sobota, 13 grudnia 2014

Pragnienie nieśmiertelności

Chciałbym żyć wiecznie, żeby móc przeczytać wszystkie książki świata!


W ciągu ostatnich 5 lat przeczytałem około pięciuset książek. Ile jestem w stanie zatem przeczytać w ciągu swojego życia? Pięć tysięcy? Tylko w nowojorskiej bibliotece jest około dziesięciu milionów książek. Ile z tego to moje pięć tysięcy? Carl Sagan świetnie to opisał w swoim dokumencie na temat książek: Książki

Steven Erikson - "Ogrody księżyca" (tom 1 z 10 Malazańskiej księgi poległych)

Punkt wejścia w świat Malazu jest bardzo wysoki. Steven Erikson nie daje większych szans w tym starciu, czytelnik od razu jest rzucony w sam środek epopei i musi się szybko orientować, żeby nie zginąć. "Ogrody księżyca" to nie tylko 600 stron zbitego, maciupeńkiego druku, to przede wszystkim skondensowana dawka wątków fabularnych, postaci, mitologii, krain i ludów świata przedstawionego, magii, akcji i interakcji. Na tych 600 stronach nie ma zbędnych elementów, tutaj każde słowo, każdy przecinek ma znaczenie dla któregoś z miliona wątków. Przez długi czas sprawia to odpychające wrażenie i co bardziej wygodniccy czytelnicy, liczący na linearną, jednowątkową fabułę, zwyczajnie się od dzieła Eriksona odbiją. Pomimo tego że "Malazańska księga poległych" to literatura stricte rozrywkowa, to z uwagi na skomplikowanie fabuły i złożoność świata przedstawionego, dla czerpania pełnej przyjemności z lektury nie da się tego czytać bez maksymalnego skupienia i poświęcenia uwagi wyłącznie lekturze. Czytanie w tramwajach, autobusach, czy okazyjnie nie wchodzi w grę, zwyczajnie nie da rady. Ale jak kto woli.

Co nieco o fabule - prologiem "Ogrodów księżyca" jest noc, kiedy prawowity władca Imperium Malazańskiego Kellanved i jego doradca Tancerz giną w zamachu stanu dokonanym przez Laseen. Ten fakt jest jakby kręgosłupem całej historii, chociaż niekoniecznie stanowi odrębny wątek. Po prostu działania i motywacje bohaterów orbitują wokół tego zdarzenia. Następnie właściwa akcja toczy się kilka lat później na kontynencie Genabackis, gdzie trwa inwazja Imperium Malazańskiego na Wolne Miasta Genebackis, nie powiązane ze sobą, samodzielne twory quasi-państwowe. Z uwagi na wspólne zagrożenie ze strony imperium Wolne Miasta zawiązały sojusz i wezwały do pomocy lud Tiste Andii pod wodzą charyzmatycznego Anomandera Rake'a, dowodzącego latającą fortecą Tiste Andii, Odpryskiem Księżyca (stąd i tytuł powieści). Do walki w imieniu Imperium staje zastęp Dujka Jednorękiego oraz elitarna dywizja Podpalaczy Mostów. To jest jeden wątek, który też nie jest tak oczywisty, jak to może wyglądać.

Drugim wątkiem jest tajemnicza batalia pomiędzy cesarzową Laseen, a Annamasem i Kotylionem, tzw.
ascendentami Wielkiego Domu Cienia. Ci drudzy z niewiadomych dla czytelnika powodów pałają żądzą zemsty i obmyślają makiaweliczny plan wyrównania niejasnych rachunków z Laseen, angażując do tego demoniczne Ogary Cienia oraz opętując niewinną nastolatkę z rybackiej wsi, która ma stać się zbrojnym ramieniem Kotyliona. Ta nastolatka, o imieniu Żal (w wersji angielskiej Sorry) przenika w szeregi Podpalaczy Mostów, zdziesiątkowanych przez zdradę cesarskiego maga Tayschrrena. Wątek ten jest oczywiście sto razy bardziej złożony niż ja to tutaj przedstawiłem.

Do tego dochodzą dziesiątki innych wątków, z których większość będzie kontynuowana w kolejnych tomach. W każdym razie wymienię kilkanaście głównych postaci:
Ganoes Paran - szlachcic-żołnierz, wysłany przez przyboczną Lorn na kontynent Genabackis w celu przejęcia dowództwa nad resztką Podpalaczy Mostów oraz zabicia Żal,
Sójeczka - dowódca Podpalaczy Mostów,
Kalam - były Szpon, skrytobójca Podpalaczy Mostów,
Szybki Ben - mag tychże,
Młotek - lekarz tychże,
Tattersail - inny cesarski mag, 
Lorn - przyboczna Laseen,
Loczek - szalona marionetka, inkarnacja duszy cesarskiego maga (najlepszy wątek powieści!),
Toc Młodszy - agent Szponu (tajnej organizacji cesarzowej),
Skrzypek - saper Podpalaczy Mostów,
Kruppe (fałszywie skromny karciarz), Crokus (romantyczny złodziej), Rallick (skrytobójca), Baruk (mag), Onos T'oolan (Imass)  
K'rul - zapomniany bóg
Raest - starożytny tyran (Jagh)
Epizodycznie pojawiają się także Felisin i Tavore, siostry Ganoesa Parana oraz zasygnalizowana została obecność Icariuma i Mappo, tajemniczych odwiecznych wędrowców. Postaci te pojawią się szerzej już w "Bramach Domu Umarłych".

Teraz kilka rysuneczków z neta, popularność Malazańskiej księgi poległych obrodziła fanowskimi wizualizacjami postaci i zdarzeń. Większość jest na poziomie przedszkola, ale są też takie naprawdę dobre. Poniżej kilka ciekawszych odnoszących się do treści "Ogrodów księżyca":
Od lewej Kalam, Szybki Ben i Sójeczka nad umierającym Loczkiem po bitwie o Pale, za chwilę Szybki Ben przeniesie duszę Loczka do marionetki, w tle Tattersail chyba, ale coś za chuda
młody Ganoes Paran i Sójeczka podczas prologu "Ogrodów księżyca"
orgiastyczna wizualizacja potyczki Raesta ze smokami Tiste Andii
Anomander Rake, w tle Odprysk Księżyca
Odprysk Księżyca, bitwa pod Pale
Obrazki bardzo klimatyczne, postaram się przy każdej recenzji kolejnych tomów zamieszczać obrazki. Generalnie to do czytania Malazańskiej księgi poległych świetnie nadaje się pompatyczna muzyka gotycka.

Każdy z bohaterów opowiada swoją własną historię, ich losy będą się nawzajem przenikać i tworzyć często zaskakujące sploty wydarzeń. Do tego dochodzą wątki magiczne (magia Malazu to tzw. groty, których jest całe multum) i nadprzyrodzone, oprócz batalii pomiędzy ludźmi i innymi istotami śmiertelnymi, dochodzą jeszcze potyczki ascendentów, których też jest od groma i trochę, starożytne batalie pomiędzy starożytnymi ludami nieludzi (były cztery takie rasy), tajemniczy Tiste Andii, Talia Smoków (Wielkich Domów m.in. wspomnianego Domu Cienia), ascendenty itp. Normalnie cud, miód i maliny dla czytelnika high fantasy. 

A jak się w ogóle czyta "Ogrody księżyca"? Przede wszystkim czuć toporną, niewprawioną rękę pisarza. To nie tylko brak właściwego wprowadzenia czytelnika, który ląduje w świecie Malazu jak narkoman na plantacji koki, ale także ciężkim piórem pisane poszczególne wątki, gubienie pewnych wyjaśnień. Kilka wątków ma charakter fragmentaryczny, jakby autor obmyślił je sobie, a następnie podzielił na trzy części, a do powieści wrzucił tylko pierwszą i trzecią część. Stąd wrażenie m.in. niezwykłej kondensacji treści powieści, o której wspominałem na początku. To wymaga od czytelnika nieustannego pozostawania w stanie najwyższej uwagi, bo zwyczajnie można zgubić wątki. 

Ale poza tymi mankamentami i niektórymi niezbyt czytelnymi rozwiązaniami fabularnymi, "Ogrody księżyca" czyta się świetnie, jak rasową, klasyczną przygodówkę fantasy. Erikson nie leje wody, jego dzieło jest maksymalnie treściwe, czytelnik dostaje mrowie różnych wrażeń, do tego akcja i wątki są zróżnicowane, a postacie, pomimo ich mnogości, posiadają w większości jakieś swoje cechy charakterystyczne, które pozwalają je od siebie odróżnić. 

Już teraz po "Ogrodach księżyca" mogę powiedzieć, że świat Malazu mnie wciągnął i zamierzam podjąć trud związany z przeczytaniem całego cyklu. Przeraża mnie to jednak trochę, bo każda kolejna powieść jest grubsza, od tomu 5 każda powieść jest dwa razy grubsza od "Ogrodów księżyca". Na razie "Ogrodom księzyca" z czystym sumieniem wystawiam ocenę 7/10 i przystępuję do lektury "Bram Domu Umarłych".

piątek, 12 grudnia 2014

Cykl "Malazańska księga poległych" Stevena Eriksona - wprowadzenie

Poszukiwacz Mamerkus postanowił udać się w samobójczą podróż do skrajnie niebezpiecznego, okrutnego świata Malazu. Totalny brak czasu nie stanowił przeszkody, aby wziąć się za bary z jedną z najbardziej epickich sag fantasy w historii literatury. W końcu Mamerkus nigdy nie robi tego co trzeba, tylko to, na co ma ochotę.

Malazańska księga poległych to cykl dziesięciu powieści autorstwa Stevena Eriksona z gatunku high fantasy. Żeby wyjaśnić to pojęcie dla niedoinformowanych i ignorantów należy najpierw dokonać rozróżnienia fantastyki na science fiction (fantastykę naukową), fantasy oraz horror (makabrę). Same nazwy tych gatunków sugerują od razu, co się pod nimi kryje. W przypadku fantasy mamy do czynienia z motywami fantastycznymi umieszczonymi w wewnętrznie spójnym miejscu akcji, przedmiotach i postaciach. Taki motyw może być ukryty wewnątrz lub przenikać do świata z wyglądu realnego (zwykłego). Postacie mogą zostać wciągnięte do świata z takimi właśnie elementami lub wszystko może występować w świecie całkowicie fantastycznym, gdzie tego typu składniki są częścią świata. Przykładem tego pierwszego jest trylogia "Fionavarski gobelin" Guya Gavriela Kaya, gdzie grupka przyjaciół z naszej rzeczywistości przenika do świata fantasy albo też bardziej znana saga dla młodzieży "Opowieści z Narnii" C.S. Lewisa. Przykładem drugiego jest oczywiście Władca Pierścieni J.R.R. Tolkiena. Fantasy posiada wiele podgatunków, z których najbardziej popularne to high fantasy (Malazańska księga poległych, Fionavarski gobelin, Władca pierścieni, Pieśń Lodu i Ognia i wiele innych), low fantasy (inne powieści Kaya np. dylogia "Sarantyńska mozaika", trylogia husycka Sapkowskiego), dark fantasy (połączenie elementów fantasy i horroru np. twórczość H.P.Lovecrafta, cykl "Kroniki wampirów" Anne Rice, "Dracula" Brama Stokera), urban fantasy (realia wielkomiejskie, przeżywająca aktualnie szczególny rozkwit np. twórczość Neila Gaiman, Chiny Mieville'a, szczególnie dobry jest ten ostatni), space fantasy (opera gwiezdna, tu oczywiście filmy i książki z uniwersum Gwiezdnych wojen oraz wiele innych filmów podszywających się pod s-f, Stephen Donaldson i jego cykl "Skoków", "Gwiazdy moim przeznaczeniem" Bestera itd.) oraz heroic fantasy (Conan).

High fantasy to podgatunek fantasy, którego istotą jest tzw. world-building, czyli stworzenie od zera świata przedstawionego. Sukces autora tworzącego high fantasy zależy przede wszystkim od tego jak wiarygodny, spójny i ciekawy będzie wymyślony przez niego świat. Nie da się ukryć, że w tym zakresie wszystko pozamiatał J.R.R. Tolkien, który w wymyślonym przez siebie świecie Śródziemia stworzył nie tylko ludy, krainy i wierzenia, ale także języki tych ludów oraz ich szczegółową mitologię. Wiarygodność świata przedstawionego u J.R.R. Tolkiena znajduje odzwierciedlenie w jego wewnętrznej logice, nazwy miejsc, ludów, krain, wszystko to trzyma się kupy od najmniejszego ziarenka na stepie Roranu do źrenicy w oku Saurona. Uważny czytelnik Tolkiena zwróci uwagę na analogię pomiędzy językiem ludu a nazwami własnymi (np. Sauron, Mordor brzmią groźnie, posępnie albo nazwy Frodo, Bilbo Baggins, hobbit niosą ze sobą lekkość bytu, frywolność, imię Aragorn z kolei symbolizuje godność, mężność, charyzmę przywódcy). Dzięki takiej dbałości o szczegóły przejmująca historia drużyny pierścienia zyskała na niesamowitej wiarygodności i do dzisiaj stanowi niedościgniony wzór dla pisarzy high fantasy. Nie da się ukryć, że każdy kolejny pisarz high fantasy musiał się mierzyć z dziełem Tolkiena i każdy z kretesem przegrywał. Erikson chyba w ogóle takiej batalii z Tolkienem nie zamierzał podjąć, ale to się okaże, jak skończę jego cykl.

Świat Malazu został wymyślony przez Eriksona wspólnie z Ianem Esslemontem jeszcze na początku lat 80-tych na potrzeby gier fabularnych. Potem Erikson samodzielnie napisał "Ogrody księżyca" na początku lat 90-tych, które zostały wydane dopiero w 1999 roku. Od tego czasu wszystko nabrało jednak przyspieszenia, gdyż Erikson podpisał kontrakt na napisanie jeszcze dziewięciu powieści, co też uczynił w przeciągu kolejnej dekady (tom dziesiąty ukazał się w 2011 roku). Tym samym Erikson dołączył do panteonu nielicznych twórców high fantasy, którym udało się skończyć swój cykl. Taki osławiony George Martin nadal męczy bułę i do skończenia Pieśni Lodu i Ognia brakuje mu nadal dwóch z siedmiu powieści, a trwa to już bez mała piętnaście lat. Robert Jordan z kolei zmarł w trakcie tworzenia cyklu "Koło czasu", który musiał za niego dokończyć młody i ambitny Brandon Sanderson. Tak więc osiągnięcie Eriksona jest godne podziwu.

Na Malazańską księgę poległych składają się następujące powieści: 
1. "Ogrody księżyca" -  768 stron,
2. "Bramy Domu Umarłych" - 943 strony,
3. "Wspomnienie lodu" - 1187 stron,
4. "Dom Łańcuchów" - 1021 stron,
5. "Przypływy nocy" - 940 stron,
6. Łowcy Kości" - 1232 stron,
7. "Wicher śmierci" - 1280 stron,
8. "Myto Ogarów" - 1296 stron,
9. "Pył snów" - 1280 stron,
10. "Okaleczony bóg" - 1200 stron,
łącznie 11 147 stron. Całkiem nieźle. Tak to wygląda u mnie na półeczce, znowu potrzebna była akcja kolekcjonerska w kilku bibliotekach:

Oprócz tego w świecie Malazu odbywa się jeszcze kilka pomniejszych utworów napisanych przez Eriksona oraz kilka powieści Iana Esslemonta. Niestety tylko niektóre z nich zostały wydane w Polsce dlatego nie będę w stanie przeczytać całego księgozbioru składającego się na świat Malazu, czego osobiście bardzo nie lubię. Jak już czytam serie literackie, to od początku do końca za jednym zamachem, aby móc ocenić spójność wizji autora/autorów na przestrzeni całego cyklu. Pisałem o tym szerzej przy omawianiu "Świata czarownic" Andre Norton.

Oczywiście jestem już w trakcie czytania cyklu Eriksona (co widać na zdjęciu), zaczynam właśnie "Wspomnienie lodu". Pierwsze dwa tomy zabrały mi łącznie dwa tygodnie i muszę je sobie w głowie poukładać, zanim napiszę o nich na blogu. W każdym razie tyle tytułem wprowadzenia. 

Best of Robert Silverberg - "Pożeglować do Bizancjum"

Na temat twórczości Silverberga mam już wyrobione, niezbyt pochlebne zdanie, a po opowiadania z tomu "Pożeglować do Bizancjum" sięgnąłem z nadzieją, że zdarzy mu się kolejny rodzynek w postaci "Człowieka w labiryncie", a nie zbiór kupsztali w stylu Majipooru. Czy tak się faktycznie stało, o tym poniżej.


Robert Silverberg "Pożeglować do Bizancjum" (jako zbiór ocena 3,5/10)
"Gilgamesz na Pustkowiu" (ocena 3/10) - typowy przedstawiciel twórczości Silverberga, intrygujący, trącący sporym surrealizmem pomysł piekła dla historycznych i półmitycznych bohaterów ludzkości został wykorzystany dla drętwej, pustej, nic sobą nie wnoszącej fabuły, w której pojawiają się takie kwiatki jak domniemany wątek ciągotek homoseksualnych Roberta E. Howarda do Gilgamesza (archetypu Conana), czy też platoniczna miłość pomiędzy Enkidu i Gilgameszem. Do tego samo Piekło zostało przedstawione w wybitnie sztampowy sposób, oczywiście bez wyjaśnienia co, gdzie i dlaczego istnieje taki, a nie inny wymyślony przez autora świat przedstawiony. Wysoka ocena 3/10 tylko z powodu mojego romantyzmu na punkcie mitologii sumeryjskiej. Ale pada tutaj bardzo fajne sformułowanie: "Pożądanie mężczyzny przez mężczyznę stanowi oznakę dekadencji, upadku cywilizacji". No cóż, coś w tym jest.

"Pasażerowie" (ocena 3/10) - trawestacja motywu pożeraczy ciał (tutaj umysłów). Jak to u Silverberga pomysł wyjściowy (skąd są, jak wyglądają, czym są tytułowi pasażerowie) nie zostaje wyjaśniony, zaś osnuty wokół tego pomysłu wątek fabularny zwyczajnie rozczarowuje i nie zaskakuje.

"Na scenę wkracza żołnierz. Za nim wkracza drugi" (ocena 1,5/10) - Francisco Pizarro i Sokrates spotykają się jako pewnego rodzaju trójwymiarowa AI w zerojedynkowym świecie i sobie gadają. Standardowo Silverberg niezbyt czytelnie przedstawia wykreowany świat oraz tworzy słabiutką fabułę, w której chyba najistotniejsza miała być konfrontacja gwałtowności Pizarra i stoicyzmu Sokratesa. Podobnie jak w "Gilgameszu..." Silverberg popisuje się swoją encyklopedyczną wiedzą historyczną, ale samej historii to zupełnie nie jest w stanie uratować, dyskusja antagonistów jest płytka, pusta i do niczego w ostateczności nie zmierza.

"Skrzydła nocy" (ocena 5/10) - całkiem interesująca wizja przyszłości, gdzie ludzkość podzielona na swego rodzaju cechy (czyli takie samorządy zawodowe) oczekuje ponownej inwazji obcych z kosmosu. Akcja toczy się w Roumie (Rzymie z przekręconą nazwą) a głównym bohaterem jest Obserwator gwiazd, przedstawiciel cechu, który ma za zadanie dostrzec inwazję. Towarzyszą mu dziewczyna dysponująca tytułowymi skrzydłami oraz tajemniczy osobnik, który potem odegra niepoślednią rolę. Fabuła oczywiście nie wymiata, ale przynajmniej miałem poczucie, że przeczytałem przyzwoitą historię, chociaż bez żadnego morału i która wyleciała mi z głowy dwie sekundy po ostatniej kropce.

"Rodzimy się zmarłymi" (ocena 1/10) - sto najgorszych stron z Silverbergiem, co jest swego rodzaju osiągnięciem, bo nie spodziewałem się, że coś przebije "Księgę czaszek". Brak morału, brak sensu, brak ciekawej historii, północna ściana Eigeru beznadziejności. Fatalna nowela, czuję się tą historią zbrukany i absolutnie nie wiem, co chciał nią Silverberg przekazać, bo cały czas zmierzał łopatologicznie do wyraźnego morału, który oczywiście nie nastąpił.

"Dobre wieści z Watykanu" (ocena 2/10) - dobre, bo krótkie, na szczęście to tylko dziesięć stron i dlatego ocena oczko wyżej. Kilku religijnych notabli siedzi sobie w kawiarence i dyskutuje o trwającym konklawe, przewidując na stolec papieski wybór pierwszego robota. Jałowa dyskusja o zeszłorocznym zbiorze truskawek trwa przez całe opowiadanie, na koniec robot zostaje wybrany, chłopaki się rozchodzą, koniec opowiadania.

"Pożeglować do Bizancjum" (ocena 6/10) - Silverberg znowu popisuje się swoją encyklopedyczną wiedzą historyczną, ale na szczęście pojawia się tutaj w miarę sensowna fabuła. Jest to jedyna nowela w zbiorze, w której bohater rusza z punktu A i dociera do punktu B, po drodze przechodząc pewną przemianę, dowiadując się nowych rzeczy o świecie przedstawionym oraz samym sobie, w konsekwencji jest tutaj istota literatury - progres głównej postaci w określonej skali. Świat przedstawiony to bliżej nieokreślone miejsce (Ziemia, inna planeta, hangar, świat wirtualny) w przyszłości, w którym wiecznie młodzi, hedonistyczni i jednakowo piękni ludzie odwzorowują trójwymiarowe miasta z przeszłości z całym ich życiem miejskim i w którym zapewniają sobie odpowiednio rozrywkowe wakacje. Mamy zatem Aleksandrię, Chicago, starożytne miasto chińskie, a na końcu oczywiście Bizancjum. Za towarzyszy ta młodzież przyszłości obiera sobie czasami wskrzeszone postaci z przeszłości. Takim osobnikiem jest także główny bohater, alter ego mężczyzny z lat 80-tych XX wieku. Odnajdywanie się naszego protagonisty w świecie przedstawionym jest osią fabularną noweli. "Pożeglować do Bizancjum" nie jest jakimś olśniewającym dziełem s-f, ale wyróżnia się na tle wcześniejszych nowel zbioru, jest przyzwoicie napisane i kończy się wyraźnym morałem. Z tego powodu daję aż sześć oczek. 

wtorek, 2 grudnia 2014

Głębia poszukiwacza (zmiany na blogu)

Wszystko płynie, świat pędzi do przodu, coraz mniej czasu na refleksję nad własnym postępowaniem, ludzie funkcjonują jak zombie, sami często już nie wiedzą, na czym ich życie polega. Człowiek się starzeje, lata upływają, ludzie przychodzą i odchodzą, to wszystko zaczyna przypominać pustynny miraż. Zatem, czas na wspominki.
Wiek chrystusowy zobowiązuje. Coraz częściej patrzę wstecz, świat dzisiejszy coraz mniej przypomina świat, w którym się wychowałem. Spoglądanie wstecz to tak naprawdę pilnowanie swoich korzeni, pilnowanie swojej wewnętrznej tożsamości, to nie oznacza przecież zagubienia we współczesnym wszechświecie. Moje korzenie, tak jak całe życie, tak jak moje myśli, są poplątane, poskręcane, przewleczone przez przełom lat 80-tych i 90-tych. Było mnóstwo czasu na wszystko, dni się nie kończyły, noce były długie, wakacje nieskończone, nadzieje płonne, uczucia głębokie, nieśmiałość wobec dziewczyn niezmierzona. A dzisiaj? Cynizm i realizm zabijają ducha, ale bez tej bariery ochronnej pozostałyby tylko tabletki i alkohol.
Pamiętam jeszcze świat prawdziwych, głębokich wartości, dobrej muzyki, dobrego filmu, ba, nawet dobrej bajki. Od tej pory, oprócz dotychczasowej swojej literackiej aktywności blogowej, będę wyszukiwał wspominki, ciekawostki, to co kiedyś lubiłem jako dzieciak, uczeń i student. Kolekcjonowanie, by uchronić od zapomnienia. I w sumie nie wiem, czy to typowy objaw przywiązania do swojego pokolenia, czy też może jednak faktycznie mój gust jest najlepszy :) 

Na początek gotycki metal, idealna pożywka dla wielbiciela gitary basowej oraz romantycznych wizji miłości, nieśmiertelności i niematerialnego piękna. Genialna muza Artrosis, najlepsza pieśń i najlepszy album gotycki. Teraz tylko zamknąć oczy i odpłynąć!