poniedziałek, 7 lipca 2014

Degustacja rzeczywistości - skrót za siatkę cz.3

Zaległości recenzenckie sięgają już około dwóch miesięcy, ale co zrobić, kiedy człowiek przestaje byc wiecznym studentem i pora wziąć się za udział w wyścigu szczurów? Poniżej kilka słów o książkach, które przeczytałem w ostatnim czasie. 


1. Cormac Mccarthy "Sunset Limited" (ocena 6/10)

Cormac Mccarthy to pisarz zgorzkniały. Wewnętrzną wrażliwość przekuł na kilka powieści stanowiących swego rodzaju osobiste rozliczenie ze smutną i rozczarowującą rzeczywistością. Podobny, o ile wręcz nie fatalistyczny wydźwięk ma dramat sceniczny "Sunset Limited". Pomijając tutaj książkowy przerost formy nad treścią (120 stron samych dialogów, bardziej scenariusz sztuki telewizyjnej, niż samodzielna pozycja literacka) "Sunset Limited" to pojedynek antagonizmów, czarnego z białym, nadziei życia i nadziei śmierci, poszukiwania Boga i poszukiwania wiecznego spokoju, potrzeby działania i chęci udania się na wieczny spoczynek w ramionach ekspresu kolejowego Sunset Limited. Łopatologia tej symboliki poraziłaby nawet zmysły przedstawicieli homo sapiens debilis.
Oto dwaj oponenci - Czarny Samuel L. Jackson, który wyrzekł się wszystkiego z wyjątkiem rozmowy z Bogiem oraz Biały Tommy Lee Jones, który wyrzekł się życia, jeden ratuje drugiego od śmierci, za co bynajmniej ten drugi nie jest mu wdzięczny. Rozpoczyna się 100-stronicowa potyczka dialogowa, dwudrama prowadząca czytelnika na manowce wiary w ludzkość. Czarny chce poznać przyczyny tego, że przedstawiciel nowojorskiej inteligencji rzucił się w bezdnię nicości, a jednocześnie ma ambicję, by odwieść go od tego zamiaru na stałe. Biały chce stamtąd wyjść, jednocześnie daje się wciągnąć w dyskusję o naturę rzeczywistości, o potencjał tkwiący w przyjęciu wiary w Boga i jego wpływ na świat materialny. Czarny kieruje się przekonaniem, że w świecie trwają wiara, nadzieja i miłość, Biały ma poczucie utraty wszelkiego sensu, Czarny chce odkupić swe przeszłe winy uratowaniem Białego, Biały współczuje Czarnemu, bo wie, że trud tamtego jest daremny. 
I tak to leci, traktat filozoficzny w ascetycznej formie, jak to u Mccarthy'ego. Warto przeczytać, niemniej nie jest to szczyt możliwości artystycznych tego pisarza. 

2. John Wyndham "Dzień Tryfidów" (ocena 3/10)
Porażka. Zamiast globalnej walki z inwazją potworów mamy tutaj potyczki grupek ludzi pomiędzy sobą o dostępne wiktuały typu cukier lub słoik z dżemem. Zamiast epickiej batalii przez ok.200 stron powieści (na 240) główną kwestią interesującą autora są partykularne interesy, jakieś osiedlowe ustawki o zajęcie supermarketu, hacjendy, szopy, czy objęcie władzy nad grupką kilkunastu osób, do tego ślepych. Pojawiają się obszerne rozważania społeczno-polityczne, natomiast sama walka z tryfidami to tylko epizody w tym morzu antropocentrycznej pulpy. Do tego te koncepcje społeczno-polityczne trącą myszką, były charakterystyczne bardziej dla lat 50-tych, kiedy "Dzień tryfidów" powstał, a nie po kilkudziesięciu latach od tamtych czasów. Tym bardziej dziwi mnie fakt, że "Dzien tryfidów" doczekał się w Polsce aż pięciu wydań.

3. K.J.Bishop "Akwaforta" (ocena 5/10)
Sztuka dla sztuki. Doceniam kunszt pisarski autorki oraz konsekwentną realizację ambitnego pomysłu literackiego, tylko że dla mnie nie istnieje literatura bez morału, bez jakiejś ogólnej konstatacji na niwie etycznej, religijnej, społecznościowej, politycznej, kosmicznej itd., a tego ewidentnie zabrakło w "Akwaforcie". Wielokrotnie już pisałem przy różnych recenzjach, że literatura to dla mnie podążanie bohatera lub bohaterów z punktu A (zawiązanie akcji) do punktu B (zakończenie, najlepiej epickie) poprzez cały alfabet różnorakich zdarzeń, co ważne mniej lub bardziej powiązanych z tym wątkiem A-B. "Akwaforta" to przemieszczenie się bohaterów z punktu D do punktu D, po drodze zahaczając o punkt Ę, a całość rozgrywa się w płaszczyźnie alfabetu snów. Jednym słowem - piękna i atrakcyjna wydmuszka, chateau z borowikami. Ja tam wolę kluski z boczkiem i kapustą u mojej babci. 

4. Stephen Donaldson "Skok w konflikt. Prawdziwa historia" (ocena 2/10)
Sztafaż s-f całkowicie zbędny, pociąg autora do zadawania bólu głównej postaci żeńskiej przerażający, intryga o konsystencji zupki Knorra, do tego trójka "bohaterów" niesamowicie sztuczna i pretensjonalnie rozpisana przez Donaldsona, relacje między nimi są tak wiarygodne jak w Klanie, a do tego totalnie z czapy kilkunastronicowe posłowie, które w połowie jest kuriozalnym streszczeniem dzieła Wagnera. Autor w posłowiu pisze, o co chodzi w "Skoku w konflikt", ale gdyby mi nie napisał, to bym się w życiu nie domyślił (tutaj mrugam okiem jakby co). Ogromne rozczarowanie, być może "Skok w konflikt" ma sens w ramach większej całości, ale jako samodzielna ni to powieść, ni to rozbudowane opowiadanie (jeden wątek na 128 stronach) zupełnie się nie sprawdza.
Jestem teraz w 3/4 "Skoku w wizję" i niestety jest niewiele lepiej. Napiszę później.

Raju nie ma

Od momentu, kiedy nabyłem zdolność abstrakcyjnej analizy otaczającej mnie rzeczywistości jedną z podstawowych nurtujących mnie kwestii było znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy źródłem zła jest człowiek, czy może raczej okoliczności, w których zmuszony jest żyć (oczywiście zła rozumianego w kategoriach uniwersalnych, etycznych, ale także moralnych, osobowościowych, czynienie drugiemu, co dla samego siebie jest niemiłe.) Dzisiaj przychylam się do tezy, że zła jest tyle, ile jednostka lub zbiorowość jest w stanie sama z siebie wygenerować, niezależnie od warunków, w których zło się pojawia, nawet w hipotetycznej próżni doskonałej. Pół biedy, gdy to jednostka sprawia ból i niesprawiedliwość, bo wtedy społeczność, grupa adresatów lub sam adresat może wymierzyć przysłowiową sprawiedliwość (tak m.in. w historii buntu na "HMS Bounty", czy znanej z polskiego filmu "Lincz"). Gorzej jednak, gdy mamy do czynienia ze złem systemowym, będącym przyjętym w danej społeczności systemem wartości, wtedy jednostka ma za przeproszeniem przerąbane. Z jednej strony jest ofiarą systemu, z drugiej zaś jego fundamentem, kultywatorem, wspiera ten system, bo w takich warunkach, wartościach się wychowywała i takie są fundamentem jej osobowości społecznej. I nawet, gdy dochodzi do tych nielicznych przypadków oporu, buntu, to pozostaje sama, bo nie ma kto jej wesprzeć, nie ma do czego się odwołać, no chyba że do osób, instytucji będących poza tym systemem wartości. Przykładem na to jest sytuacja kobiet w krajach islamu, usankcjonowana religijnie i politycznie, Żydów i Cyganów w czasach hitleryzmu, Żydów sefardyjskich w XVII-wiecznej Hiszpanii, czy też bardziej subtelnie tzw. poprawność polityczna we współczesnej Europie, gdzie wyrażanie własnych poglądów na temat homoseksualistów, islamu, czy murzynów spotyka się co najmniej z ostracyzmem tzw. opinii publicznej (np. zaklinanie rzeczywistości i zakazywanie nazywania faceta przebranego za Annę Grodzką przebierańcem, chociaż jaka prawda jest, każdy widzi).
Społeczeństwo wyspy Pitcairn, będące tematem przewodnim książki "Jutro przypłynie królowa" Marcina Wasielewskiego, jest klasycznym przykładem społeczności, w której usankcjonowana moralność ogółu jest złem etycznym, moralnym, aprobującym czynienie zła, gwałtów na osobowościach i ciałach wszystkich kobiet. W tej społeczności, jak w soczewce, odbijają się wady człowieka jako istoty społecznej, nie można więc mówić, że co mnie tam obchodzi los kobiet na jakimś oceanicznym wygnajewie, bo to, co tam się działo i w sumie nadal się dzieje, dotyka prawd fundamentalnych, kwestii, od których nie da się uciec, jeżeli nie ucieka się na bezludną wyspę.
Jednym z moich wielkich marzeń jest kupić wyspę na Oceanii i tam dożyć na emeryturze i w spokoju, mając za towarzystwo palmy, wielki błękit, lagunę i kokosy. Taki skromny, ziemski raj. Oczywiście wielce to naiwny obrazek, trącący w dodatku romantycznym kiczem i nie przystający do współczesnego globalnego świata. W zasadzie nie przystający do żadnego świata.
Takim rajem mogła być wyspa Pitcairn, samotny skrawek lądu pośrodku oceanicznego bezkresu, błękitna laguna spokoju i miłości. Pitcairn to metafora marzeń, rzeczywistość wyspy to piekło w raju, utrata złudzeń i odpowiedź na pytanie skąd się bierze zło. 
Oto raj:
A to tylko wierzchołek góry lodowej. Ecce homo, zostawić samopas i zobaczyć jaki będzie tego efekt. Efekt Pitcairn.
Co do samej książki to jest ona napisana chaotycznie i dosyć przypadkowo, tak jakby Wasielewski nie miał większego pomysłu na uporządkowanie zebranych faktów. Raz autor dosyć skutecznie i obrazowo przedstawia, to co czuje zgwałcona ofiara i to jest niewątpliwie duży plus jego książki, ale dalej są już nieudolne próby wyjaśnienia genezy zjawiska, a to już jest spora wada. Generalnie jednak temat sam się broni, Wasielewski przekazuje suche fakty, i to w zupełności wystarcza. Obraz gehenny i piekła w raju jest porażający i pokazuje człowieka jako źródło zła. 

piątek, 6 czerwca 2014

Janusz Korwin-Mikke (wpis polityczny)

Ostatnio nie za bardzo mam czas żeby usiąść i napisać porządną recenzję książek, które na bieżąco czytam. Mam mnóstwo pomysłów pozablogowych, nawet wpadłem na koncepcję fabuł dwóch opowiadań, ale oczywiście zapału starczyło na kilka akapitów i pomysły trafiły do szuflady :) Może kiedyś...
Ten wpis ma jednak zgoła odmienny charakter, wynikający z osobistego zniesmaczenia bezpardonową nagonką niemalże wszelkich mediów (podległych PIS lub PO) na partię polityczną i osobę Janusza Korwina-Mikke. Od razu przepraszam wszystkich, którzy polityką się nie interesują albo nie życzą sobie takiej tematyki na blogu o profilu książkowym, myślę, że to będzie tylko taki pojedynczy wpis. 
JKM to zasadniczo nie jest polityk z mojej bajki, jego poglądy społeczne często budzą we mnie sprzeciw, chociaż gość przekonuje mnie swoim podejściem do gospodarki, do rynku pracy i innych kwestii ekonomicznych. Ta nagonka sprawia, że czuję się w tym momencie zobligowany do przedstawienia tego, jak to naprawdę jest z politykiem herbu Korwin, wbrew medialnej propagandzie. A że nie chce mi się samemu pisać, to oddaję głos użytkownikowi fejsbuka Tomaszowi Bochenowi za jego wpisem na profilu JKM z dnia 28.05.2014r.
"Facet ma od kilkudziesięciu lat niezmienne poglądy. W latach 90-tych postulował stworzenie Funduszu Emerytalnego z pieniędzy uzyskanych z prywatyzacji (30%) - wyśmiano go. Facet, który kilkadziesiąt lat temu przewidział, że Zakład Utylizacji Szmalu padnie na zbity pysk - wyśmiano go. Facet, który zrzekł się emerytury w przeciwieństwie do innych polityków. Facet, który przygotował projekt ustawy o zakazie uchwalania budżetu państwa z deficytem - wyśmiano go. Facet, który wraz z Stanisławem Michalkiewiczem postulował wprowadzenie kary śmierci za najcięższe morderstwa - wyśmiano go. Dzisiaj Trynkiewicz w lewackim państwie ma się dobrze i korzysta ze zdobyczy demokracji jaką była amnestia. Facet, który w 2008 roku niedługo po konferencji z udziałem Drzewieckiego na której określono całkowity koszt budowy Gniazda Narodowego na 850 milionów złotych powiedział, że stadion będzie kosztował 2 - 3 razy tyle, niż wynika to z kosztorysu- nie mylił się. Facet, który nie bał się w zeszłym roku wyjść do związkowców i powiedzieć im nie to co chcą usłyszeć ze słodkich ust polityka, ale to co jest obiektywną rzeczywistością. Pokażcie mi dzisiaj jakiegoś bonza partyjnego, który bez ochrony jest w stanie wyjść do prostego ludu i tłumaczyć mu, że tak się nie da, bo prawa ekonomii są nieubłagane i żeby komuś coś dać z budżetu państwa( pieniędzy podatników), to wcześniej innej osobie musi się to w podatkach zabrać. Facet, który optował za nie mieszaniem się w konflikt na Ukrainie- oczerniano go i wyśmiano. Dzisiaj widać, ze miał racje w przeciwieństwie do złodziei z PO i ''patriotów'' z PIS. Korwin postuluje obniżkę podatków, likwidacje złodziejskiego podatku dochodowego, ograniczenie do niezbędnego minimum administracji i wiele innych ciekawych pomysłów na państwo i gospodarkę , i ja mam głosować na Tuska, Kaczyńskiego albo Millera, którzy zadłużyli obywateli tego kraju na przynajmniej 2 pokolenia - hahahahha. Siłą państwa jest siła gospodarcza i militarna, a bez pierwszej nie będzie tej drugiej. Żadne tam NARODOWE PLANY ZATRUDNIENIA (PIS) albo STRATEGIA POLSKA 2030 (PO) nie spowodują, że Polska stanie się liczącym krajem na mapie Europy i Świata, jeżeli od 25 lat ciągle będziemy głosować na pseudo-liberałów z PO, postkomunistów z SLD albo pobożny socjalistów z PIS. Dzieci nie nakarmi się obietnicami wyborczymi Tuska, czy patriotyzmem i historią Kaczyńskiego. Polsce brakuje prawdziwego konserwatywno-liberalnego męża stanu jakim był Ronald Reagan, Pinochet lub Margaret Thatcher. Oczywiście samo to nie wystarczy do tego, żeby nasz kraj mógł stać się ważnym punktem na politycznej mapie Europy i Świata, bo do tego potrzebna jest zmiana mentalności Polaków, szanowania się nawzajem, uczciwości i świadomości, że każda nasza decyzja będzie miała w przyszłości w mniejszym lub większym stopniu wpływ na życie przyszłych pokoleń o które też należy z całą stanowczością pamiętać. Ludzie tak na prawdę PIS nie wiele się różni od PO i co najgorsze manipulują wami wmawiając, że oddając głos na partię z poza parlamentu marnujecie swój głos, co jest wierutną bzdurą mająca na celu utrzymać status quo na zabetonowanej na amen polskiej scenie politycznej. Korwin to jedno z głównych ogniw mogących stać się zalążkiem myśli konserwatywno-liberalnej, która niestety w polskim społeczeństwie kuleje z powodu 50 letniego panowania komunizmu i socjalizmu zaszczepiającego w Polakach bierność i złudne poczucie bezpieczeństwa, że państwo (rząd) się o nich zatroszczy."

wtorek, 27 maja 2014

"Na straży Świata czarownic" ocena 8/10 (tomy 26-27) - zamknięcie cyklu

"Na straży Świata czarownic" tom 26 
"Zamknięcie bram" tom 27
Na wstępie koniecznie muszę zwrócić uwagę na największy skandal wydawniczy, z jakim się w życiu spotkałem. Często zdarza się w naszym kraju, że utwór nie jest wydawany w formie adekwatnej do zamierzenia autora. Nagminnie zjawisko to można było obserwować w latach 90-tych, gdzie wolny rynek książki dopiero się kształtował, a liderem w wydawaniu książek "po łebkach" było wydawnictwo Amber (np. genialny "Hyperion" został wydany sztucznie w dwóch tomach). "The warding of witch world" Andre Norton to zamknięta, integralna całość, takie było zamierzenie autorki i taki jest zakres jej autorskich praw osobistych do tego utworu. Zgodnie bowiem z art.16 ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o ochronie praw autorskich i prawach pokrewnych autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i niepodlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do nienaruszalności formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania. Prawo to jest nazywane prawem do integralności utworu. Sensem tego przepisu jest pozostawienie pełnego prawa kształtowania formy utworu jego twórcy. Poszanowaniu tego naturalnego prawa służy także art. 49 ust. 2 tej ustawy, zakazujący następcy prawnemu, choćby nabył całość autorskich praw majątkowych, czynić zmian w utworze - bez zgody twórcy. Zewnętrzna ingerencja w formę jest dopuszczalna tylko wtedy, gdy spełnione są równocześnie dwa warunki: zmiany są spowodowane oczywistą koniecznością oraz twórca nie miałby słusznej podstawy im się sprzeciwić (np. oczywiste błędy merytoryczne lub techniczne). Jeżeli publiczne udostępnienie utworu następuje w nieodpowiedniej formie albo ze zmianami, którym twórca mógłby się słusznie sprzeciwić, może on po bezskutecznym wezwaniu do zaniechania naruszenia odstąpić od umowy lub ją wypowiedzieć, zachowując prawo do wynagrodzenia określonego umową. 
Należy w tym miejscu podkreślić różnicę pomiędzy prawami osobistymi do utworu (m.in. prawo do jego integralności), a prawami majątkowymi. Wydawnictwo kupując utwór nabywa do niego tylko prawa majątkowe, w dodatku strony takiej umowy określają ściśle pola eksploatacji utworu (tutaj to może być np. prawo do wydania powieści w języku polskim i na rynku polskim, ale już niekoniecznie na rynku czeskim). "The warding of witch world" został wydany w naszym kraju w 1997 roku, co jednoznacznie wskazuje, że wydawnictwo Amber było już zobowiązane do stosowania ww. przepisów ustawy. Tymczasem Amber nie tylko sztucznie podzielił powieść na dwie części ("Na straży świata czarownic" kończy się w środku akcji dotyczącej uwięzienia Kethana w jednym z ognisk złej mocy), to nadto od początku "Zamknięcia bram" Amber rozpoczął od nowa numerację rozdziałów! Jest to skandaliczne naruszenie integralności formalnej utworu (zmiana numeracji rozdziałów), z drugiej zaś ingerencja w jego treść (rozdzielenie na dwa tomy w środku konkretnej akcji). Nie należy przy tym zapominać o innych rzeczach jak m.in. interes polskiego czytelnika, który zwyczajnie głupieje, kiedy fabuła kończy się nagle w środku akcji i musi czekać kilka miesięcy, aby wydawca łaskawie wydał dokończenie integralnej powieści lub też, patrząc w skali makro, spadek zaufania czytelnika do polskiego rynku książki lub nawet odchodzenie z niego czytelników. Konsekwencje skandalicznych praktyk mogą być dalekosiężne. W związku z tym, że ochrona autorskich praw osobistych jest nieograniczona w czasie, spadkobiercy Andre Norton mogliby skutecznie dochodzić od wydawnictwa Amber roszczeń wynikających z naruszenia integralności "The warding of the witch world". 
Z wyżej wymienionych powodów, niezależnie od bandyckich metod wydawniczych polskiego wydawcy, recenzowane dzieło Andre Norton należy oceniać jako jedną, zamkniętą całość. Dlatego w dalszej kolejności, dla zaznaczenia, że moje uwagi odnoszą się do jednolitej powieści, będę posługiwał się angielskim tytułem "The warding of witch world". Tyle tytułem przydługiego wstępu.

"The warding of witch world" stanowi epickie zakończenie całego cyklu. Powieść zbudowana jest jakby na zasadzie wcześniejszych kronik świata czarownic - składa się z trzech prologów, które następnie rozwijają się w trzy odrębnie prowadzone opowieści, pomiędzy nimi są interludia, a całość kończy się epilogiem. Z jednej strony stanowi to pewną zaletę związaną z precyzyjnym wyszczególnieniem poszczególnych fabuł, bardziej jednak rozczarowuje utratą potencjału tkwiącego w równoległym prowadzeniu tych i jeszcze może kilku wątków. No i sprawia nieco sztuczne wrażenie. Przede wszystkim cierpi na tym dramaturgia i rytm powieści, bo mamy po trzykroć zawiązań akcji, ich rozwinięć i kulminacyjnych batalii z siłami zła. Nie żebym jakoś specjalnie psioczył, to co dostałem, też było spoko, tylko zawsze mogło być lepiej. Z tych minusów właśnie wynika też tylko ocena 8/10.
Pomijając jednak formę, treść zasadniczo wynagradza wiele wynikających z tego minusów. Poprzez całą powieść przewija się mrowie pierwszo i drugoplanowanych postaci z wcześniejszych książek cyklu, co sprawia, że bez ich przeczytania ani rusz z ogarnięciem wszystkich postaci i ich roli w uniwersum. Nie wymieniając wszystkich są to m.in. Kerovan, Joisan i ich dzieci, Elys, Jervon, Eydryth, Alon (trylogia Gryfa, "Tkaczka pieśni", opowiadania), tajemnicza kobieta-ptak  z "Klątwy Zarsthora", Herrel, Gillan, Kethan, Aylinn, Ibycus ("Rok jednorożca", "Lampart", trylogia Gryfa, opowiadania), Simon Tregarth, Jealithe, ich dzieci, wnuki, Hilarion, Dahaun, Koris, Loyse (cały podcykl o Estcarpie i Escore, "Port umarłych statków"), Duratan, Nolar, Morew (wszystkie powieści z cyklu, gdzie pojawia się Lormt), Kasarian, Mereth ("Magiczny kamień"), Eleeri i Kepliany z "Klucza Keplianów", mała wiedźma z "Sokolej magii", Uta ("Klątwa Zarsthora"), Tursla i Simond ("Siostra piasku") i inne pomniejsze. Oprócz tego pojawia się mrowie nowych postaci, z których niektóre są pierwszoplanowymi bohaterami poszczególnych segmentów (Keris Tregarth, Liara w pierwszym segmencie, czy też Lattyjczycy w trzecim). Robi wrażenie, jednak epickość nie wynika li tylko z nagromadzenia bohaterów cyklu, ale przede wszystkim z globalnej osnowy fabularnej. Akcja obejmuje swym zasięgiem dosłownie cały świat przedstawiony, od krańców zachodnich Wielkiego Pustkowia na kontynencie High Hallack, po północne i południowe rubieże kontynentu wschodniego. Oprócz tego istotność rozgrywanych wydarzeń dla świata przedstawionego jest fundamentalna, co także znacznie wpływa na rozmach i epicki klimat powieści.
Co do fabuły to skupia się ona na poszukiwaniu bram do innych światów w celu ich ostatecznego zamknięcia, tak aby nie było już żadnych inwazji i różnorodność ludów świata czarownic mogła żyć w zgodzie i harmonii. Oczywiście autorka nie była w stanie przedstawić wszystkich wypraw w celu poszukiwania bram, skoro przez cały cykl przewinęło się z kilkadziesiąt bram. Dlatego Norton skupiła się przede wszystkim na trzech najistotniejszych, przez które mogłoby przejść największe zło, a gdzieś w didaskaliach wspomina o innych wyprawach. 
W każdym razie pierwsza z tych historii prowadzi nas na niezbadane rejony interioru. W "Porcie umarłych statków" akcja zaprowadziła nas na południe od Karstenu, tym razem wiedzie jeszcze dalej na południowy wschód do zapomnianego miasta. Spośród wcześniejszych bohaterów cyklu w tej wyprawie biorą udział mała wiedźma z "Sokolej magii" oraz Eleeri z "Klucza Keplianów". Skład ekipy uzupełniają syn Kyllana Tregartha, siostra Kasariana z "Magicznego kamienia", jacyś Sokolnicy, Kepliany, jeden Renthan i kuce. Eka zacna, szkoda tylko że nieźle poprowadzoną akcję ze świetnym klimatem interioru psuje słabiutka końcówka tego wątku. Szast plast przybywa mag i w dwa akapity zamyka groźną bramę, przez którą już się pchają jacyś naziści. 
Drugi wątek jest najlepszy. Oto akcja przenosi się do Arvonu, gdzie zaczynają szumieć magowie i mędrcy ze Stanicy Howell, takiego Lormtu ciemności. Wątek ten został już zasygnalizowany w "Tkaczce pieśni", tutaj wychodzi na pierwszy plan. Do walki ze złem staje eka z gniazda Gryfa wzmocniona bohaterami "Lamparta". Na pierwszy plan wysuwa się Kethan, wtórują mu jego przybrana siostra Ailinn oraz syn Kerovana i Joisan, następnie starożytny mag Ibycus, do spółki przybierają sobie miejscowy ludek i dawną kochankę Ibycusa. W takim składzie wyruszają w pościg za magami zła na najdalsze zachodnie krańce Ziem Spustoszonych, po drodze spotykając kotkę Utę znaną z "Klątwy Zarsthora", która kryje w sobie niejedną tajemnicę. W tym pościgu bohaterowie docierają do morza graniczącego z zachodnią częścią kontynentu High Hallack. Cała akcja jest wyśmienicie rozpisana, trzyma w napięciu od początku do końca i jest świetnie podsumowana epickim finałem. 
Był skwar południa, były piaski pustyń zachodnich, no to ostatni wątek z kolei to podróż na północ, do krainy wiecznych lodów. Jest to wątek najbardziej klimatyczny ze wszystkich, a sama koncepcja bramy oraz "zło", z którym bohaterowie walczą najoryginalniejsze z całego cyklu. Nasi bohaterowie to Simond i Tursla, znani wcześniej tylko ze skromniutkiego opowiadania "Siostra piasku" oraz nowe postaci takie jak czarownica Frost, Sulkarczycy, czy też dwoje przedstawicieli ludku żyjącego na północ od Alizonu. Wątek ten jest ściśle związany z genezą samych Sulkarczyków, rasy przewijającej się na drugim planie przez cały cykl. Fabuła momentami średniawa, ale za to zakończenie jest wyjątkowo epickie i klimatyczne. 

W ten sposób zakończyła się moja czteromiesięczna przygoda z cyklem Świat czarownic. Generalnie cykl bardziej dla młodzieży, mnie wiele rzeczy tutaj przeszkadzało, co oczywiście nie znaczy, że nie czerpałem przyjemności z lektury, chociaż były też momenty, kiedy niemiłosiernie się męczyłem ("Na skrzydłach magii", większość opowiadań). Nie jest to szczytowe osiągnięcie światowej fantasy, cykl mocno nierówny, więcej powieści rozczarowuje, jest kilka wybornych, jedna kompletna ("Tkaczka pieśni"). Zwraca przy tym uwagę, że słaby jest paradoksalnie pierwszy podcykl, najlepiej wyszła seria o Arvonie i High Hallack, najgorzej zaś opowiadania różnych autorów i niektóre żenujące powieści z podcyklu o Kronikach Świata czarownic. Podsumowując jednak jestem zadowolony, że udało mi się skończyć i naszła mnie ochota na kolejne cykle literackie.

niedziela, 18 maja 2014

Andre Norton - Kroniki świata czarownic (tomy 18-25 cyklu)

Trzecim elementem serii o Świecie czarownic jest podcykl o wdzięcznym tytule "Kroniki Świata czarownic", nazywany inaczej opowieściami Wielkiego Poruszenia (angielskie "The Turning"). Wielkie Poruszenie to była zaznaczona jedynie marginalnie w "Trojgu ze Świata czarownic" operacja wielkiej magii czarownic z Estcarpu polegająca na potężnych zmianach geologicznych na granicy Estcarpu i Karstenu, mająca na celu powstrzymać marsz armii Karstenu na Estcarp. Co zabawne nazwa Wielkie Poruszenie została użyta po raz pierwszy dopiero w "Strzeż się sokoła", a sama koncepcja zyskała z rozwojem cyklu fundamentalne znaczenie dla mitologii świata przedstawionego. Mitologia ta zasadza się na banalnym założeniu, że Wielkie Poruszenie poruszyło nie tylko góry i doliny, ale także obudziło drzemiące moce w całym Świecie czarownic, przez co można było bez kozery stworzyć kilkanaście nowych powieści cyklu. Wszystko nagle zyskało globalnego znaczenia, lokalne sprawy opisywane w pojedynczych opowieściach jawią się jako elementy większej całości, czego symbolicznym przykładem była "Tkaczka pieśni", której akcja łączyła w sobie wątki podcykli o Estcarpie i Arvonie. 
Nie może więc dziwić, że Wielkie Poruszenie stało się oficjalnym tytułem trzeciego z podcykli Świata czarownic. Norton wpadła na ten pomysł po wykorzystaniu do potencjału poprzednich podcykli oraz w większości słabych zbiorów opowiadań różnych autorskich przybłędów. Zaprosiła do współpracy kilka autorek, które pisały wcześniej opowiadania, efektem czego było odświeżenie konwencji oraz podkreślenie spójności świata przedstawionego, najważniejszego w końcu elementu każdej długiej serii literackiej. Na Kroniki Wielkiego Poruszenia składają się trzy omnibusy i trzy powieści, z czego ostatnia (napisana samodzielnie przez Norton w podeszłym wieku!) stanowi z założenia epickie zakończenie całego cyklu, ale o tym napiszę w odrębnym poście, formalnie wieńczącym moją przygodę ze Światem czarownic. Na Kroniki składają się następujące pozycje (za encyklopediafantastyki.pl):
  • 1 Storms of Victory (1991), w Polsce wydane jako dwa tytuły:
    • Port of Dead Ships
    • Seakeep
  • 2 Flight of Vengeance (1992), w Polsce wydane jako dwa tytuły:
    • Exile 
    • Falcon Hope 
  • 3 On Wings of Magic (1994), w Polsce wydane jako dwa tytuły:
    • We The Women
    • Falcon Magic 
  • 4 The Key of the Keplian (1995)
  • 5 The Magestone (1996) 
  • 6 The Warding of the Witch World (1997), w Polsce wydane w dwóch tomach:
    • Na straży Świata Czarownic
    • Zamknięcie Bram
Wspólnym mianownikiem spajającym podcykl o Wielkim Poruszeniu jest postać kronikarza Duratana z Lormtu, poznanego w "Tkaczce pieśni". Zadaniem Duratana jest zbieranie opowieści z całego świata, tak aby istniały dowody na wydarzenia spowodowane Wielkim Poruszeniem. Całkiem zgrabny i świetny w swej prostocie pomysł, który w dodatku wzmocniono koncepcją omnibusów, czyli dwóch odrębnych historii połączonych osobą Duratana. Historie te są we wszystkich trzech omnibusach całkowicie odrębne, co zapewne zaważyło na tym, że polski wydawca postanowił podzielić je dla większego zysku na odrębne powieści. Nie mnie w to wnikać, mam wątpliwości, czy taki podział nie narusza praw autorskich do integralności utworu, niemniej oczywistymi ujemnymi konsekwencjami tego stanu rzeczy dla polskiego czytelnika jest z jednej strony brak możliwości wglądu w pierwotny zamysł Norton, z drugiej zaś takie kwiatki jak np. zakończenie "Portu umarłych statków", gdzie mamy kilka akapitów wstępu do .... "Morskiej Twierdzy". Ni przypiął, ni przyłatał, ale taki już los amatorów książek w Polsce. 
Ok, popsioczyłem, teraz przechodzę do recenzji poszczególnych opowieści. 


1. Andre Norton. Pauline Griffin "Storms of victory"
Pierwszy z omnibusów nosi tytuł "Storms of victory", napisany przez Andre Norton wspólnie z Pauline Griffin, której słabe opowiadanie "Związany przysięgą" nie napawało mnie optymizmem przed efektem tej współpracy (ale o tym za chwilę). Jak wynika z blubra okładkowego (obok) w ramach "Storms of victory" kronikarz Duratan zawarł dwie opowieści, które polski wydawca postanowił wydać w dwóch odrębnych tomach pt. "Port umarłych statków" oraz "Morska twierdza". 

a) "Port umarłych statków" tom 18 (ocena 9/10) 
Genialna rzecz! Druga po "Tkaczce pieśni" najlepsza powieść cyklu. Już tytuł wskazywał, że będę miał tutaj do czynienia z rzeczą nietuzinkową, eksploracją nowych krain, nowe potwory, nowa przygoda i potężny klimat klasycznej fantasy.
Trzeba oczywiście wziąć pod uwagę, że "Port umarłych statków" to element większej całości (pierwsza powieść podcyklu kronikarskiego), dlatego na początku jest dosyć długi wstęp o kronikarzu Duratanie i jego pojawieniu się w Lormcie.
Potem jednak przechodzimy do zasadniczej części opowieści. Na arenę wkracza plejada gwiazd początku cyklu, czyli Simon Tregarth, Jealithe, Koris, Loyse, Kemoc i Orsya, oprócz tego jacyś Sulkarczycy, Sokolnicy, pojawia się też postać Destree w narracji pierwszoosobowej. Generalnie prawie powrót do korzeni, ale akcja szybko przenosi się na nieznane wcześniej południowe rejony oceanu rozdzielającego High Hallack i Estcarp. Pojawia się tam niedające się sprecyzować zagrożenie dla żeglugi morskiej oraz w dalszej perspektywie całego świata przedstawionego. Bohaterowie zakasują rękawy, wsiadają na statki i wyruszają w nieznane, by pokonać pleniące się Zło. Klasyka klasyki i do tego niemal perfekcyjne wykonanie, mały minus za lekki spadek jakości w środku powieści.
Ps. Jako  współautorka podana została również Pauline Griffin, ale w moim przekonaniu pełne autorstwo należy przypisać wyłącznie Andre Norton. Wynika to ze wspomnianego beznadziejnego opowiadania "Związany przysięgą", które charakterystycznych elementów stylu Griffin zwyczajnie w "Porcie umarłych statków".
b) "Morska Twierdza" tom 19 (ocena 3/10)
Za to niestety stwierdziłem je w drugiej części "Storms of victory". Teoretycznie nie można nic zarzucić "Morskiej Twierdzy". intryga jest całkiem znośna i jest spójna ze światem przedstawionym, bohaterowie bardzo sympatyczni, tudzież sama dolina Morskiej Twierdzy sprawia wrażenie raju utraconego. Niemniej powieść jest przeraźliwie nudna, zaś rozwiązania fabularne momentami wołają o pomstę do nieba. Zaprezentowana w notce wydawnictwa intryga pomiędzy Uną, a zaborczym sąsiadem jest przekłamana, gdyż z jednej strony sąsiad ten wcale nie korzysta z żadnych ciemnych mocy, tylko zwyczajnie jest bandytą i mordercą, a te ciemne moce to są tam tylko przy okazji i na odpieprz, żeby nie było, że brak w książce czarów, z drugiej zaś strony "Morska Twierdza" to przede wszystkim niezbyt wysokich lotów zwyczajne romansidło pomiędzy Uną, a dowódca Sokolników. Przy czym romans to z gatunku "och, kochamy się, ale polityka i obyczaje nie pozwalają nam być razem, och moje Serce!". 
I tak to leci, stąd mam nieprzeparte wrażenie, że tak jak Norton napisała samodzielnie "Port umarłych statków", tak Griffin jest całkowicie odpowiedzialna za "Morską Twierdzę", a panie widnieją jako współautorki z uwagi na koncepcję omnibusa "Storms of victory". Na szczęście "Morską Twierdzę" czytało się szybko i bezboleśnie i to zasadnicza zaleta tej opowieści.


2. Andre Norton, Mary Schaub, Pauline Griffin "Flight of vengeance"
Kolejnym omnibusem w ramach podcyklu o Wielkim Poruszeniu jest "Flight of vengeance", napisany tym razem przez Norton wspólnie z dwiema autorkami. Tutaj również wydawnictwo Amber podzieliło omnibusa na dwie odrębne powieści, wydając je po kolei pod tytułami "Wygnanka" oraz "Pakt Sokolników". Za pierwszą rzecz współodpowiedzialność wzięła Mary Schaub, za drugą nieszczęsna Pauline Griffin. Tradycyjnie już najpierw mamy opowieść dziejącą się na kontynencie Estcarpu, a następnie wracamy do wątku Sokolników. 
a) "Wygnanka" Mary Schaub tom 20 (ocena 4/10) 
Tak jak wydawało się, że "Morska Twierdza" została napisana wyłącznie przez Pauline Griffin, tak mam nieodparte wrażenie, że "Wygnankę" napisała samodzielnie Mary Schaub. Decyduje o tym inna składnia, styl, konstrukcja opowieści (podział na rozdziały), umiejętność konstrukcji pojedynczych zdań, konstrukcje frazeologiczne, słownictwo itd. Jeżeli przeczytało się kilkanaście powieści ze świata przedstawionego napisanych samodzielnie przez Andre Norton, to potem nie sprawia większego problemu rozróżnienie jej stylu od stylu innej autorki. "Port umarłych statków" sprawiał wrażenie klasycznej opowieści z początku cyklu, jednak już "Morska Twierdza" to nudne i toporne wejście innego sposobu pisania. Podobnie jest i z "Wygnanką", co więcej obydwie te powieści także fabularnie obniżają loty w porównaniu do samodzielnych dzieł Andre Norton.
"Wygnanka" to kolejne uzupełnienie zdarzeń bezpośrednio po Wielkim Poruszeniu. Nolar, dziewczyna z Estcarpu, podejmuje wspólnie z jedną czarownicą w stanie katatonicznym oraz przybłędą z wrogiego kraju wyprawę do tajemniczego miejsca dużej mocy, gdzie dochodzi do kulminacji historii. Powieść jest nudna i ślamazarna, niemniej ma pewną wartość, jeśli idzie o uzupełnienie dziejów świata przedstawionego. Na pewno jest spójna i logiczna w ramach Świata czarownic, tylko fabuła nie porywa. Jako że polski wydawca w notce okładkowej postanowił zdradzić większość twistów fabularnych, to tym bardziej "Wygnanka" została pozbawiona większości zalet fabularnych. Do tego Schaub ma dosyć nudnawy styl pisania, stąd całość się wlecze i nic wielkiego z tego nie wynika. 
b) "Pakt Sokolników" Pauline Griffin tom 21 (ocena 3/10)
Bezpośrednia kontynuacja wątków Uny i Tarlacha z "Morskiej Twierdzy". Bohaterowie przybywają z High Hallack do Lormtu, by uzyskać informację jak by tu znowu połączyć żyjących oddzielnie Sokolich kobiet i mężczyzn, żeby się mogli razem osiedlić w ojczyźnie Uny. Una i Tarlach trochę tam czasu spędzają, wpadają w mrowie napisanych naprędce tarapatów, nic z tego jednak nie wynika dla głównej osi fabularnej. Gdzieś tak w połowie powieści dopiero wchodzimy na główny tor, czyli tematyka inwazji z innego świata. 
Dużo tutaj dziwnych zdarzeń i rozwiązań fabularnych niezbyt zgodnych z dotychczasową mitologią cyklu (Gunnora wysyłająca duchy dziewczynek, by ostrzegła przed kolejną inwazją z zaświatów na High Hallack, Gunnora otwierająca bramę z Lormtu do Morskiej Twierdzy, by Una i Tarlach mogli zdążyć przed inwazją, Sokolnicy planujący wielkie spotkanie wszystkich rodów akurat niedaleko Morskiej Twierdzy, co w ostateczności pomaga odeprzeć inwazję itd.). Generalnie mrowie perfekcyjnych rozwiązań Deus ex machina. które ni w ząb nie pasują do uniwersum świata czarownic. Do tego mamy tutaj nową wersję bitwy pod Termopilami, tylko zamiast 300 mamy Tarlacha i jego 500 Sokolników, a po drugiej stronie 60-tyś! armię inwazyjną. No i oczywiście ekipa wychodzi bez szwanku. Nie ma co, poczucie proporcji i sensu idealne. Pani Griffin już dziękujemy. 

3. Andre Norton, Sasha Miller, P.M. Mathews "On wings of magic"
Powariowały kobity z tymi Sokolnikami. Trzeci i ostatni omnibus w serii i znowu o Sokolnikach. Tym razem Norton dobrała sobie jeszcze inne panie do pomocy i stworzyły wspólnie dwa największe gnioty powieściowe cyklu. Pierwsza z opowieści po angielsku brzmi "We, the women", co już samo w sobie jest niepokojące, i jest kontynuacją wątków poruszonych w tragicznej noweli "Sokolątko". Druga zwie się standardowo, ale niestety jest to kontynuacja poronionego romansu z opowiadania "Odbudować gniazdo". 
a) "Na skrzydłach magii" P.M. Mathews tom 22 (ocena 0/10)
Pani Mathews ma ewidentnie jakiś problem feministyczny pisząc swoje wiekopomne dzieła w ramach uniwersum świata czarownic. Jej opowiadanie "Sokolątko" było obrzydliwie zakamuflowaną manifestacją transwestytyzmu i skrajnej niechęci do mężczyzn. Tutaj mamy kontynuację tej tendencji poprzez z jednej strony przekłamanie oficjalnej wersji przeszłości kobiet i mężczyzn Sokolników (opisanego wcześniej m.in. w "Sokolej krew" i "Sokole prawo" i ostatnio dzieje Uny i Tarlacha), wprowadzając jakieś własne poronione genezy tego ludu całkowicie sprzeczne z dotychczasowym uniwersum świata przedstawionego, z drugiej zaś przedstawianie mężczyzn tej rasy jako zwyrodniałych okrutników, gwałcicieli i ciemiężycieli, co w kontekście np. postaci Tarlacha jest już nawet nie tyle śmieszne, co zwyczajnie groteskowe. Nie mam pojęcia gdzie miała oczy Andre Norton dopuszczając taką grafomankę do skądinąd własnego dziecka. Oczywistym jest, że "Na skrzydłach magii" to samodzielne dzieło Mathews, Norton występuje tu tylko jako redaktorka. 
W konsekwencji tego wojującego pseudo-feminizmu Mathews miota się i plącze i tworzy chyba najbardziej kuriozalną powieść fantasy w historii literatury. Tytułem przykładu autorka z wyjątkową nieudolnością próbuje zaprezentować życie Sokolniczek, które nie wiedzą co to "mężczyzna" (???) i kiedy do ich wioski trafia kilku młodzieńców, to nie potrafią rozróżnić płci, w sensie że nie znają podziału na płcie WTF???!!! Z tego wynikają różne kretyńskie sytuacje, których nie jestem w stanie ogarnąć na trzeźwo. Co za pomroczność jasna kierowała twórczynią tego wiekopomnego dzieła.
Inną "wartością dodaną" twórczości Mathews są oczywiście scenki rodzajowe z życia wsi, które przypominają mniej więcej to: https://www.youtube.com/watch?v=AZ8Bp0Kvqpo
Pojawiają się także jakieś dziwne boginie jak Pani Jastrzębica. Skąd nagle ją Mathews wytrzasnęła, to ze świecą szukać. 
Dramat, dramat, dramat, szkoda tylko w tym wszystkim zbrukanego klimatu świata czarownic. Oczywiście magii i jej skrzydeł nie stwierdziłem. 
b) "Sokola magia" Sasha Miller tom 23 (ocena 2/10)
Kolejny gniot. Bez składu, bez ładu, topornie i nudno. Kontynuowany jest tutaj wątek Sokolnika Yaretha i Eirran z beznadziejnego opowiadania Sashy Miller "Odbudować gniazdo". Tam był żenujący motyw miłosny, w "Sokolej magii" jest m.in. fatalnie poprowadzone wątki rodzicielski, 6-letnich bachorków zachowujących się jak dorośli, antagonizmów pomiędz dwoma Sokolnikami (zakończona tragicznie beznadziejnym posłowiem) oraz cała nielogiczna, nie trzymająca się kupy akcja odbijania małych czarownic z Alizonu. 
Na plus tej historii jedynie dwie rzeczy. Z jednej strony czytelnik po raz pierwszy ma okazję poznać Alizon od środka, chociaż prezentuje się to nadzwyczaj ubogo - kilka rachitycznych chałup, krzaki i główne miasto zwące się ... Alizon. Bida z nędzą. Z drugiej strony jest krótki fragment klasycznej eksploracji, questu, podczas ucieczki przez niezbadane do tej pory góry na wschodzie Alizonu. Te dwa elementy zapewniają pewne minimalnie pozytywne doznania podczas lektury, resztę przemilczę, w końcu ładna pogoda za oknem, można iść na spacer. 
"On wings of magic" to był ostatni omnibus cyklu. Zaczęło się bardzo dobrze od świetnego "portu umarłych statków", ale potem im dalej w las, tym więcej cienia. Za dużo Sokolników, co autorka, to inny pomysł na tę rasę, za mało klasycznego questu i klasycznej magii. 

4. Andre Norton, Lyn McConchie "Klucz Keplianów" tom 24 (ocena 5/10)
Powieść o klasę lepsza aniżeli pięć poprzedzających ją historii o Sokolnikach, niestety mocno nierówna. "Rehabilitacja Keplianów" albo "Indianka w Świecie czarownic", takie mogłyby być alternatywne tytuły tej powieści. Autorki odświeżają konwencję i wprowadzają dwa nowe elementy - jeden to opowiedzenie genezy pochodzenia i niejakie odmitologizowanie tytułowych Keplianów (pół-koni, pół-demonów z "Trojga przeciwko Światu czarownic" oraz z "Tkaczki pieśni"), drugi to wprowadzenie do świata przedstawionego Eleeri, sieroty wymarłego plemienia indiańskiego, która również odnajduje na kartach powieści swoje przeznaczenie.   
Pomimo tych niewątpliwych zalet i ich fajnej realizacji, to niestety "Klucz Keplianów" rozczarowuje swoją nierównością. Przez pierwszą połowę książki mamy wyśmienity quest, z mrowiem nieprzewidywalnej i interesującej akcji, oraz ciekawą i wciągającą fabułą. do tego osnowa fabularna zdaje się mieć istotne znaczenie dla świata przedstawionego, nie tracąc niczego w spójności z wcześniejszą historią cyklu. Niestety w drugiej części siada w zasadzie wszystko, od fabuły po jakość stylu autorek. Zauważalna staranność i pieczołowistość odautorska ustępuje pola bylejakości i dziwnym rozwiązaniom (jak np. opowiadanie historii z punktu widzenia wilkołaków). Najgorsza robi się jednak psychologia postaci, które tracą gdzieś głębię i przypominają parodię samych siebie z pierwszej połowy powieści. 
Wielka szkoda, bo była szansa na jedną z najlepszych powieści cyklu, a tak wyszła ni to wydra, ni pasikonik.


5. Andre Norton, Mary Schaub "Magiczny kamień" tom 25 (ocena 5/10)
Siedemdziesięciopięcioletnia, niema, samotna handlarka z Krainy Dolin i dwudziestoletni Pies Alizonu jako główni pozytywni bohaterowie oraz narratorzy opowieści, czy to się mogło udać? Okazuje się, że tak. Po niezłym odświeżeniu konwencji w "Kluczu Keplianów" tutaj dostajemy po raz kolejny świeży pomysł, a przy okazji wciągającą i zaskakującą kilkoma zwrotami akcji fabułę (byłaby jeszcze bardziej zaskakująca, gdyby cudowny polski wydawca Amber nie zdradził w notce okładkowej jednego z kluczowych dla fabuły twistów). Do tego z nietuzinkowymi bohaterami, rzadko kiedy bowiem można oczekiwać powieści fantasy, której bohaterem jest starowinka zbliżająca się do kresu swojej ziemskiej przygody. 
Niestety "Magiczny kamień" odznacza się podobnymi wadami, co "Klucz Keplianów" - jest nierówny, a świetna fabuła w końcówce robi się zbyt przewidywalna i jednocześnie jest jakby naprędce kończona.
Niemniej "Magiczny kamień" stanowi zasadniczy wstęp do "Na straży Świata czarownic", a sam tytułowy kamyczek jest katalizatorem wydarzeń tam opisanych. Ale o tym już w odrębnym poście.