niedziela, 23 marca 2014

Nieuporządkowane rozważania ogólne, w tym na temat serii literackich - interludium do cyklu "Świat czarownic" Andre Norton

Egzamin radcowski za mną, z karnego było dosyć przyjemnie, z cywilnego niestety była rzeźnia, z gospodarczego zaskakująco łatwo (no chyba że była jakaś podpucha, której nikt nie dostrzegł), a administracyjne nieoczekiwanie problematyczne i męczące. 3 dni od środy do piątku, łącznie 20 godzin na 4 przedmioty, dużo stresu i poczucia, że kończy się pewien etap w życiu. A dokładnie etap nauki. Mając wiek chrystusowy na karku (rocznikowo), przerzedzone włosy, siwiejącą z lekka brodę i kilka zakrętów życiowych za sobą, nawet w sytuacji, gdy okaże się, że egzamin będzie zdany, to w efekcie czeka mnie .... kolejny zakręt w życiu. Ech, ile to człowiek musi się napocić, by pozostać w zgodzie z samym sobą, czyli zdeka leniwym wielbicielem książek, tenisa, gór i pięknych kobiet :) A w to wszystko trzeba jeszcze wkomponować narwany charakter i konieczność rozwoju zawodowego (czyt. więcej kasy). 
No dobra, ale to nie blog o mnie, ani moich przeżyciach wewnętrznych, tylko o tych moich przyjemnostkach. Dawno nic nie napisałem o górach (albo nigdy), a to dlatego, że od założenie bloga w górach byłem niestety tylko raz i to takich górach, co to nie przekraczają 1.500 m n.p.m. w kapeluszu, a więc nie było o czym pisać, no może poza faktem, że wypad był całkiem udany, dopisało towarzystwo i pogoda. Co do tenisa, to ostatnio mam taką huśtawkę nastrojów, których nie ogarniam, że ograniczam się jedynie do wypowiedzi na forum radwanskie.net, gdzie mogę wyrzucić z siebie na bieżącą różne emocje, by potem je prostować albo się z nich tłumaczyć. 
Dlatego też blog sprowadza się ostatnio do mniej lub bardziej nudnawych wpisów o książkach, ale też takim miał być - miał być miejscem, gdzie ujście znajdują moje przemyślenia, ugruntowane wieloletnim doświadczeniem czytelniczym. Kilka tysięcy przeczytanych dzieł z różnych gatunków literackich powoduje, że czuję się samozwańczo upoważniony do komentowania, analizy i przede wszystkim rzeczowej krytyki nie tylko pojedynczych książek, ale także twórczości poszczególnych pisarzy. Użyszkodnicy (to chyba jest nowomowa polityczna, gdzieś to zasłyszałem) pewnego portalu książkowego na początkową literę B mogliby sobie wziąć do serca praktyczne rozróżnienie pomiędzy znaczeniem pojęć krytyka i być krytycznym, od trollingu i pozamerytorycznego najeżdżania na pisarza i jego twórczość. Jestem przewrażliwiony na tym punkcie, bo traumatyczne doświadczenia z dyziami tamtego forum (między innymi cenzurowanie moich rzeczowych recenzji oraz ich komentowanie w sposób absolutnie oderwany od ich treści lub skupianie się na zdaniach wyrwanych z kontekstu - co wskazuje również na podstawową nieumiejętność czytania ze zrozumieniem) zmusiła mnie niejako do założenia tego bloga, stwierdziłem bowiem, że poziom dyskusji na forum B. jest nieco za bardzo egzaltowany, skrajnie lewicowy (bardzo, bardzo źle pojmowana tolerancja), i zwyczajnie histeryczny. To już wolałem żadną dyskusję na alternatywnym portalu LC, aniżeli poziom targu z bibelotami na jarmarku świętojańskim. 
Ok, dosyć pitolenia o zeszłorocznej zupie grzybowej, mam tutaj do podzielenia się z kilkoma przemyśleniami o tzw. seriach literackich w oparciu o rozpoczętą lekturę "Świata czarownic" Andre Norton. Cykli literackich jest od cholery i trochę. Większość pisarzy to wyrobnicy, którzy muszą jakoś przeżyć ze swojej bazgraniny od pierwszego do pierwszego, więc przeważnie, gdy jakaś książka takiego artysty osiągnie przyzwoity sukces na skalę jego oczekiwań finansowych, a dodatkowo pojawia się grupka fanów pragnących poznać dalsze losy bohaterów/świata przedstawionego (niewłaściwe skreślić), to autor leci od razu z produkcją tasiemca. Często się zdarza, że świeżość pierwowzoru zostaje wyparta przez bezmyślne odgrzewanie kotletów. Przykładem takiej kolei rzeczy są "Kroniki wampirów" Anne Rice, wystarczy bowiem porównać niebanalny egzystencjalizm płynący z jej debiutu ("Wywiad z wampirem" z 1976r.), z dziewiątym tomem cyklu, obrzydliwym kupsztalem z 2002r. pt. "Posiadłość Blackwood", by zauważyć dramatyczny upadek poziomu literackiego w obrębie jednego cyklu. Oczywiście na drugim końcu szali są pisarze, którzy mniej lub bardziej udanie świadomie tworzą z góry zaplanowane i rozpisane na określoną ilość tomów serie literackie, ale to też przecież nie gwarantuje, że poziom literacki będzie co najmniej na równej prostej. Można jako przykład podać tutaj George Martina i jego "Pieśń lodu i ognia" (serię znaną dzisiaj szerzej pod telewizyjnym mianem "Gry o tron"), czy też gwiazdę fantasy ostatnich lat, niezwykle płodnego, a jednocześnie trzymającego bardzo wysoki poziom literacki swoich utworów, Brandona Sandersona (doskonała trylogia "Mistborn", czy zapowiedziany na 36 tomów(sic!) cykl "Stormlight archive" - na razie Sanderson spłodził dwie powieści, przy czym pierwsza z nich ma się ukazać w Polsce już w kwietniu 2014r.). Martin utknął ze swoim cyklem na piątym tomie i idzie mu jak po grudzie, a jeszcze dochodzą ostatnio informację, że prędzej ukaże się film kinowy kończący wszystkie wątki, aniżeli jego pierwowzór literacki, karygodna sprawa, panie Martin. Natomiast w syzyfowe wyzwanie Sandersona wierzę, bo gość ma łeb na karku i jest stosunkowo młody, by podołać. 
Póki co Andre Norton i jej "Świat czarownic" umieściłbym gdzieś pośrodku tej klasyfikacji, ale o tym za chwilę. Tak, czy inaczej z cyklami jest dużo zachodu. Zabierając się za serię można podejść do tematu olewczo i czytać wchodzące w jej skład książki nie po kolei, wyrywkowo lub w znacznych odstępach czasu, tracąc niuanse i inne subtelne pierdy związane ze śledzeniem tasiemców odcinek po odcinku. Osobiście nie rozumiem takiego podejścia, w ten sposób można przecież stracić sporo wrażeń i drobnostek związanych z bohaterami i wydarzeniami, ale przede wszystkim znacznie utrudnia ocenę całościowej jakości cyklu, ocenę rzetelności autora na takich kluczowych polach jak spójność charakterologiczna bohaterów (w tym zachodzące w bohaterach przemiany na przestrzeni całej serii), spójność i logika świata przedstawionego (jak dla mnie, to jest najważniejszy element) oraz fabuła, akcja itd. trzymające się kupy od pierwszego do ostatniego tomu cyklu. Nie chodzi mi tutaj o jakąś ortodoksję, ale o istotę tych zagadnień, o to, by bohaterowie, świat przedstawiony, fabuła w swych założeniach były spójne. Jako przykładem posłużę się swoją refleksją po przeczytaniu "Ziemiomorza" Ursuli Le Guin, która swego czasu wywołała burzliwą dyskusję i odsądzanie mnie od czci i wiary na wspomnianym wyżej forum B., (ale to już cecha tego portalu pełnego histeryków i nepotów). Moja wypowiedź w dwóch częściach była dosyć obszerna, więc może wkleję po prostu link do całej dyskusji: "Ziemiomorze". Tak więc czytanie po kolei i w miarę krótkim odstępie czasu pozwala możliwie szeroko ocenić całościową wizję autora.
Za każdym razem, kiedy zabieram się za jakiś cykl, chcę przeczytać go od początku do końca, po kolei i względnie szybko. Realizacja tego zamiaru napotyka na kilka zasadniczych problemów z tym związanych takich jak:
- autor nie raczy zakończyć swojej pracy (wspomniany kazus George'a Martina i jego "Pieśń lodu i ognia" daleka jest od finalizacji, shame on you Goerge, przez Ciebie nie mogę ruszyć z cyklem),
- seria liczy sobie ilość pozycji większą aniżeli jest ziarenek piasku nad bałtycką plażą,
- polski wydawca męczy się długo z wydawaniem serii, nie kończy jej, wydaje nie po kolei itd.,
 - seria wydawana była wieki temu i nie można jej zwyczajnie dostać, często to pozycje trudno dostępne lub nigdy nie wydane w Polsce.
Przedostatnia bolączka była dotkliwa, kiedy czytałem "Świat czarownic" wyrywkowo w latach swej świetlanej młodości. Tym razem uwziąłem się i postanowiłem przeczytać wszystko od początku do końca, jak karze chronologia cyklu na oficjalnej stronie Andre Norton (http://www.andre-norton.org/wworld/wworl.html), a że seria liczy sobie około trzydziestu książek, z czego nie wszystkie zostały wydane w Polsce w pierwszej połowie lat 90-tych, zaś czytanie ebooków lub zakup na allegro preferuję tylko w ostatecznej ostateczności, to ze szczególną mocą objawił się problem dostępu do poszczególnych pozycji. Czekało mnie nie lada wyzwanie, któremu podołałem w następujący sposób:
- przed rozpoczęciem poszukiwań należałem do dziewięciu filii Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, co i tak wykraczało poza wszelkie normy zdrowego rozsądku, chociaż korzystałem z nich z różnym natężeniem, aktualnie jest to szesnaście filii, gdyż po tylu porozrzucane były poszczególne powieści cyklu,
- nieoceniona pomoc przy poszukiwaniach stanowił internetowy katalog Biblioteki Raczyńskich, zawierający księgozbiór większości filii,
- mieszkam w centrum Poznania, dzięki czemu miałem zapewnioną w miarę dużą mobilność do większości z tych filii, a i tak trochę czasu poświęciłem na przemieszczanie się z filii do filii.
Dużo było z tym zabawy, ale efekt wygląda następująco (począwszy od siódmego tomu cyklu, gdyż pierwsze sześć już przeczytałem):

Jedynie w jednej filii cykl jest godnie reprezentowany, katalog prowadzony jest bardzo, bardzo rzetelnie (to tam, gdzie są numerki na książkach wskazujące na kolejność w cyklu). Zaskakująco dobra robota bibliotekarska, niemniej i tak ta filia posiada jedynie nieco ponad połowę książek z serii. Na powyższej półce brakuje jedynie dwóch niewypożyczonych powieści, bo wyczerpałem limit i dwóch, których nie ma w żadnej filii i będę musiał je przeczytać na kompie w pdf-ie.

Aktualnie rozpocząłem czytać podcykl o High Hallack powieścią "Korona z jelenich rogów". W oddzielnym poście zamieszczę recenzję z pięciu ostatnich tomów podcyklu Estcarp. Szłoby mi to zdecydowanie szybciej, no ale ten egzamin itd., siłą rzeczy nie powinienem był nic czytać, tylko kuć i ryć kodeksy i komentarze, a tak sobie troszkę pofolgowałem. 
Nic to, napiszę jeszcze tylko tak ogólnie, że tak jak pisałem w poprzednim poście przy okazji recenzji trzech pierwszych części cyklu, ze Światem Czarownic zetknąłem się pierwszy raz mając naście lat i byłem wtedy pod dużym wrażeniem, ale generalnie to byłem wtedy pod dużym wrażeniem wielu przeczytanych rzeczy, taka już jest niewymagająca wyobraźnia nastolatka. Teraz jestem już dojrzałym prykiem, wartość sentymentalna Świata czarownic pozostała, niemniej literacko to już jest ubogo w porównaniu np. z epickością takiego Tolkienowskiego Władcy Pierścieni. Stąd też zresztą większość ocen powieści z cyklu nie przekracza pewnego średniego pułapu, na więcej po prostu nie zasługują, chociaż oczywiście fajnie się je czyta, taki klasyczny klimacik fantasy.

Na tym zakończę te przedobiednie wynaturzenia, ale fajnie jest wrócić do nieskrępowanego pisania na blogu, bez spiny i stresu, że "trzeba się uczyć!!!" :) Ciao.

czwartek, 6 marca 2014

Skrót za siatkę, czyli zwięźle i na temat cz.1


Egzamin coraz bliżej, książki ostatnio czytane jedynie dla lepszego snu, nie mam tym bardziej czasu na pisanie rozbudowanych elaboratów recenzenckich, zatem będę się tym razem streszczał, albo przynajmniej starał się to robić.

1. Douglas Preston & Lincoln Child "Krąg ciemności" (ocena 7/10)
Od diogenesowskiej trylogii już nie czekam z taką niecierpliwością na to, co aktualnie wymyśli duet, który tak zachwycił mnie wcześniej "Reliktem", czy też "Granicą lodu". Z biegiem lat panowie popadli w rutynę i taśmowość. Nie ma już tej iskry, tej wyjątkowości wynikającej z udanej kombinacji intrygującej fabuły, akcji i kwestii naukowych. 
"Krąg ciemności" to lepsza robota niż "Księga umarłych". Na plus zdecydowanie zmiana lokalizacji z Nowego Jorku na rejs liniowcem po Oceanie Atlantyckim. Klimat kojarzył mi się cały czas z takim mashupem kilku fajnych filmów jak "Indiana Jones i świątynia zagłady", "Śmiertelny rejs", "Event horizon", "Hellraiser", czy powieścią "Kobierzec" Clive'a Barkera. Oczywiście wszystkiego po trochu, bez oczywistych nawiązań do tych dzieł ze strony samych autorów, to tylko moje skojarzenia, chociaż niewątpliwie najwięcej autorzy wzięli z mitu o puszce Pandory. 
Pendergast już się trochę przejadł, ale za to zawiązanie intrygi i sama akcja przypomniało nieco lepsze czasy "Nadciągającej burzy", czy "Zabójczej fali". do tego agent ma w tej powieści nieliche kłopoty, a nawet na kilkadziesiąt stron dosłownie przechodzi na ciemna stronę mocy i są to jedne z najlepszych momentów całego cyklu o Pendergaście. To w jaki sposób sie zachowuje w tym fragmencie to naprawdę świetny pomysł ze strony duetu. Również swoje pięć minut otrzymuje Constance, a za sam epilog autorzy otrzymują ocenę wyżej, bo to porządny twist jest, prawie tak dobry jak ten z "Granicy lodu".
Tak więc "Krąg ciemności" to porządny thriller grozy z elementami mistycyzmu, akcja rwie do przodu non stop i zasadniczo trzyma się kupy, nie mam też większych zastrzeżeń do motywacji poszczególnych bohaterów drugoplanowych, kilka słabości by się znalazło, ale nie chce mi się ich wymieniać.

2. Magnus Mills "Poskramianie bydła " (ocena 6/10)
Kilka razy musiałem spojrzeć na datę angielskiego i polskiego wydania książki, bo aż nie mogłem uwierzyć, że pierwowzorem Raba i Ritcha nie są polscy operatorzy maszyn prostych typu łopata z młotkiem, czy zlewozmywak. Ale nie, powiastka powstała jeszcze przed wstąpieniem Polski do struktur Unii Europejskiej, a więc przed masową emigracją na zmywaki do brytyjskich Mcdonaldów (nie obrażając oczywiście wartościowych osób, które sytuacja zmusiła do takiej pracy). O dyletanctwie robotników budowlanych w naszym kraju krążą miejskie legendy, tym większą słodko-gorzką frajdę miałem czytając powieść Millsa, bo to tak jakbym czytał o polskim Mietku i Włodku, którym się z góry należy za sam fakt bycia na budowie. Gorzkie jest to, że np. mój ojciec prowadzący małe przedsiębiorstwo budowlane musi się ciągle użerać z takimi roszczeniowymi patafianami. Rab i Ritch z "Poskramiania bydła" to dwa dyletanckie obiboki, cielaki wymagające nieustannego poskramiania ze strony przełożonych, nie nadające się do niczego innego niż tylko bezmyslnego i monotonnego wbijania słupków pod płoty i nawijania drutu. Kiedy pojawia się koncepcja płotów pod prądem to patrzą na to z przerażeniem jakby nagle nastapiła rewolucyjna zmiana w stawianiu płotów. Tak ograniczone umysły mają bohaterowie Millsa, że nie potrafia ogarnąć koncepcji płota podłączonego do transformatora, ale po pieniądze pierwszi wyciągaja ręce i tylko zaliczki by brali. Na takie bydło to nic lepszego, jak płoty ogrodzenia pod napięciem.
Przyjemna i rozluźniająca lektura do poduchy, ze słodko-gorzką refleksją nad kondycją klasy robotniczej.

3. Neil Gaiman - "Nigdziebądź" (ocena 5/10)
To że Gaiman jest przereklamowany, to wiedziałem już po "Amerykańskich bogach", tyle było zachwytów nad tą powieścia, a takie to było mdłe, rozwleczone i zwyczajnie nudne. Potem przeczytałem jeszcze opowiadania z tomu "Dym i lustra", "Koralinę" i "Księgę cmentarną" i miałem poczucie, że no spoko przyjemna i niezobowiązująca lekturka, ale skąd te wszechobecne zachwyty, Gaiman to pisarz jakich wielu, który w dodatku pisze na jedno kopyto. "Nigdziebądź" wpisuje się w ten schemat. Historia oklepana ja sto pięćdziesiąt, od zera do bohatera, do tego ten cały Lodyn Pod jest miejscem wybitnie nieciekawym, brudnym i obleśnym, z mieszkańcami i lokacjami wyjętymi wprost z koszmaru scenografa. Oczywiście, jak to u Gaimana, czyta się lekko i szybko. Dopiero w końcówce poziom powieści skacze mocno do góry, kiedy to Gaiman wprowadza rozkminę co do realności tego, co spotkało głównego bohatera. Za to ocena w górę oczywiście, niemniej za mało tego do zachwytu. 
Jakiś czas temu czytałem inspirowaną "Nigdziebądź" wyśmienitą powieść dla młodzieży Chiny Mieville'a pt. "LonNiedyn". Inspiracja polegała na zapożyczeniu koncepcji równoległego Londynu, ale juz wykonanie Mieville'a, począwszy od konstrukcji świata przedstawionego i jego szczegółowego rozbudowania poprzez intrygę, zwroty akcji, spójność koncepcyjną tego świata, a skończywszy na samych bohaterach (trawestacja idei Wybrańca, genialne wręcz!, czy też przerażający główny badass, w porównaniu z groteskowym Inglintonem), to było mistrzostwo świata. Gdybym wcześniej nie czytał "LonNiedynu", to może by mnie jakoś ta wizja Gaimana bardziej przejęła, a tak Gaiman przy Mievillu wypada słabiutko, jak chihuahua przy buldogu.

4. Robert Silverberg "Program <<Wahadło>>" (ocena 4/10)
Jak to u Silverberga pomysł na fabułę naprawdę zacny, jego koncepcyjne rozwinięcie też niczego sobie, ale już sama fabuła mizerniutka. Tego typu powieść powinna kończyć się naprawdę porządnym kopem w tyłek, autor ma tutaj niesamowite pole do popisu wyobraźni. U Silverberga wyobraźnia kończy się niestety na pomyśle wyjściowym. Nie po raz pierwszy zresztą, podobnie było też w "Czasie przemian", czy osławionym i fatalnym cyklu o planecie Majipoor. wystarczy powiedziec, że projekt Wahadło to koncepcja wahadłowego przemieszczenia sie dwóch braci bliźniaków na przeciwległych szalach wahadła w przeszłość i przyszłość, przy czym podróż w czasie odbywa się wedle tych ruchów narastająco według następujących cykli minutowych (odpowiednio wstecz i w przód): 5 minut, 500 minut (5x10 do potęgi 2), 83 godziny (5x10 do potęgi 3 = 3,5 dnia), 833 godziny (5x10 do potęgi 4 = 34,7 dnia), 347 dnia (5x10 do potęgi 5), 3472 dni (5x10 do potęgi 6 = 9,5 lat), 34722 dni (5x10 do potęgi 7 = 95 lat), 951 lat (5x10 do potęgi 8), 9512 lat (5x10 do potęgi 9), 95129 lat (5x10 do potęgi 10), 951293 lat (5x10 do potęgi 11), 9 mln 512 tyś 937 lat (5x10 do potęgi 12) oraz 95 mln 129 tyś 375 lat (5x10 do potęgi 13). W ten sposób chłopaki przenoszą sie w czasie do epoki dinozaurów i w odległą przyszłość. Cała zabawa więc sprowadza się do tych matematycznych obliczeń, przesuwania przecinka w prawo, bo fabuła nie zachwyca, jest oklepana i zdecydowanie mało zajmująca. Po raz kolejny w przypadku twórczości Silverberga muszę stwierdzić, że zwyczajnie szkoda zmarnowanego potencjału.

5. Łukasz Orbitowski "Święty Wrocław" (ocena 2/10)
O Matko, jaka kiła i mogiła. Orbitowski-fiction po raz kolejny zaatakowało swoją pretensjonalnością i brakiem treści. Ni to horror, ni to opowiastka filozoficzna, bohaterowie miotają się po wrocławskim planie jak w większości polskich filmów o treści głębokiej jak przydrożny staw. Lubię Łukasza jako człowieka, ale jego literatura mnie nie przekonuje i jest to wybitnie delikatne określenie. Sam pomysł wyjściowy, pierwszy rozdział powieści wielce intrygujące i zachęcające do dalszej lektury. Ale co się potem dzieje? Wszystkie uwagi jakie swego czasu poczyniłem pod adresem "Tracę ciepło" sa nadal akualne. Dlatego nie wysilając się zbytnio robię kopiuj-wklej własnej twórczości intelektualnej i już więcej się nie chcę o "Świętym Wrocławiu" wypowiadać:
aleosochodźi? Po zakończeniu lektury zadałem sobie to krótkie ale jakże istotne pytanie. Co autor miał na myśli, co chciał przekazać. Uwielbiam wszelkiego typu historie niesamowite, opowieści rozgrywające się na pograniczu rzeczywistości i snu, ledwo uchwytne, dostępne wyłącznie dla wybranych, szczególnych wrażliwców. 
Z uwagi na totalny mętlik postanowiłem poszukać pomocy u recenzentów książki w internecie. Pomimo mnogości recenzji w żadnej nie znalazłem wyjaśnienia, o co chodziło autorowi w jego dziele, co najwyżej następowała konstatacja, że po prostu jest to "Orbitowski fiction". W takim razie ja dziękuję za takie fiction. 
Mnóstwo słownictwa podwórkowego, emocji jak w "Warsaw shore", chaos w opowiadanej historii. Poza tym groza. Gdzie tu groza? Zarówno Michał, jak i Tomasz są zupełnie linearni nie zmienia ich nic, nawet najbardziej szokujące wydarzenia. Taką historię to i ja mógłbym napisać. Czy mógłbym wtedy liczyć na łaskawość recenzentów i dostać kalkę "Mamerkus-fiction" zamiast zostać zjechanym za chaos i brak sensu? 
Jedynym powodem dla którego "Święty Wrocław" dostało ode mnie wyższą ocenę niż 1 jest pomysł wyjściowy i intrygujący pierwszy rozdział. Niemniej liczyłem na zdecydowanie więcej.

6. Andre Norton - "Świat Czarownic" (ocena 4/10)
Pierwszy tom obszernego i podobno kultowego cyklu. Ja tam nie wiem nic o kultowości, ale wspomnienia są, w końcu w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych z fantastyki można było tylko dostać Andre Norton i Dicka. Dicka nie rozumiałem, ale fantasy od Norton było w sam raz dla niewyrobionego 12-letniego czytelnika.
Pierwszy wniosek jest taki, że to faktycznie nie jest literatura najwyższych lotów. Lektura w sam raz dla młodego adepta fantastyki. Norton niby pisze dla dorosłego czytelnika (próba gwałtu, dużo śmierci, pijaństwa i innych dorosłych grzechów), ale całość ma wydźwięk mocno infantylny i wskazujący, że "Świat czarownic" to książka dla ograniczonego horyzontalnie czytelnika. Pomijając już standardowo wytykane błędy, czyli papierowi bohaterowie, słabe, wręcz pretekstowe zarysowanie świata przedstawionego, chaos fabularny, wątek miłosny z czapy, czy też symboliczne zawiązanie większości wątków. Czyta się szybko i sprawnie, ale to w zasadzie wszystkie wartości lektury, taki odgrzewany kotlet niestety z tego wyszedł.
Drugi wniosek jest jednak zaskakujący, a mianowicie "Świat czarownic" to nie jest do końca klasyczna fantasy. Faktycznie później ten cykl zrobił sie taką klasyką, ale pierwszy tom to mieszanka fantasy z s-f. Obok czarownic i magii mamy tutaj bowiem technikę w postaci łodzi podwodnych, samolotów i innych gadżetów sugerujących miszmasz gatunkowy. Za ten nieoczywisty element "Świat czarownic" dostaje ocenę wyższą o dwa punkty i łącznie dostaje 4/10.

7. Andre Norton - "Świat Czarownic w pułapce" (ocena 6/10)
"Świat Czarownic w pułapce" to bezpośrednia fabularna kontynuacja "Świata Czarownic". Jest lepiej, jeśli idzie o fabułę, nie ma już chaosu, bohaterowie podążają zgrabnie z punktu A do punktu B, nie są już też tacy papierowi, generalnie pewne słabości pierwszego tomu uległy poprawie, chociaż nie są to jakies Himalaje sztuki literackiej. Intryga jest interesująca, całość zmierza ku zakończeniu wszystkich wątków, zgrzyta jedynie fakt, że od bohaterów za dużo nie zależy, wiekszość kluczowych wydarzeń dzieje się niejako obok bohaterów, ale ma to swój oryginalny klimacik. Generalnie lepsze wrażenia niż po pierwszej części. Tutaj nadal nie jest to czyste fantasy, poprzez wrażych Kolderów mamy gadżety rodem z s-f.

8. Andre Norton - "Troje przeciw Światu Czarownic" (ocena 3/10)
Drastyczny spadek jakościowy niestety, całość ratuje jedynie atmosfera questu przez mniej więcej początkowe 2/3 powieści. Kolder pokonany, bohaterowie dwóch pierwszych części są już niepotrzebni, okazuje się przy tym że koncepcja Estcarpu się zasadniczo wyczerpała, więc autorka musiała wymyślić nowe elementy poprzez poszerzenie świata przedstawionego. I tym sposobem na mapie świata czarownic pojawia się Escore, kraj położony za wschodnimi górami. Tam właśnie wyruszają tytułowe trojaczki, by odnaleźć swoje przeznaczenie (kurczę mógłbym pisać blubry okładkowe). Póki trojaczki wędrują i poznają nową krainę, to jest ok, potem niestety zaczyna się totalny chaos fabularny, akcja zbacza na jakieś boczne tory i powieść kończy się nagle w połowie, niedwuznacznie sugerując, że rozwiązania powstałych zagadek nalezy szukać w kolejnych tomach cyklu. Słabizna. Generalnie mam wrażenie, że Norton pisząc pierwszy tom nie miała zamiaru tworzyć z tego rozbudowanego cyklu, ale popularność musiała zaważyć na decyzji o kontynuowaniu i rozbudowywaniu wątków, jak w porządnym tasiemcu. Zobaczymy co będzie dalej, naturalną koleją rzeczy, niezależnie od tego, jak słaba jest książka, interesuje mnie jak to wszystko ma się zakończyć, dlatego muszę zdobyć gdzieś kolejne części cyklu.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Melancholia bezlistnej koniczynki

Phillip K. Dick "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach" (ocena 7/10)
Geniusz Phillipa Dicka polegał na tym, że poprzez swoją literaturę zadawał pytania o najważniejsze składowe ludzkiej egzystencji. W "Transmigracji Timothy'ego Archera" badał czym jest śmierć, w "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" pyta, czym jest życie. W tym celu Dick konfrontuje człowieka z androidem, jego imitacją. Czy coś, co jak android, jest sztucznym tworem uformowanym na obraz i podobieństwo człowieka, żyje, czy tylko życie udaje? A w takim razie, jeżeli np. android w osobie śpiewaczki operowej o pięknym głosie sprawia wrażenie kogoś, kto żyje naprawdę, to w takim razie jak zweryfikować człowieczeństwo? Czy android to tylko sztuczna i mądra maszyna, zdolna do abstrakcyjnego myślenia, ale tylko maszyna, czy też może jednak android ŻYJE? Czym jest życie?
"Czy androidy śnią o elektrycznych owcach" to jedno wielkie pytanie o te kwestie. Powieść jest ośrodkiem służącym Dickowi do rozgraniczenia życia od maszyny, a czynnikiem rozróżniającym ma być empatia rozumiana jako umiejętność emocjonalnego współodczuwania z drugim człowiekiem. Dick nie byłby jednak sobą, gdyby nie zapytał, czy ten czynnik jest faktycznie wystarczający...
Powieść jest bardzo dobra, niekoniecznie jednak najlepsza w dorobku pisarza. No i ma niewiele wspólnego z filmem, nie da się ukryć, ale właśnie z tego powodu warto książkę przeczytać.

Lothar-Gunther Buchheim "Pożegnanie" (ocena 7/10)
Po pierwsze "Pożegnanie" nie jest kontynuacją "Okrętu", jak próbuje wcisnąć wydawca powieści m.in. poprzez chamski i ordynarny tytuł "Okręt II", który sugeruje fabularną ciągłość. Prezentowana obok okładka, jak i sama powieść nie mają nic wspólnego z "Okrętem".
Po drugie "Pożegnanie" nie jest nawet powieścią wojenną. To tylko i aż, powieść obyczajowa o podróży Starego i porucznika Buchheima nawodnym okrętem handlowym o napędzie nuklearnym z portu w Rotterdamie do portu w Durban (RPA za czasów apartheidu), która dla Buchheima jest zwykłą wycieczką, dla Starego z kolei ostatnim dowodzonym przez siebie rejsem. Akcja toczy się na autentycznym okręcie nuklearnym NS "Otto Hahn" gdzieś w latach 70-tych XX wieku, a więc grubo po wydarzeniach z "Okrętu". W ramach tej podróży bohaterowie są już starzy (dosłownie), dzielą się wzajemnie wspominkami o losach minionych, Buchheim w dosyć szczegółowy sposób zapoznaje się z technicznymi aspektami napędu nuklearnego (pomocny link w tym zakresie http://familienbuch-euregio.eu/etc/Otto-Hahn/data.html), a nad całością unosi się atmosfera przemijania. Wiele tutaj melancholijnych rozmów, nostalgii kryjącej się za pozorną suchością przekazywanych wzajem faktów. Panowie wspominając, rozliczają się jednocześnie ze swojego życia, uzupełniają się wzajemnie i próbują odnaleźć w tym wszystkim coś więcej, niż tylko ślepy los, bezlistna koniczynka. W końcu bohaterowie wielokrotnie stawali w obliczu śmierci, a na koniec okazywało się, że to zbliżające się światełko na końcu tunelu, to tylko pociąg towarowy zmierzający w ich kierunku ...
NS Otto Hahn 
Heinrich Lehmann-Willenbrock (Stary)
Pojawia się również kilka gorzkich i trafnych refleksji na temat kondycji ludzkości w kontekście zatrważającego postępu np. że "tu się traktuje niesłychanie groźne siły przyrody tak, jakby szło o dziecięce zabawki (...) nie jesteśmy gotowi do tego, co nauka serwuje nam w postępach technicznych, elektronicznych czy jakichkolwiek(...)". Ta wypowiedź skierowana przez autora do Starego wynika z kontrastu pomiędzy futurologicznym napędem okrętu, a życiem społecznym na tymże okręcie. Takie porównanie przewija się przez cała powieść, z jednej strony są bowiem długie opisy wysoce skomplikowanych zasad funkcjonowania napędu nuklearnego, z drugiej zaś żony oficerów przebywające na mostku i kręcące sobie bezmyślnie kołem sterowym (przy pilocie automatycznym) i czujące się tam, jak w swoim domowym saloniku, czy też trywialność problemów życia załogi, które musi rozstrzygać Stary (m.in. kłótnia pomiędzy ochmistrzem a stewardem o to, że jeden na drugiego krzywo spojrzał), ta "(...) absurdalna rozbieżność między potwornym technicznym nakładem na reaktor, między napędem, który jest wręcz futurologiczny, a całkowitym sfilistrzeniem i tandetą życia na pokładzie(...)". Symboliczne jest, że omawianie kwestii technicznych w powieści kończy się następującym dialogiem Buchheima z czifem:
"(...)Gdyby na przykład statek nuklearny doznał kolizji i osiadł w piasku, to już by wraku nie wydobyto?
- Wtedy pozostawiono by go w imię Boże na utonięcie w piasku wraz z reaktorem. A ten zacząłby wydzielać promieniowanie dopiero wówczas, kiedy by się rozpadł. 
- Ale że tam na dnie leży reaktor, uważano by przecież - wyrażam się eufemistycznie - za nieprzyjemne?
- Owszem. Do tego po prostu nie wolno dopuścić.
- Więc powracamy do tajnej dewizy tego statku ...
- Czyli jakiej?
- To się nie może zdarzyć! Do tego nie wolno dopuścić! Ciągle słyszę to powtarzane przez kapitana.
- No widzi pan! - powiada czif i uważa temat za wyczerpany".
"Pożegnanie" to wbrew wszelkim pozorom pozycja dosyć trudna, żmudna, wymagająca zaangażowania, pewnego doświadczenia życiowego, umiejętności wyobrażenia sobie tego, co czuje dwóch doświadczonych wojną i burzliwym życiem starców. Pełna refleksji, melancholii, ale także wiedzy technicznej i faktów, nie dorównuje co prawda "Okrętowi", ale na swój sposób jest to powieść bardzo dobra. 

wtorek, 18 lutego 2014

Przegląd prozy europejskiej

Tak się jakoś zupełnie przypadkowo złożyło, że ostatnie trzy zaliczone książki to proza szwedzka, włoska i niemiecka. Nie było w tym żadnego planowego działania, ale przynajmniej nasunął mi się zbiorczy tytuł posta.


Per Wahloo - "Stalowy Skok" (ocena -1000/10)
Na pierwszy ogień poszedł Per Wahloo, pisarz, który w duecie z Maj Sjowall stworzył kilka naprawdę dobrych kryminałów. Niestety "Stalowy Skok" to ideologiczny gniot infantylnie gloryfikujący socjalizm społeczno-polityczny. Nowy manifest komunistyczny, napisany przez "pożytecznego idiotę" z kapitalistycznej Szwecji (tak Wahloo był nazywany w ZSRR). Gadka szmatka typowa dla bolszewickiej propagandy - "kapitalistyczni reakcjoniści", "kapitalizm sam w sobie jest systemem zbrodniczym", "reakcyjne jądro kadry medycznej" (???), "(...) chcieliśmy zniszczyć powszechną zgodę. Dopiero, gdy społeczeństwo zostanie rozbite, będziemy mogli dopaść głównych wrogów. - To znaczy kogo? - Na przykład socjaldemokratów, którzy zdradzili klasę robotniczą i sprzedali się kapitalistom; no i system kapitalistyczny rozumiany jako całość" (uff, dobrze że odpuścili systemowi słonecznemu) itp. kwiatki propagandowego bredzenia. Fabuły tutaj nie ma, jest tylko pretekstowe wprowadzenie intrygi, która od mniej więcej połowy powieści służy wyłącznie jako wykład o jedynie słusznym ustroju politycznym. Wszystko to już kiedyś było, w o wiele lepszym wydaniu (Marks, Lenin, Trocki itd.), naprawdę nie trzeba było do tego tworzenia powieści przez szwedzkiego autora kryminałów. W pewnym momencie robi się z tego tak przerażający, surrealistyczny bełkot na poziomie nawiedzonego gimnazjalisty, że będę miał przez to niewątpliwie koszmary. Ta powieść nigdy nie powinna się ukazać, a sprzedawanie jej przez wydawnictwo Albatros jako kryminału od "ojca chrzestnego skandynawskiej powieści kryminalnej" (cytat z Jo Nesbo na tytułowej obwolucie) świadczy o ogromnej hipokryzji wydawnictwa i zgniliźnie toczącej rynek książki, tj. liczy się znane nazwisko autora, a nie jakość jego dzieła.
Ocena dla tego grafomańskiego gniota mogła być tylko jedna - "Stalowy Skok" to najgorsza książka wszechczasów. Wahloo, za 4 godziny stracone na czytanie Twojego kupsztala, zapłacisz mi kiedyś w zaświatach!
Na szczęście uratowałem swój zgwałcony umysł lekturą świetnych książek Italo Calvino oraz Lothara Buchheima, o czym szerzej poniżej.


Italo Calvino - "Marcovaldo, czyli pory roku w mieście" (ocena 9/10, w tym +3 za okładkę)

Aż wstyd się przyznać, ale o jednym z najlepszych prozaików europejskich XX-wieku usłyszałem po raz pierwszy dosyć niedawno, kiedy na portalu Katedry przeczytałem recenzję "Niewidzialnych miast". Zainteresował mnie nie tylko intrygujący koncept fabularny (rozmowy Marco Polo z Kubłajchanem o miastach imperium Mongołów), ale także szata graficzna książki, no po prostu himalaje sztuki edytorskiej. "Marcovaldo" co prawda nie ma tak olśniewającego fabularnego punktu wyjścia, niemniej jest książką dobrą na swój oryginalny sposób.
Jak podtytuł sugeruje "Marcovaldo" to zbiór opowiadań wielkomiejskich, gdzie ubogi prostaczek toczy swoje fatalistyczne potyczki o naturę i przyrodę w asfaltowym życiu. Opowiastki te w gruncie rzeczy dosyć zabawne dykteryjki, w których Marcovaldo - typowy mieszczuch - szuka za wszelką cenę kontaktu z szeroko pojętą przyrodą. Na pierwszy rzut oka Calvino zdaje się podchodzić poważnie do tęsknoty swojego bohatera np. w scenie gdzie Marcovaldo śledzi życie dachowców albo z pietyzmem troszczy się o zakładową roślinkę. Wydaje się, że to jest autentyczna tęsknota za życiem bez spalin, hałasu, sztucznego światła i brakiem horyzontu. Jest to szczególnie widoczne w opowieści "Księżyc i GNAC", gdzie jaskrawy neon włączający się co 20 sekund zakłóca nie tylko życie godowe kotów tokujących na tle księżyca, ale przede wszystkim uniemożliwia obserwację nieba, pozbawia perspektyw, zamyka mieszczuchów w kokonie bez gwiazd. Jest to problem cały czas aktualny, wystarczy wybrać się poza miasto w bezchmurną noc, poza sztuczne oświetlenie pasów drogowych, na jakieś pole, aby dostrzec, ile człowiek w mieście pozbawiony jest wrażeń wynikających z prostej obserwacji nocnego nieba. Księżyc, gwiazdy, planety, perseidy w sierpniu, Droga Mleczna!, i to wszystko gołym okiem, a co jak weźmie się zwykłą lornetkę do ręki i popatrzy na księżyc w pełni? 
Ale w gruncie rzeczy okazuje się, że ta fascynacja Marcovaldo naturą, przestrzenią i gwiazdami jest pozorna, nie kryje się za tym żadna domniemana głębia, Marcovaldo traktuje przejawy przyrody w mieście utylitarnie, dla niego tak naprawdę liczy się dostęp do kalorii, przy licznej rodzinie i słabej pracy klepie biedę i to powoduje, że jego zdrowa fascynacja szybko zamienia się w praktyczną walkę o dostęp do kasy i żarcia (jak np. w scenie, gdzie Marcovaldo porywa ze szpitala dobrze utuczonego, ale zawirusowanego laboratoryjnego królika albo w przywołanym rozdziale "Księżyc i GNAC", gdzie rodzina Marcovaldo podpisuje z konkurencją umowę na zniszczenie reklamy GNAC, którą następnie zastępuje nowa, większa reklama tej konkurencji, która już jednak świeci non stop, także księżyca i gwiazd nie widać nawet przez 20 sekund). 
Inteligentna i sympatyczna lektura, pozornie lekka, ale kryjąca w sobie kilka interesujących i gorzkich refleksji o kondycji współczesnego społeczeństwa industrialnego. 
Na osobną uwagę zasługuje mistrzowska edycja książki, zapodany wyżej obrazek oddaje jedynie ułamek wrażeń, jakie miałem, kiedy trzymałem "Marcovaldo" w rękach. Wspaniała grafika i kolorystyka obwoluty, wysublimowana i wieloznaczna, dająca pole do wyobraźni swoją ascetycznością ilustracja okładkowa, do tego twarda oprawa, coś naprawdę wyjątkowego. Tak jak wspomniałem wcześniej majstersztyk edytorski, znak tej serii.


Lothar-Gunther Buchheim - "Okręt" (ocena 10/10 - arcydzieło!)

"Zapomnieliśmy jak się czuje suchy człowiek.
"...gdzie niczyja matka się za nami nie obejrzy, żadna kobieta nie przetnie naszej drogi, gdzie tylko rzeczywistość panuje, okrutna i wielka..."
Woda, woda, woda - słona woda. Smród, brud, ciasnota, klaustrofobia, ciemność, bezsilne oczekiwanie na nieuniknioną śmierć w zamkniętej puszce cienkiej stali, pod hektolitrami i ciśnieniem morskiej wody, monotonia, nuda, katatoniczny strach, kilkutygodniowy sztorm, wszechobecny grzyb i to poczucie, że jest się samym w bezkresie oceanu, uwięzionym w stalowej puszce z pięćdziesięcioma innymi straceńcami. Taki obraz życia na okręcie podwodnym o napędzie dieslowskim (sprzed ery atomowej), gdzie w zasadzie 9/10 rejsu upływa na powierzchni (konieczność dostępu powietrza dla silników spalinowych), kreśli niemiecki pisarz Lothar-Gunther Buchheim, korzystając z własnych doświadczeń w tym zakresie.
Przez 650 stron czytelnik towarzyszy marynarzom niemieckim w ich podwodnych wojażach i cierpi razem z nimi. Tu nie chodzi tak naprawdę o to, czyjej stronie towarzyszymy i kibicujemy, Buchheim zaciera różnice narodowościowe, tu się liczy po prostu człowiek, jednostka w obliczu ekstremalnych wyzwań totalnej wojny na morzu. Symboliczna jest w tym zakresie scena, gdzie narrator i oficerowie obserwują z mostka tonących ludzi z okrętu, który wcześniej storpedowali. Wyobraźnia z jednej strony burzy się, że rozbitkowie nie zostali zabrani przez swoich, z drugiej podpowiada, że podobny los czeka i ich załogę, ślepy los nie wybiera względem narodowości. 
Buchheim napisał "Okręt" dosyć realistycznie, wręcz naturalistycznie. Jeżeli na kartach powieści pojawiają się nuda i monotonia morskiej włóczęgi (z uwagi na brak kontaktu z jakimkolwiek statkiem, czy konwojem wroga, które można by zatopić), to nie ma zmiłuj, czytelnik dosłownie morduje się z marynarzami, każda strona powieści to dla czytelnika dosłownie włóczęga, a tych stron jest ponad 130 z rzędu. Jeżeli dochodzi w końcu do kontaktu z przeciwnikiem, któremu towarzyszy przerażający strach przed zrzucanymi bombami głębinowymi, to jest fenomenalny fragment dynamicznej akcji ucieczki przed niszczycielem, gdzie jedynym marynarzem biorącym udział w potyczce jest dowódca okrętu, a reszta jest jak sardynki w puszce. Z kolei, gdy nadchodzi sztorm i przez kilka tygodni ocean funduje załodze darmową karuzelę w połączeniu ze słonowodną torturą, to czytelnik moknie i gnije pospołu z bohaterami. Zacytuję tutaj kilka fragmentów dobitnie obrazujących plastyczność wizji Buchheima:
"(...)A teraz uderza (fala - dopisek mój) z siłą piorunu z burty w dziobową część okrętu. Pod tym ciosem okręt zapada się głęboko. Schylić głowę! Wrzący potop przewala się po pomoście. Pomost tonie. Nie mamy już okrętu pod stopami. Ale teraz ta sama fala podnosi okręt do góry. Dziób całkowicie wydobywa się z wody i przez chwilę wisi w próżni, aż morze pozwoli opaść okrętowi. Przez szpigaty i tylną część pomostu wylewa się woda. Spienione potoki szarpią nas na nogi. W wyobraźni widzę olbrzymie pięści, które potrząsają naszym okrętem, puszczają go, chwytają gwałtownie, w wariackim rytmie trzęsą nim jak olbrzymią perkusją, potem ciskają daleko, znowu łapią - i tak bez przerwy (...) Niedziela. Najbardziej niszczy nasze siły brak snu. Prawdziwy spokój panuje tylko wtedy, kiedy nie ma widzialności i nasz dowódca każe zejść pod powierzchnię. Kiedy okręt jest już wyważony, prawie nie słychać głośniejszych rozmów. Każdy próbuje przespać się podczas godziny czy dwóch pobytu pod wodą. Cisza w zanurzeniu jest za każdym razem niesamowita. Kiedy wszyscy zmożeni do cna leżą na kojach albo na deskach podłogi, wydaje się, że załogi opuściła okręt. Poniedziałek. Mam jeszcze tyle siły woli, by zanotować w zeszycie: <<Nakrywanie do stołu niemożliwe. Wszystko bez sensu. Tuż przed drugą zanurzenie. Wspaniałe: pozostajemy pod wodą. Coraz więcej zapaleń. Wrzody najgorszego rodzaju. Świerzb. Maść ichtiolowa na wszystko>> (...) Piątek (...) Wpatrujemy się w tę potworną górę, która z niesamowitą swobodą zbliża się do nas, ciężka jak ołów, druzgocząca swoją niesamowitą masą. Nagle wiatr przestaje wiać. Morze wokół okrętu drga bezwładnie. Rozumiem natychmiast: ta prafala jak gigantyczna barykada odcięła nas od sztormu. Znajdujemy się na jej zawietrznej (...) czuję, jak coś podnosi okręt od tyłu, coraz wyżej i wyżej. Idzie w górę, przyklejony ukośnie do spękanego zbocza, tak wysoko, jak nigdy dotychczas. Nagle załamuje się grzebień fali. Ważąca wiele ton ciężka maczuga rąbie w kiosk, który dudni, a cały okręt drży gwałtownie, wir wody szaleńczo wali na pomost (...) Nasza rufa skierowana jest w niebo. Dziobowa część okrętu jest zanurzona głęboko w biało-zielonej kipieli. Widzę twarz drugiego oficera; otworzył szeroko usta, jakby chciał krzyczeć z całych sił. ale nie słychać żadnego dźwięku (...)
"Okręt" to arcydzieło literatury wojennej, nie wiem, czy można napisać lepszą powieść o wojnie podwodnej. 
Tutaj z kolei można obejrzeć film Wolfganga Petersena, który jest wersją okrojoną (wersja reżyserska ma podobno trwać 5 godzin). Kawał dobrego kina wojennego, ale powieść jest zdecydowanie lepsza: http://www.youtube.com/watch?v=qgPc3QtqTIw

poniedziałek, 3 lutego 2014

Książkoholik w czasie kryzysu czytelniczego

Kryzys, moi Drodzy, kryzys! W ciągu ostatniego miesiąca przeczytałem ino cztery powieści. I nawet fakt, że nie wciągnęły one zbytnio, a nawet stanowiły źródło niewysłowionych mąk poznawczych, nie zmienia konstatacji z tego wynikającej - dopadł mnie niezłośliwy książkowstręt. Nie odstawiłem czytania, co to to nie, zwyczajnie nie mam ostatnio ochoty czytać. Od biedy osiągnę kilkadziesiąt stron dziennie i koniec, nie mogę się skupić, zaczynam marnować czas na jakiś tenis, sen, czy już totalny bezsens, czyli pracę. Nie wspominając oczywiście o prowadzeniu bloga, cała aktywność w styczniu ograniczyła się do tej pory do zmiany logo z pretensjonalnej sentencji łacińskiej na suchar nastolatka i jakichś statystyk. 
W beznadziejnych próbach styczniowego czytania i pisania czuję się jak robot Marvin z "Autostopem przez galaktykę", dlatego proszę się nie dziwić, jeśli poniższe wypociny nie będą miały choćby odrobiny sensu.


"World war Z" Max Brooks (ocena 5/10)
Średnio to panu Brooksowi wyszło. Pomysł wyjścia zacny, niestety zawaliła jego realizacja. No może nie zawaliła, ale całościowo wyszło nudno i mało emocjonalnie. Książka (ciężko to nazwać pełnoprawną powieścią) zachwyca jedynie w pojedynczych segmentach, w których u Brooksa ujawnia się talent dramatyczny (np. sekwencja ucieczki pilotki, którą katastrofa samolotu umieszcza w samym sercu kraju zombie). 
Kiczowate obrazki, amerykocentryzm, brak głównego bohatera, poza narratorem "zza kadru" oraz bądź co bądź wyeksploatowana tematyka, do której autor nie dodaje wiele więcej. Ameryka to, Ameryka tamto, aż do wyrzygania. Pomimo świeżości konceptu fabuła pozostaje jednak dosyć typową historią epidemii zombie - pojawia się więc standardowa geneza epidemii, potem głupota i krótkowzroczność ludzi przyczyniająca się do zwiększenia pandemii, potem eskalacja, a potem standardowe oczyszczenie. Generalnie całość mocno nuży. Mało tu subtelności, wyważenia, czy też oryginalniejszych pomysłów. Prosty, momentami prostacki język (co razi zwłaszcza z ust takich osób jak szef administracji Białego Domu, czy multimilioner, którzy z racji swojej pozycji, wykształcenia powinni umieć formułować zdania pozbawione kolokwializmów i skundlonych emocji), banalne chwyty (jak panika, to musi być Wielka Panika), wszystko to sprawia, że jednak byłem rozczarowany książką Maxa Brooksa. 


"Spryciarz z londynu" - Terry Pratchett (ocena 5/10)

Terry Pratchett im starszy, tym bardziej prezentuje infantylny dydaktyzm i łopatologiczne przesłanie, w dodatku nie za dużo tu pratchettyzmów. Taka była "Nacja", taki jest i "Spryciarz..." Powieść czyta się szybko i sprawnie, niemniej powieść zupełnie nie wciąga, być może z tego powodu, że już po około 100 stronach wiadomo, że Dodgerowi wszystko wychodzi i będzie wychodzić (np. jeżeli na 300-stronie Dodger wymyśla plan uratowania swojej księżniczki, co jednocześnie jest przewidziane jako kulminacja powieści, to już wtedy czytelnik przewiduje, że plan wypali z dużą pomocą deus ex machina). Zero nieprzewidywalności, napięcia, czegokolwiek, taka bajka o męskim kopciuszku, który ratując swoją księżniczkę z rąk siepaczy trafia z kanałów do świata bogatych. Przy takim nagromadzeniu wątków "wystarczy pomyśleć, a na pewno się uda" lewackie przesłanie powieści jawi się jako sztubacki żart.
No właśnie, niby są tu niefajne motywy typu katowanie kobiet, burdele, czy płatni mordercy całość ukształtowana jest w wyjątkowo niefrasobliwej i lekkiej tonacji (co widać też po okładce, uśmiechnięty łobuz wyposażony w gotowe do użycia narzędzie golarza). Nie jest to bynajmniej powieść dla dzieci, ale dorośli tez za wiele tutaj dla siebie nie znajdą. 
Na zdecydowany plus jakość polskiego wydania - palce lizać, estetyczny majstersztyk, świetny papier. 

"Trojka" - Stepan Chapman (ocena 2/10)
Wielkie, ogromne rozczarowanie. Forma wyznaczająca treść, do tego się ten surrealistyczny rzyg sprowadza. Najgorsza pozycja z UW jak do tej pory, powinna raczej się znaleźć w serii Męki Wyobraźni. Ponad miesiąc mordęgi z 240-stronami powieści, która niestety okazała się od początku do końca zamierzonym przerostem formy nad treścią. W sumie to nie wiem, co właśnie skończyłem czytać. Momentami "Trojka" jest takim bełkotem, że oczy bezwładnie przesuwają się po słowach, bez refleksji nad sensem treści, bez związku z czymkolwiek. Ot czytam słowa, pozlepiane w zdania, które w osobnych rozdziałach mają może jeszcze sens (ale nie zawsze), ale całościowo to ni przypiął, ni przyłatał.
Zakończenie oczywiście coś tam wyjaśnia, ale nie tego że powieść jest o jakieś 150 stron za długa, przy zaledwie 240 stronach całkowitej objętości.
Całość składa się z jakby snów, Chapman tworzy ocean fantasmagorycznych wizji wszelakich, częstując czytelnika czym się da - światem ludzi-ryb, apokalipsą wojny plazmowej, wędrówką maszyny, człowieka i dinozaura przez bezimienną pustynię, inwazją pożeraczki ciał, umierającą pozytywką, której "wnętrze jest większe od zewnętrza", czy też robotem eksterminującym robale, a przy okazji i całe otoczenie włącznie z gospodynią. Nic się tutaj kupy nie trzyma, treść jest podporządkowana formie, zakończenie niczego nie wyjaśnia (no bo też nie miało wyjaśniać, tutaj od początku do końca musiał być eksperyment literacki, bo inaczej by nie wyszedł). Nie lubię takich książek, nie lubię, kiedy treść jest podporządkowywana formie, kiedy to forma decyduje o istocie rzeczy. Dlatego właśnie ta powieść powinna być li tylko opowiadaniem, a nie 240-stronicową męczydupą. Nie mam nic przeciwko klimatom surrealistycznym, niemniej nie mogą być one celem samym w sobie, dla mnie literatura (o czym pisałem kiedyś na forum BN w temacie dotyczącym trylogii husyckiej Sapkowskiego) to podążanie od punktu A do B, początek-rozwinięcie-zakończenie, niekoniecznie w klasycznej kolejności, ale zawsze muszą się te elementy pojawić, musi być bohater, który rusza z pewnego punktu swojej historii, przeżywa jakieś zdarzenia zmierzając cały czas ku celowi, aż w końcu do tego celu dociera. The end.
"Trojka" Stepana Chapmana to pseudointelektualny bełkot, 240-stron o niczym. To by się sprawdziło, gdyby każda z historii była wskazana jako odrębne opowiadanie, odrębne historie, połączone klamrą pewnych osób, czy po prostu wspólnym światem, pewnego rodzaju szkatułkowa historia. Tutaj jest miszmasz wszystkiego, który z niewiadomych przyczyn zdaje się być sensowny dla pewnych recenzentów. Jak na mój gust to jest próba dopowiedzenia sobie czegoś, czego nie ma, by nie poczuć się oszukanym męczarnią "Trojki", bo to że męczy, to każdy musi przyznać.


"DEUS Machine" - Pierre Ouellette (ocena 6/10)
Powieść całkowicie i niesłusznie zapomniana, dla mnie jednak była zawsze jak dobre wspomnienie czasów, gdy łykałem wszystko, co się dało, nie miałem wyrobionego gustu, a takie książki jak ta zapadały mi szczególnie w pamięć. Postanowiłem zrobić rzecz karkołomną i zasadniczo karygodną, czyli zaryzykować zepsucie sobie wspomnieniowych wrażeń i zapodać ponownie ten technothriller. No i niestety trochę zepsułem, a nawet było tak, że jakbym czytał "DEUS Machine" po raz pierwszy.
Przede wszystkim zwraca uwagę fakt, że przez 300 początkowych stron "DEUS Machine" jest przeraźliwie nudna. Początek jest bardzo męczący, pisany w czasie teraźniejszym, do tego autor miota się w kilku fabularnie wątkach i po 200 stronach nie wiadomo, ku czemu ten chaos ma zmierzać. Dopiero grubo po połowie zaczyna się zazębiać główny wątek fabularny, a w zasadzie tworzyć. Końcówka już jest klasycznie napisana, trzyma w napięciu itd., niemniej całość jest fatalnie wyważona i zwyczajnie można się od tej książki odbić. Nie mam pojęcia jak dałem rady to przeczytać, kiedy miałem te 14 lat. Do tego wątek głównego badassa-pederasty jest tyle niefortunny, co niesmaczny i zbędny.
Deus Machine to technothriller, chociaż może być też równie dobrze sprzedawana jako s-f, dużo tutaj futurystyki komputerowej, politycznej i biotechnologicznej, szkoda tylko że szczególnie ta pierwsza jest już zapewne istotnie zdezaktualizowana. Ogólnie to chciałbym żeby na temat tej książki wypowiedziała się jakiś specjalista-biotechnolog. 
W każdym razie Pierre Oullette (konia z rzędem jak czyta się to nazwisko) stworzył świetne koncepcyjnie dzieło, które niestety zawalił pod względem konstrukcji powieści i równowagi akcentów, 300-stronicowy wstęp do zasadniczej fabuły uważam za grubą przesadę. Powinienem dać maksymalnie 4/10, ale z sentymentu dwa oczka więcej.