymi cechami fizjonomii słynnego aktora (odstające uszy i krzywe zęby) niewiele czytelnik dowiaduje się o jego życiu wewnętrznym. Na plus rehabilitacja zapomnianej eterycznej blondynki Peg Entwistle, przedstawionej tutaj jako niespełniona miłość Gable'a.
No ale ok, to tylko takie bajery pod publiczkę, sama powieść jest jak na Macleoda dobra, nieco inna niż jego dotychczasowe dzieła. Jest tutaj tempo, jest tajemnica utkana w lekkim klimacie noir, jest po prostu ciekawie, nie ma snucia się bohaterów po fabule. Ocena powieści 7/10.

Trzech panów na włóczędze
Jerome K. Jerome
Niby wszystko jest ok, niby nadal ten sam absurdalny humor rodem z najlepszej angielskiej szkoły humoru, są momenty wręcz genialne, które niżej zacytuję, tyle że czegoś cały czas mi brakowało, nie było już takiej beki jak przy "Trzech panach w łódce". Próbowałem dojść do tego podczas lektury i wyszły mi następujące koncepcje: 1) odgrzewany kotlet to odgrzany kotlet, nie ma już tej świeżości, albo 2) anegdotki o Niemcach są mniej zabawne niż anegdotki o Anglikach, albo 3) może to kwestia tłumaczenia, miałem momentami wrażenie, że przekład nie daje rady, 4) sam humor Klapki jest zwyczajnie gorszy aniżeli w jego kultowej powieści, albo też 5) (co niejako może się wiązać z 4) pan Klapka dwadzieścia lat później jest już innym człowiekiem i siłą rzeczy jego humor jest też inny, bardziej dojrzały, podszyty pewną gorzką ironią?, smutkiem? ten humor wydaje się po prostu mniej śmieszny, bardziej refleksyjny, a może po prostu 6) zabrakło psa 7) ... i łódki. 
Żeby nie było że tylko psioczę i tworzę doktorat z dywagacji czym się różni humor w poszczególnych powieściach Klapki, "Trzech panów na włóczędze", mimo że gorsze od genialnych "Trzech panów w łódce", to nadal zjada na śniadanie większość tego typu opowieści, które powstały wcześniej i później. Tytułem przykładu kilka cytatów:
"(...) Postanowiliśmy zadowolić się przejażdżką po mieście głównie dlatego, że to, co widać w Berlinie, okazuje się piękniejsze gdzie indziej. Portier z hotelu przedstawił nam dorożkarza, pod którego przewodnictwem, jak nas zapewnił, powinniśmy zobaczyć wszystko, co godne obejrzenia, w jak najkrótszym czasie. Człowiek, który przyjechał po nas o dziesiątej rano, był
taki, jaki powinien być - bystry, inteligentny i dobrze poinformowany. Jego niemiecki był łatwo zrozumiały i znał trochę język angielski, którym się czasem posługiwał. Sam ten człowiek nie miał żadnych wad, ale jego koń był najbardziej obojętnym bydlęciem, za jakim zdarzyło mi się siedzieć. Poczuł do nas niechęć, kiedy tylko nas zobaczył. Po moim pierwszym wyjściu z hotelu zmierzył mnie z góry na dół zimnym, szklanym wzrokiem, potem spojrzał na drugiego konia, swojego przyjaciela, który stał naprzeciw. Wiem, co powiedział. Miał bardzo wyrazisty łeb i nawet nie próbował ukryć swoich
myśli. Oto, co powiedział:
- Zabawne rzeczy zdarzają się latem, prawda?
W następnej chwili wyszedł George i stanął za mną. Koń znowu odwrócił głowę i popatrzył na nas. Nigdy nie widziałem konia obracającego głową jak ten. Widziałem żyrafę, która zwracała uwagę, wyczyniając sztuczki ze swoją szyją, ale to zwierzę było bardziej podobne do koszmaru sennego po zakrapianym dniu w Ascot, po obiedzie z sześcioma starymi kumplami. Gdybym zobaczył jego oczy
patrzące na mnie pomiędzy tylnymi nogami, wątpię, czy byłbym zdziwiony. Wydawał się bardziej rozbawiony George'em niż mną. Znowu obrócił się do przyjaciela.
- Nadzwyczajny, nieprawdaż - zauważył. - Przypuszczam, że gdzieś musi być miejsce ich hodowli. - A potem zaczął liczyć muchy na swojej lewej łopatce. Zacząłem się zastanawiać, czy czasem nie stracił w młodości matki i nie został wychowany przez kota.
George i ja wsiedliśmy do dorożki, czekając na Harrisa, przyszedł moment później. Osobiście sądzę, że wyglądał raczej schludnie. Miał na sobie biały, flanelowy garnitur, który przeznaczył specjalnie do jazdy na rowerze w gorące dni. Jego kapelusz mógł się wydawać nieco niezwykły, ale dobrze chronił od słońca. Koń, spojrzawszy na niego, powiedział: „Gott in Himmel" tak wyraźnie, jak tylko koń może powiedzieć, i ruszył wzdłuż Friedrich Strasse szybkim kłusem, zostawiając Harrisa i dorożkarza na chodniku. (...)" rozdział 6 str. 108
"(...) w Niemczech większość ludzkich wad i głupoty ginie jako błahostki w porównaniu z ogromem winy, jaką stanowi chodzenie po trawie. Nigdzie, w żadnych okolicznościach i nigdy nie możesz w Niemczech chodzić po trawie. Trawa jest tam prawdziwym fetyszem. Położenie stopy na niemieckiej trawie może być tak wielkim świętokradztwem jak taniec na mahometańskim dywaniku modlitewnym. Prawdziwe psy szanują niemiecką trawę. Żaden niemiecki pies nie może marzyć o położeniu na niej łapy. Jeśli w Niemczech widzisz psa pędzącego po trawie, z całą pewnością jest to pies jakiegoś niezbyt obytego obcokrajowca. W Anglii, kiedy nie chcemy wpuścić gdzieś psów, stawiamy drucianą siatkę wysoką na sześć stóp, z kolcami na wierzchu. W Niemczech stawia się na środku tabliczkę z ogłoszeniem: „Hunden
verboten", a pies, który ma niemiecką krew, patrzy na tę tabliczkę i odchodzi daleko. Pewnego razu widziałem w niemieckim parku, jak ogrodnik stąpał ostrożnie po trawie w filcowych butach i przeniósł stamtąd chrząszcza, umieszczając go łagodnie, lecz stanowczo na żwirze, po czym
czuwał surowo nad owadem, patrząc, czy nie próbuje wracać na trawę, a chrząszcz, który wyglądał na trochę zawstydzonego, szedł pospiesznie rynsztokiem i skręcił na ścieżkę oznaczoną Ausgang.(...)" rozdział 9 str. 157
"(...) Niemiecki obywatel jest żołnierzem, a gliniarz jego oficerem. Na ulicy policjant kieruje nim, gdzie ma iść i jak szybko. Na początku każdego mostu stoi policjant, aby pouczyć Niemca, jak ma go przekroczyć. Gdyby nie było tam gliniarza, prawdopodobnie obywatel usiadłby i czekał, aż rzeka go minie.(...)" rozdział 14, str. 231

Teatrzyk Zielona Gęś... Ma zaszczyt przedstawić w formie komiksu osiem odsłon
Konstanty Ildefons Gałczyński
Bardzo dobra kreska oddająca absurdalność historyjek Gałczyńskiego, tylko dlaczego tylko osiem skeczy, łącznie jedynie 76 stron komiksu? Zanim się wciągnąłem, to już był koniec, jeszcze dobrze nie liznąłem, a lód już się skończył. Teatrzyk w formie komiksu super, pozostaje spory niedosyt.

Czarne minuty
Martin Solares
Facet napisał jedną, jedyną powieść, a jej główną zaletą jest przedstawienie polskiemu czytelnikowi egzotycznego świata społecznego Ameryki Łacińskiej. Policji przeżartej korupcją, władzy toczonej nepotyzmem i kolesiostwem. "Czarne minuty" to nie piękna nowelka w stylu Luz Marii, tutaj życie społeczne toczy rak hipokryzji. Nie o intrygę kryminalną tu idzie, śledztwa praktycznie nie ma, bo też ślady są oczywiste, a sprawca nawet chce być złapany. "Czarne minuty" to życie społeczne Meksyku w pigułce.
Niezła rzecz, chociaż mogła być lepsza. Powieść wciąga, czyta się świetnie, niestety Solares nie ustrzegł się typowych błędów debiutanta, "Czarne minuty" są momentami chaotyczne, zdarzają się długaśne mielizny fabularne, opowieść dryfuje jak chce, mrowie bohaterów się miesza i nie do końca momentami wiadomo kto jest kim i co się w ogóle dzieje, do tego oryginalny podział fabularny na dwie linie czasowe też nie sprzyja przejrzystości. Niemniej fajnie, że ta książka się w Polsce ukazała, wydawnictwo Czarne obrało ciekawy kierunek zamiast tych oklepanych już do bólu kryminałów skandynawskich, oby coś jeszcze z tamtego regionu świata się u nas ukazało.

Fistaszki zebrane 1967-1968
Charles M. Schulz
Fistaszki, co tu dużo pisać. Po prostu klasyka, Garfieldy i inne komiksy paskowe się mogą schować. Któż nie kocha Snoop'yego, nie cierpi paskudnej Lucy, nie współczuje pechowemu Charliemu, czy też nie kibicuje jego wiecznie przegrywającej drużynie baseballowej, która w końcu wygrywa, gdy nie ma w jej składzie Charliego. 
Miałem okazję przeczytać paski z lat 1967-1968 i już nie mogę się doczekać, kiedy wpadnie w moje ręce kolejny tom Fistaszków.

Chimera
Stephen Gallagher
Gallagher to pisarz, który zrobił na mnie zaskakująco pozytywne wrażenie, kiedy byłem gówniarzem i zaczytywałem się w Higginsach i Mastertonach. Sprzedawanego w ramach serii Amber - sensacja przede wszystkim kojarzę z cienia autentycznego strachu wywołanego lekturą jego powieści, jego powieści były lepszymi horrorami niż np. dzieła takiegoo Herberta. Takie w każdym razie mam wspomnienie z dzieciństwa. 
Odświeżyłem sobie ostatnio Mastertona i Guya Smitha, to i postanowiłem sięgnąć Gallaghera i srodze się rozczarowałem. Nie pamiętam, czy czytałem kiedyś "Chimerę", ale mam nadzieję, że to nie ta powieść była źródłem moich pozytywnych wspomnień. To, co rzuca się w oczy to fakt, że nie wiadomo, co jest myślą przewodnią "Chimery". Przez pierwszą połowę absolutnie nic się nie dzieje, bohaterowie snują się z kąta w kąt szkockiej prowincji, jakby Gallagher desperacko pragnął wejść w szranki z polską kinematografią. Potem nagle z czapy pojawia się niby romans, który nagle znika, potem chyba główny bohater zamienia się w młodego Jamesa Bonda. Na łamach krótkiej powieści pojawia się mrowie bohaterów, którym Gallagher poświęca mnóstwo miejsca, bezcennie rozpychając objętość powieści ponad przepisowe 200 stron. Całość podlana jest sosem wysoce wątpliwych moralnie działań poszczególnych postaci, co do których Gallagher nie podejmuje żadnych refleksji. Dreszczyk strachu? Jest może w dwóch sytuacjach. Wszystko kończy się nagle i nie wiadomo, czy miała być kontynuacja, czy jak, w każdym razie mam takie poczucie, że w sumie fajnie się czytało, tylko dlaczego to takie słabe.

Bracia Hioba
Rebecca Gablé
Rebecca Gable i Elżbieta Cherezińska. Dwie pisarki, które obrały tematykę średniowieczną, obydwie samouki i własnym asumptem tworzące powieści historyczne. Jedna czyni to sprawnie, druga tworzy niestrawne kupsztale.
"Bracia Hioba" to całkiem fajne, napisane ze swadą czytadełko. Gable wykorzystuje fakty historyczne i zgrabnie wplata je w wymyśloną przez siebie opowieść o grupie społecznych wyrzutków, chorych psychicznie i zdeformowanych, którzy tworzą coś na kształt wykoślawionej drużyny pierścienia. Fabuła trąci lekko operą mydlaną, niemniej Gable naprawdę stara się oddać realia epoki (np. rola religii w życiu politycznym). Co prawda nadal daleko jej do genialnego "Źródła Mamerkusa" Leszka Białego, ale jest ciut lepiej niż w "Filarach Ziemi" Folletta, a w ogóle Gable deklasuje Cherezińską. Specjalnie porównuję ją do Cherezińskiej, która zastosowała ten sam zamysł literacki w "Grze w kości" (stworzenie fikcji literackiej w oparciu o znane i przełomowe fakty historyczne), tylko że Cherezińskiej wyszło coś tak okropnego, o czym przyzwoici ludzie nie powinni rozmawiać. Pisałem zresztą o tym przy recenzji "Gry w kości".
Tymczasem "Bracia Hioba" autentycznie wciągają, fabuła i historia się płynnie i wiarygodnie zazębiają, a sami bracia Hioba są przesympatyczni, z super wątkiem króla Edmunda na czele. Widać, że Gable ma smykałkę i talent do pisania powieści historycznych. Szkoda tylko że nie uniknęła kilku rozwiązań m.in. niepotrzebnie wyjaśniała do końca wątek króla Edmunda, mogła to przemilczeć i pozostawić intrygujące niedopowiedzenia. Ale i tak jest świetnie, 880 stron zbitej lektury, a w ogóle tego nie czuć (no może poza wagą książki).

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

McGyver na Marsie

"Marsjanin" Andy'ego Weira jest kolejnym dowodem na dwie rzeczy: po pierwsze nie każdy pisać może, jednak redaktorzy znają się na rzeczy i widzą, czy coś stanowi chociażby szczątkowe dzieło literackie i słusznie odsyłali Weira z kwitkiem, po drugie w każdym roku musi pojawić się sukces komercyjny jakiegoś gniota na miarę Greya. Gust szerokich mas czytelniczych rzadko pokrywa się z jakością literacką. Co prawda "Marsjanin" nie jest aż takim gniotem jak słynny kupsztal od E.L.James, niemniej pełnoprawnym dziełem też go nazwać niestety nie można. 

Jaki jest zatem zasadniczy problem z "Marsjaninem"? Otóż, w tej książce nie ma emocji, "Marsjanin" jest infantylny pod tym względem, jeżeli Weir pozwala swojemu bohaterowi cokolwiek odczuwać na obcej planecie, to są to emocje 12-latka zachwycającego się kolejnymi levelami w grze logistycznej. Science jest reprezentowane przez wiedzę nabytą z Wikipedii, jest tylko pseudonauka w postaci liczb zamulających akcję tam, gdzie powinno się coś dziać. Mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, ba, nawet więcej, bo z  pamiętnikiem, który z istoty swej powinien być zapisem wewnętrznych przeżyć bohatera w obliczu skrajnie ekstremalnej dla psychiki człowieka. Tymczasem pamiętnik Watneya to zapis cudów McGyvera w kosmosie, Mark Watney jest w stanie stworzyć wszystko z niczego. Siermiężne nudy, zero emocji, zero akcji, zero czegokolwiek, co by w tej książce wciągnęło, co jest w sumie tragiczne, bo książki o tematyce marsjańskiej uwielbiam jak mało co. A tak najlepszym elementem "Marsjanina" jest klimatyczna ilustracja okładkowa, która zresztą nie pochodzi od autora.
Prototyp rakiety kosmicznej zrobionej z marsjańskiego piasku
Samotność na innej planecie. W maksymalnie niekorzystnych warunkach dla życia (klimat, pustynny, monotonny krajobraz, burze piaskowe, niskie temperatury). Ludzie, czy można sobie wyobrazić coś równie ekstremalnego dla ludzkiej psychiki? Przez 384 strony nic się nie dzieje, Watney zachowuje się na Marsie jak na wycieczce na Pustynię Błędowską. "Marsjanin" sprawia wrażenie powieści bardzo sterylnej, perypetie głównego bohatera przypominają raczej grę logistyczną, jakiś surwiwal typu "Fort Boyard", a nie autentyczną WALKĘ O PRZETRWANIE. Weir powinien przeczytać genialną powieść "Wybawienie" Jamesa Dickeya, mistrzostwie studium przetrwania, żeby wiedzieć, jak się powinno pisać takie książki i dojść do wniosku, że sam tak nie potrafi, a nie brać się za pisanie.

Nadto, poza kilkoma ogólnikami, nie ma tutaj Marsa (równie dobrze autor mógł umieścić akcję na Antarktydzie, ale wtedy nie mógłby się popisywać pseudonauką), nie ma psychologii (poza twitterowymi sformułowaniami typu "mam przesrane"), nie ma emocji. Jest gra komputerowa w kartonowej scenerii marsjańskiej. Jest gotowy scenariusz na film. Szkoda w tym wszystkim Marsa, potraktowanego pretekstowo. Chciał Weir napisać wypraną z emocji powieść o surwiwalu, to mógł równie dobrze wybrać Jowisza, taka sama wiarygodność. 

Gwoździem do trumny jest fakt, że sama idea "Marsjanina" jest tak kretyńska, że nie dziwię się, iż książki nie chciał nikt wydać. Kolo siedzi sam jak palec na Marsie, prowadzi jakiś dziennik w formie pamiętnika i wykorzystuje go do szczegółowego objaśniania problemów, z którymi się boryka, aby przeżyć? On znajduje na to czas, po co mu to w ogóle? Dlaczego nie pisze o tym, co czuje? I jeszcze te zwroty do czytelnika "łapiecie, ziomki?", "nie bójcie się, znalazłem rozwiązanie", "wiecie co?" "piszę do was". Ale jakich "was", skąd to wzięło? Rozumiem, że bohatyr ma pewnie odczuwać samotność i jakby pisze do ludzi, tylko dlaczego to nie jest w żaden sposób poprowadzone, dlaczego to brzmi tak sztucznie? Z treści dziennika wynika że z psychiką Watneya wszystko ok, cieszy się jak dziecko z przygody na Marsie, więc skąd nagle miałoby się wziąć to pisanie do czytelnika? Motyw samotnika na bezludnej wyspie jest stary jak świat i o niebo lepiej przedstawiany np. w takim "Cast away" Tom Hanks zrobił sobie głowę z dyni i do niej gadał, jak do przyjaciela, mówił tej dyni o swoich przeżyciach, odczuciach. Kto by tak nie zrobił na jego miejscu? A w "Marsjaninie"? Watney pisze swój pamiętnik jak dziennik budowy - tu zrobiłem to, tu zrobiłem tamto, tam miałem problemy z tym, ale spokojna głowa dam radę, olaboga problemy, ale mam rozwiązanie które przedstawia się tak i tak, ok zrobione i idę oglądać filmy z Herkulesem Poirot, do jutra ludziska, bez odbioru. Kolejny odcinek McGyvera już jutro. A może po prostu kłania się mizerny warsztat Weira, do tego zwykłe jaranie się swoim pisarstwem, które fachowo zwie się grafomanią?

Dosyć, odradzam każdemu, kto ceni sobie swój czas, kontakt z tym pseudodziełem s-f. Sukces komercyjny ok, nikt nie zabroni, ale literacko "Marsjanin" to jest kompletna porażka. Jeżeli ktoś faktycznie ma ochotę poczytać o podboju Marsa, to polecam wyśmienitą niemal w każdym elemencie trylogię Marsa Kima Stanleya Robinsona. A Andy'ego Weira błagam o jedno - zbieraj hajs za swój niespodziewany sukces komercyjny, ale nie pisz już niczego więcej.