wtorek, 18 lutego 2014

Przegląd prozy europejskiej

Tak się jakoś zupełnie przypadkowo złożyło, że ostatnie trzy zaliczone książki to proza szwedzka, włoska i niemiecka. Nie było w tym żadnego planowego działania, ale przynajmniej nasunął mi się zbiorczy tytuł posta.


Per Wahloo - "Stalowy Skok" (ocena -1000/10)
Na pierwszy ogień poszedł Per Wahloo, pisarz, który w duecie z Maj Sjowall stworzył kilka naprawdę dobrych kryminałów. Niestety "Stalowy Skok" to ideologiczny gniot infantylnie gloryfikujący socjalizm społeczno-polityczny. Nowy manifest komunistyczny, napisany przez "pożytecznego idiotę" z kapitalistycznej Szwecji (tak Wahloo był nazywany w ZSRR). Gadka szmatka typowa dla bolszewickiej propagandy - "kapitalistyczni reakcjoniści", "kapitalizm sam w sobie jest systemem zbrodniczym", "reakcyjne jądro kadry medycznej" (???), "(...) chcieliśmy zniszczyć powszechną zgodę. Dopiero, gdy społeczeństwo zostanie rozbite, będziemy mogli dopaść głównych wrogów. - To znaczy kogo? - Na przykład socjaldemokratów, którzy zdradzili klasę robotniczą i sprzedali się kapitalistom; no i system kapitalistyczny rozumiany jako całość" (uff, dobrze że odpuścili systemowi słonecznemu) itp. kwiatki propagandowego bredzenia. Fabuły tutaj nie ma, jest tylko pretekstowe wprowadzenie intrygi, która od mniej więcej połowy powieści służy wyłącznie jako wykład o jedynie słusznym ustroju politycznym. Wszystko to już kiedyś było, w o wiele lepszym wydaniu (Marks, Lenin, Trocki itd.), naprawdę nie trzeba było do tego tworzenia powieści przez szwedzkiego autora kryminałów. W pewnym momencie robi się z tego tak przerażający, surrealistyczny bełkot na poziomie nawiedzonego gimnazjalisty, że będę miał przez to niewątpliwie koszmary. Ta powieść nigdy nie powinna się ukazać, a sprzedawanie jej przez wydawnictwo Albatros jako kryminału od "ojca chrzestnego skandynawskiej powieści kryminalnej" (cytat z Jo Nesbo na tytułowej obwolucie) świadczy o ogromnej hipokryzji wydawnictwa i zgniliźnie toczącej rynek książki, tj. liczy się znane nazwisko autora, a nie jakość jego dzieła.
Ocena dla tego grafomańskiego gniota mogła być tylko jedna - "Stalowy Skok" to najgorsza książka wszechczasów. Wahloo, za 4 godziny stracone na czytanie Twojego kupsztala, zapłacisz mi kiedyś w zaświatach!
Na szczęście uratowałem swój zgwałcony umysł lekturą świetnych książek Italo Calvino oraz Lothara Buchheima, o czym szerzej poniżej.


Italo Calvino - "Marcovaldo, czyli pory roku w mieście" (ocena 9/10, w tym +3 za okładkę)

Aż wstyd się przyznać, ale o jednym z najlepszych prozaików europejskich XX-wieku usłyszałem po raz pierwszy dosyć niedawno, kiedy na portalu Katedry przeczytałem recenzję "Niewidzialnych miast". Zainteresował mnie nie tylko intrygujący koncept fabularny (rozmowy Marco Polo z Kubłajchanem o miastach imperium Mongołów), ale także szata graficzna książki, no po prostu himalaje sztuki edytorskiej. "Marcovaldo" co prawda nie ma tak olśniewającego fabularnego punktu wyjścia, niemniej jest książką dobrą na swój oryginalny sposób.
Jak podtytuł sugeruje "Marcovaldo" to zbiór opowiadań wielkomiejskich, gdzie ubogi prostaczek toczy swoje fatalistyczne potyczki o naturę i przyrodę w asfaltowym życiu. Opowiastki te w gruncie rzeczy dosyć zabawne dykteryjki, w których Marcovaldo - typowy mieszczuch - szuka za wszelką cenę kontaktu z szeroko pojętą przyrodą. Na pierwszy rzut oka Calvino zdaje się podchodzić poważnie do tęsknoty swojego bohatera np. w scenie gdzie Marcovaldo śledzi życie dachowców albo z pietyzmem troszczy się o zakładową roślinkę. Wydaje się, że to jest autentyczna tęsknota za życiem bez spalin, hałasu, sztucznego światła i brakiem horyzontu. Jest to szczególnie widoczne w opowieści "Księżyc i GNAC", gdzie jaskrawy neon włączający się co 20 sekund zakłóca nie tylko życie godowe kotów tokujących na tle księżyca, ale przede wszystkim uniemożliwia obserwację nieba, pozbawia perspektyw, zamyka mieszczuchów w kokonie bez gwiazd. Jest to problem cały czas aktualny, wystarczy wybrać się poza miasto w bezchmurną noc, poza sztuczne oświetlenie pasów drogowych, na jakieś pole, aby dostrzec, ile człowiek w mieście pozbawiony jest wrażeń wynikających z prostej obserwacji nocnego nieba. Księżyc, gwiazdy, planety, perseidy w sierpniu, Droga Mleczna!, i to wszystko gołym okiem, a co jak weźmie się zwykłą lornetkę do ręki i popatrzy na księżyc w pełni? 
Ale w gruncie rzeczy okazuje się, że ta fascynacja Marcovaldo naturą, przestrzenią i gwiazdami jest pozorna, nie kryje się za tym żadna domniemana głębia, Marcovaldo traktuje przejawy przyrody w mieście utylitarnie, dla niego tak naprawdę liczy się dostęp do kalorii, przy licznej rodzinie i słabej pracy klepie biedę i to powoduje, że jego zdrowa fascynacja szybko zamienia się w praktyczną walkę o dostęp do kasy i żarcia (jak np. w scenie, gdzie Marcovaldo porywa ze szpitala dobrze utuczonego, ale zawirusowanego laboratoryjnego królika albo w przywołanym rozdziale "Księżyc i GNAC", gdzie rodzina Marcovaldo podpisuje z konkurencją umowę na zniszczenie reklamy GNAC, którą następnie zastępuje nowa, większa reklama tej konkurencji, która już jednak świeci non stop, także księżyca i gwiazd nie widać nawet przez 20 sekund). 
Inteligentna i sympatyczna lektura, pozornie lekka, ale kryjąca w sobie kilka interesujących i gorzkich refleksji o kondycji współczesnego społeczeństwa industrialnego. 
Na osobną uwagę zasługuje mistrzowska edycja książki, zapodany wyżej obrazek oddaje jedynie ułamek wrażeń, jakie miałem, kiedy trzymałem "Marcovaldo" w rękach. Wspaniała grafika i kolorystyka obwoluty, wysublimowana i wieloznaczna, dająca pole do wyobraźni swoją ascetycznością ilustracja okładkowa, do tego twarda oprawa, coś naprawdę wyjątkowego. Tak jak wspomniałem wcześniej majstersztyk edytorski, znak tej serii.


Lothar-Gunther Buchheim - "Okręt" (ocena 10/10 - arcydzieło!)

"Zapomnieliśmy jak się czuje suchy człowiek.
"...gdzie niczyja matka się za nami nie obejrzy, żadna kobieta nie przetnie naszej drogi, gdzie tylko rzeczywistość panuje, okrutna i wielka..."
Woda, woda, woda - słona woda. Smród, brud, ciasnota, klaustrofobia, ciemność, bezsilne oczekiwanie na nieuniknioną śmierć w zamkniętej puszce cienkiej stali, pod hektolitrami i ciśnieniem morskiej wody, monotonia, nuda, katatoniczny strach, kilkutygodniowy sztorm, wszechobecny grzyb i to poczucie, że jest się samym w bezkresie oceanu, uwięzionym w stalowej puszce z pięćdziesięcioma innymi straceńcami. Taki obraz życia na okręcie podwodnym o napędzie dieslowskim (sprzed ery atomowej), gdzie w zasadzie 9/10 rejsu upływa na powierzchni (konieczność dostępu powietrza dla silników spalinowych), kreśli niemiecki pisarz Lothar-Gunther Buchheim, korzystając z własnych doświadczeń w tym zakresie.
Przez 650 stron czytelnik towarzyszy marynarzom niemieckim w ich podwodnych wojażach i cierpi razem z nimi. Tu nie chodzi tak naprawdę o to, czyjej stronie towarzyszymy i kibicujemy, Buchheim zaciera różnice narodowościowe, tu się liczy po prostu człowiek, jednostka w obliczu ekstremalnych wyzwań totalnej wojny na morzu. Symboliczna jest w tym zakresie scena, gdzie narrator i oficerowie obserwują z mostka tonących ludzi z okrętu, który wcześniej storpedowali. Wyobraźnia z jednej strony burzy się, że rozbitkowie nie zostali zabrani przez swoich, z drugiej podpowiada, że podobny los czeka i ich załogę, ślepy los nie wybiera względem narodowości. 
Buchheim napisał "Okręt" dosyć realistycznie, wręcz naturalistycznie. Jeżeli na kartach powieści pojawiają się nuda i monotonia morskiej włóczęgi (z uwagi na brak kontaktu z jakimkolwiek statkiem, czy konwojem wroga, które można by zatopić), to nie ma zmiłuj, czytelnik dosłownie morduje się z marynarzami, każda strona powieści to dla czytelnika dosłownie włóczęga, a tych stron jest ponad 130 z rzędu. Jeżeli dochodzi w końcu do kontaktu z przeciwnikiem, któremu towarzyszy przerażający strach przed zrzucanymi bombami głębinowymi, to jest fenomenalny fragment dynamicznej akcji ucieczki przed niszczycielem, gdzie jedynym marynarzem biorącym udział w potyczce jest dowódca okrętu, a reszta jest jak sardynki w puszce. Z kolei, gdy nadchodzi sztorm i przez kilka tygodni ocean funduje załodze darmową karuzelę w połączeniu ze słonowodną torturą, to czytelnik moknie i gnije pospołu z bohaterami. Zacytuję tutaj kilka fragmentów dobitnie obrazujących plastyczność wizji Buchheima:
"(...)A teraz uderza (fala - dopisek mój) z siłą piorunu z burty w dziobową część okrętu. Pod tym ciosem okręt zapada się głęboko. Schylić głowę! Wrzący potop przewala się po pomoście. Pomost tonie. Nie mamy już okrętu pod stopami. Ale teraz ta sama fala podnosi okręt do góry. Dziób całkowicie wydobywa się z wody i przez chwilę wisi w próżni, aż morze pozwoli opaść okrętowi. Przez szpigaty i tylną część pomostu wylewa się woda. Spienione potoki szarpią nas na nogi. W wyobraźni widzę olbrzymie pięści, które potrząsają naszym okrętem, puszczają go, chwytają gwałtownie, w wariackim rytmie trzęsą nim jak olbrzymią perkusją, potem ciskają daleko, znowu łapią - i tak bez przerwy (...) Niedziela. Najbardziej niszczy nasze siły brak snu. Prawdziwy spokój panuje tylko wtedy, kiedy nie ma widzialności i nasz dowódca każe zejść pod powierzchnię. Kiedy okręt jest już wyważony, prawie nie słychać głośniejszych rozmów. Każdy próbuje przespać się podczas godziny czy dwóch pobytu pod wodą. Cisza w zanurzeniu jest za każdym razem niesamowita. Kiedy wszyscy zmożeni do cna leżą na kojach albo na deskach podłogi, wydaje się, że załogi opuściła okręt. Poniedziałek. Mam jeszcze tyle siły woli, by zanotować w zeszycie: <<Nakrywanie do stołu niemożliwe. Wszystko bez sensu. Tuż przed drugą zanurzenie. Wspaniałe: pozostajemy pod wodą. Coraz więcej zapaleń. Wrzody najgorszego rodzaju. Świerzb. Maść ichtiolowa na wszystko>> (...) Piątek (...) Wpatrujemy się w tę potworną górę, która z niesamowitą swobodą zbliża się do nas, ciężka jak ołów, druzgocząca swoją niesamowitą masą. Nagle wiatr przestaje wiać. Morze wokół okrętu drga bezwładnie. Rozumiem natychmiast: ta prafala jak gigantyczna barykada odcięła nas od sztormu. Znajdujemy się na jej zawietrznej (...) czuję, jak coś podnosi okręt od tyłu, coraz wyżej i wyżej. Idzie w górę, przyklejony ukośnie do spękanego zbocza, tak wysoko, jak nigdy dotychczas. Nagle załamuje się grzebień fali. Ważąca wiele ton ciężka maczuga rąbie w kiosk, który dudni, a cały okręt drży gwałtownie, wir wody szaleńczo wali na pomost (...) Nasza rufa skierowana jest w niebo. Dziobowa część okrętu jest zanurzona głęboko w biało-zielonej kipieli. Widzę twarz drugiego oficera; otworzył szeroko usta, jakby chciał krzyczeć z całych sił. ale nie słychać żadnego dźwięku (...)
"Okręt" to arcydzieło literatury wojennej, nie wiem, czy można napisać lepszą powieść o wojnie podwodnej. 
Tutaj z kolei można obejrzeć film Wolfganga Petersena, który jest wersją okrojoną (wersja reżyserska ma podobno trwać 5 godzin). Kawał dobrego kina wojennego, ale powieść jest zdecydowanie lepsza: http://www.youtube.com/watch?v=qgPc3QtqTIw

poniedziałek, 3 lutego 2014

Książkoholik w czasie kryzysu czytelniczego

Kryzys, moi Drodzy, kryzys! W ciągu ostatniego miesiąca przeczytałem ino cztery powieści. I nawet fakt, że nie wciągnęły one zbytnio, a nawet stanowiły źródło niewysłowionych mąk poznawczych, nie zmienia konstatacji z tego wynikającej - dopadł mnie niezłośliwy książkowstręt. Nie odstawiłem czytania, co to to nie, zwyczajnie nie mam ostatnio ochoty czytać. Od biedy osiągnę kilkadziesiąt stron dziennie i koniec, nie mogę się skupić, zaczynam marnować czas na jakiś tenis, sen, czy już totalny bezsens, czyli pracę. Nie wspominając oczywiście o prowadzeniu bloga, cała aktywność w styczniu ograniczyła się do tej pory do zmiany logo z pretensjonalnej sentencji łacińskiej na suchar nastolatka i jakichś statystyk. 
W beznadziejnych próbach styczniowego czytania i pisania czuję się jak robot Marvin z "Autostopem przez galaktykę", dlatego proszę się nie dziwić, jeśli poniższe wypociny nie będą miały choćby odrobiny sensu.


"World war Z" Max Brooks (ocena 5/10)
Średnio to panu Brooksowi wyszło. Pomysł wyjścia zacny, niestety zawaliła jego realizacja. No może nie zawaliła, ale całościowo wyszło nudno i mało emocjonalnie. Książka (ciężko to nazwać pełnoprawną powieścią) zachwyca jedynie w pojedynczych segmentach, w których u Brooksa ujawnia się talent dramatyczny (np. sekwencja ucieczki pilotki, którą katastrofa samolotu umieszcza w samym sercu kraju zombie). 
Kiczowate obrazki, amerykocentryzm, brak głównego bohatera, poza narratorem "zza kadru" oraz bądź co bądź wyeksploatowana tematyka, do której autor nie dodaje wiele więcej. Ameryka to, Ameryka tamto, aż do wyrzygania. Pomimo świeżości konceptu fabuła pozostaje jednak dosyć typową historią epidemii zombie - pojawia się więc standardowa geneza epidemii, potem głupota i krótkowzroczność ludzi przyczyniająca się do zwiększenia pandemii, potem eskalacja, a potem standardowe oczyszczenie. Generalnie całość mocno nuży. Mało tu subtelności, wyważenia, czy też oryginalniejszych pomysłów. Prosty, momentami prostacki język (co razi zwłaszcza z ust takich osób jak szef administracji Białego Domu, czy multimilioner, którzy z racji swojej pozycji, wykształcenia powinni umieć formułować zdania pozbawione kolokwializmów i skundlonych emocji), banalne chwyty (jak panika, to musi być Wielka Panika), wszystko to sprawia, że jednak byłem rozczarowany książką Maxa Brooksa. 


"Spryciarz z londynu" - Terry Pratchett (ocena 5/10)

Terry Pratchett im starszy, tym bardziej prezentuje infantylny dydaktyzm i łopatologiczne przesłanie, w dodatku nie za dużo tu pratchettyzmów. Taka była "Nacja", taki jest i "Spryciarz..." Powieść czyta się szybko i sprawnie, niemniej powieść zupełnie nie wciąga, być może z tego powodu, że już po około 100 stronach wiadomo, że Dodgerowi wszystko wychodzi i będzie wychodzić (np. jeżeli na 300-stronie Dodger wymyśla plan uratowania swojej księżniczki, co jednocześnie jest przewidziane jako kulminacja powieści, to już wtedy czytelnik przewiduje, że plan wypali z dużą pomocą deus ex machina). Zero nieprzewidywalności, napięcia, czegokolwiek, taka bajka o męskim kopciuszku, który ratując swoją księżniczkę z rąk siepaczy trafia z kanałów do świata bogatych. Przy takim nagromadzeniu wątków "wystarczy pomyśleć, a na pewno się uda" lewackie przesłanie powieści jawi się jako sztubacki żart.
No właśnie, niby są tu niefajne motywy typu katowanie kobiet, burdele, czy płatni mordercy całość ukształtowana jest w wyjątkowo niefrasobliwej i lekkiej tonacji (co widać też po okładce, uśmiechnięty łobuz wyposażony w gotowe do użycia narzędzie golarza). Nie jest to bynajmniej powieść dla dzieci, ale dorośli tez za wiele tutaj dla siebie nie znajdą. 
Na zdecydowany plus jakość polskiego wydania - palce lizać, estetyczny majstersztyk, świetny papier. 

"Trojka" - Stepan Chapman (ocena 2/10)
Wielkie, ogromne rozczarowanie. Forma wyznaczająca treść, do tego się ten surrealistyczny rzyg sprowadza. Najgorsza pozycja z UW jak do tej pory, powinna raczej się znaleźć w serii Męki Wyobraźni. Ponad miesiąc mordęgi z 240-stronami powieści, która niestety okazała się od początku do końca zamierzonym przerostem formy nad treścią. W sumie to nie wiem, co właśnie skończyłem czytać. Momentami "Trojka" jest takim bełkotem, że oczy bezwładnie przesuwają się po słowach, bez refleksji nad sensem treści, bez związku z czymkolwiek. Ot czytam słowa, pozlepiane w zdania, które w osobnych rozdziałach mają może jeszcze sens (ale nie zawsze), ale całościowo to ni przypiął, ni przyłatał.
Zakończenie oczywiście coś tam wyjaśnia, ale nie tego że powieść jest o jakieś 150 stron za długa, przy zaledwie 240 stronach całkowitej objętości.
Całość składa się z jakby snów, Chapman tworzy ocean fantasmagorycznych wizji wszelakich, częstując czytelnika czym się da - światem ludzi-ryb, apokalipsą wojny plazmowej, wędrówką maszyny, człowieka i dinozaura przez bezimienną pustynię, inwazją pożeraczki ciał, umierającą pozytywką, której "wnętrze jest większe od zewnętrza", czy też robotem eksterminującym robale, a przy okazji i całe otoczenie włącznie z gospodynią. Nic się tutaj kupy nie trzyma, treść jest podporządkowana formie, zakończenie niczego nie wyjaśnia (no bo też nie miało wyjaśniać, tutaj od początku do końca musiał być eksperyment literacki, bo inaczej by nie wyszedł). Nie lubię takich książek, nie lubię, kiedy treść jest podporządkowywana formie, kiedy to forma decyduje o istocie rzeczy. Dlatego właśnie ta powieść powinna być li tylko opowiadaniem, a nie 240-stronicową męczydupą. Nie mam nic przeciwko klimatom surrealistycznym, niemniej nie mogą być one celem samym w sobie, dla mnie literatura (o czym pisałem kiedyś na forum BN w temacie dotyczącym trylogii husyckiej Sapkowskiego) to podążanie od punktu A do B, początek-rozwinięcie-zakończenie, niekoniecznie w klasycznej kolejności, ale zawsze muszą się te elementy pojawić, musi być bohater, który rusza z pewnego punktu swojej historii, przeżywa jakieś zdarzenia zmierzając cały czas ku celowi, aż w końcu do tego celu dociera. The end.
"Trojka" Stepana Chapmana to pseudointelektualny bełkot, 240-stron o niczym. To by się sprawdziło, gdyby każda z historii była wskazana jako odrębne opowiadanie, odrębne historie, połączone klamrą pewnych osób, czy po prostu wspólnym światem, pewnego rodzaju szkatułkowa historia. Tutaj jest miszmasz wszystkiego, który z niewiadomych przyczyn zdaje się być sensowny dla pewnych recenzentów. Jak na mój gust to jest próba dopowiedzenia sobie czegoś, czego nie ma, by nie poczuć się oszukanym męczarnią "Trojki", bo to że męczy, to każdy musi przyznać.


"DEUS Machine" - Pierre Ouellette (ocena 6/10)
Powieść całkowicie i niesłusznie zapomniana, dla mnie jednak była zawsze jak dobre wspomnienie czasów, gdy łykałem wszystko, co się dało, nie miałem wyrobionego gustu, a takie książki jak ta zapadały mi szczególnie w pamięć. Postanowiłem zrobić rzecz karkołomną i zasadniczo karygodną, czyli zaryzykować zepsucie sobie wspomnieniowych wrażeń i zapodać ponownie ten technothriller. No i niestety trochę zepsułem, a nawet było tak, że jakbym czytał "DEUS Machine" po raz pierwszy.
Przede wszystkim zwraca uwagę fakt, że przez 300 początkowych stron "DEUS Machine" jest przeraźliwie nudna. Początek jest bardzo męczący, pisany w czasie teraźniejszym, do tego autor miota się w kilku fabularnie wątkach i po 200 stronach nie wiadomo, ku czemu ten chaos ma zmierzać. Dopiero grubo po połowie zaczyna się zazębiać główny wątek fabularny, a w zasadzie tworzyć. Końcówka już jest klasycznie napisana, trzyma w napięciu itd., niemniej całość jest fatalnie wyważona i zwyczajnie można się od tej książki odbić. Nie mam pojęcia jak dałem rady to przeczytać, kiedy miałem te 14 lat. Do tego wątek głównego badassa-pederasty jest tyle niefortunny, co niesmaczny i zbędny.
Deus Machine to technothriller, chociaż może być też równie dobrze sprzedawana jako s-f, dużo tutaj futurystyki komputerowej, politycznej i biotechnologicznej, szkoda tylko że szczególnie ta pierwsza jest już zapewne istotnie zdezaktualizowana. Ogólnie to chciałbym żeby na temat tej książki wypowiedziała się jakiś specjalista-biotechnolog. 
W każdym razie Pierre Oullette (konia z rzędem jak czyta się to nazwisko) stworzył świetne koncepcyjnie dzieło, które niestety zawalił pod względem konstrukcji powieści i równowagi akcentów, 300-stronicowy wstęp do zasadniczej fabuły uważam za grubą przesadę. Powinienem dać maksymalnie 4/10, ale z sentymentu dwa oczka więcej.

wtorek, 7 stycznia 2014

Czytelnicze podsumowanie roku 2013

Pobawię się w obiecane podsumowanie czytelnicze 2013 roku. Nie będę rozwodził się o zaletach i wadach (w tym zakresie odsyłam do poszczególnych recenzji, o każdej przeczytanej książce coś szrajbnąłem), a zwyczajnie podam kilka statystyk i wyszczególnię hity i kity minionego roku.

W celach statystycznych posłużę się katalogiem biblionetkowym, który jest czytelniejszy niż ten na LC (i to jest w zasadzie jedyna zaleta BN) oraz tamtejszą skalą ocen:
  • 114 książek przeczytałem (od 2009r., kiedy prowadzę statystyki na BN jest to rekord, chociaż tylko o 4 pozycje więcej niż w 2012r.), w tym wystawiłem:
  • 3 oceny celujące,
  • 18 ocen bardzo dobrych i bardzo dobrych z plusem,
  • 28 ocen od 4 do 4,5,
  • 28 ocen od 3 do 3,5,
  • 25 tyle było ocen od 2 do 2,5,
  • 12 a tyle pał i pał z plusem.

Więcej więc było książek słabych. Albo kiepsko wybieram sobie książki do przeczytania albo z wiekiem mam coraz surowsze wymagania albo też zwyczajnie jestem hejterem :D. A może po prostu jest to prawda statystyczna, do której można dorobić każdą inną prawdę? Dlatego lepszym rozwiązaniem będzie, jeżeli wymienię teraz książki, które gorąco polecam i takie, do których bez kija i szmaty nie radzę podchodzić:
  1. hity - Dan Simmons "Wydrążony człowiek", Robert McCammon "Chłopięce lata", Valente "Opowieści sieroty", Bacigalupi "Nakręcana dziewczyna", P.K.Dick "Przez ciemne zwierciadło", Preston&Child "Nadciągająca burza", "Granica lodu", Hal Duncan "Księga wszystkich godzin" (największy mindfuck w historii literatury, do dzisiaj mam wrażenie, że ogarnąłem może z 20% zamysłu autora, reszta nadal czeka na rozszyfrowanie), Z.Kosidowski "Gdy słońce było bogiem" (klasyk romantycznej archeologii), Mieville "Lonniedyn", Martin "Tuf wędrowiec", David Lewis - żeglarstwo rodzinne, J.M.Tabor "Po omacku" (ale to głównie dla idei, a nie rzeczywistej wartości literackiej), Jack Womack "Chaotyczne akty...", no i oczywiście trylogia Ambergris J.Vandermeera,
  2. kity - Dennis Lehane "Pułapka zza grobu" "Wypijmy, nim zacznie się wojna" "Ciemności, weź mnie za rękę" (król zjełczałego buraka, nie ma pisarza, któremu dałem w ostatnich latach więcej pał, a już żadnego z trzema butami w jednym roku), Marcin Mortka "Miasteczko Nonstead" (zieew) , Rafał Ziemkiewicz "Śpiąca królewna. Pieprzony los kataryniarza" (to dopiero był pieprzony dramat), G.G. Marquez "Rzecz o mych smutnych dziwkach", Mike Resnick - cykl Starship (najzwyczajniejsze dno), K.Piskorski "Zadra" (chyba największe rozczarowanie), Ketchum "Potomostwo" (blee), Sjowall&Wahloo "Ludzie przemocy" (bełkot rewolucjonisty), R.Kosik "Mars" (niedopieczona kaszanka), Cherezińska "Gra w kości" (czosnek w czekoladzie) no i Sandor Marai "Niebo i ziemia" (zakalec).

Reszta książek nie wyrasta ponad ogólnie przyjętą przeciętność, raz jest lepiej, a raz gorzej, ani nie zachęcam specjalnie, ani tez nie będę odradzał, zdanie można sobie wyrobić m.in. czytając moje wspaniałe recenzje. Mam jednak nadzieję, że w tym 2014r. nie tylko zdam Bardzo Ważny Egzamin, ale także spotka mnie więcej orgazmów czytelniczych (innych orgazmów zresztą też). 

wtorek, 31 grudnia 2013

Poświąteczne podsumowanie grudnia 2013r. część 2


4. Jeff Vandermeer - trylogia o Ambergris
Monumentalne dzieło Vandermeera to new-weird jak ta lala, fantastyka najwyższego sortu. Absolutne objawienie tego miesiąca, unikatowa, wspaniała epopeja odmiennych stylów literackich i ultra interesującego świata przedstawionego. Jeden z najbardziej niezwykłych projektów, z jakimi dane mi było do tej pory się zetknąć. Na ok. 1500 stronach trzech powieści Jeff Vandermeer tworzy fantasmagoryczno-realistyczną wizję miasta, które stopniowo poddawane jest wewnętrznej inwazji, powierzchownie toczone jest rakiem anarchii i szaleństwa, patrząc dogłębnie jest to jednak efekt klasycznego najazdu obcych. Ale czy aby na pewno? Rzeczywistość przenika się z iluzją, wszechobecne spory i grzyby sprawiają wrażenie, że Ambergris to miraż zbiorowej halucynacji pacjentów psychiatryka. Oszałamiająca rozmachem, przesycona zgnilizną i dekadencją wizja miasta upadku i anarchii, gdzie to, co spaja jest zbudowane z wilgoci i miękkiej materii. Trylogia o Ambergris jest wyzwaniem dla czytelnika, ale na tyle przystępnym i zwyczajnie ciekawym, że wystarczy samozaparcie, by przebrnąć przez całość do ostatecznego poznania istoty szarych kapeluszy. Bo to właśnie szare kapelusze są elementem który dosłownie i w przenośni spaja miasto i trylogię o Ambergris w jedną całość.
zbiór symboli-kluczy stanowiących jedną z podstawowych zagadek Ambergris
  • "Miasto szaleńców i świętych" (ocena 9/10) należy traktować jako powieść mozaikową. Kilkanaście róznych historii, od klasycznego opowiadania poprzez fikcyjny przewodnik, monografię o kałamarnicach, a skończywszy odręcznych notatkach lekarza-psychiatry z ambergrisowego szpitala. Kluczowe elementy spajające wszystkie historie w jedną całość są czasami podane nawet gdzieś w didaskaliach fikcyjnej 50-stronicowej bibliografii do monografii na temat kałamarnicy królewskiej! Niesamowite przeżycie. "Miasto szaleńców i świętych" stanowi właściwą prezentację Ambergris, poznajemy jego przedstawicieli, artystów, misjonarzy, historyków, po zwykłych ludzi. Każdy z bohaterów toczy prywatną walkę z rzeczywistością. "Miasto szaleńców i świętych" to także popis erudycji pisarskiej Vandermeera, autor z niezmierną łatwością tworzy monografię przesyconą barokowym stylem i obłędem fikcyjnego kałamarologa, esej historyczny autorstwa Duncana Shrieka, czy też klasyczne w formie opowiadanie. Pojawiają się tutaj epizodycznie Janice Shriek, Mary Gabon i Duncan Shriek.
  • "Shriek: Posłowie" (ocena 8/10) - kanwą opowieści są przenikające się losy Janice Shriek, jej brata Duncana Shrieka oraz jego protegowanej Mary Gabon, opowiedziane mocno subiektywnie przez tą pierwszą, skomentowane w didaskaliach przez tego drugiego, w zamierzeniu posłowie do "Hoegbottońskiego przewodnika po wczesnej historii miasta Ambergris" autorstwa właśnie Duncana Shrieka, w rzeczywistości pamiętnik rodzinny, stanowiący także istotne i właściwe wprowadzenie do genezy szarych kapeluszy, dopowiedzianej potem w "Finchu". Forma pamiętnika oraz subiektywizm Janice Shriek sprawiają, że "Shriek: Posłowie" czyta się dosyć ciężko momentami, niemniej to tutaj znajduje się najlepszy wątek całej trylogii, a więc opis wydarzeń podczas jednego z Festiwali Słodkowodnej Kałamarnicy. To, co się dzieje na tych kilkunastu stronach dosłownie wgniata w fotel i powoduje opad szczęki. Najsłabszy jest motyw romansu Shrieka z Mary Gabon, trochę za dużo tutaj maślanki i różowych okularów. Oprócz tego oczywiście także tutaj Vandermeer nie bawi się w ciuciubabkę i nie ułatwia czytelnikowi życia z ogromną łatwością tworząc "Shrieka" Posłowie" jako pełnokrwisty pamiętnik pod względem stylu i konceptu. 

  • "Finch" (ocena 9,5/10) - najbardziej klasyczna w stylu i formie część trylogii o Ambergris, utrzymana w tonacji bardzo mrocznego kryminału noir, stanowiąca doskonałe podsumowanie doskonałej trylogii o mieście Ambergris. Akcja jest linearna i toczy się około stu lat po wydarzeniach opisanych w "Shriek: Posłowie" i Ambergris jest już miejscem opanowanym przez nieludzką dyktaturę szarych kapeluszy. John Finch jak każdy w Ambergris ma swoje tajemnice, niemniej Vandermeer funduje mu taka katorgę ze strony niemalże wszystkich, że nie przypominam sobie, by był bohater bardziej zmasakrowany w historii literatury. Wysoce kosztowne jest poznanie prawdziwej historii szarych kapeluszy, czytelnik cierpi wraz z Finchem dochodząc prawdy. Część tej prawdy wypłynęła już w "Shrieku: Posłowie", ale dopiero tutaj elementy układanki składają się w miarę spójną całość (czytelnik wie tyle, ile Finch) i pozwalają na uzyskanie odpowiedzi na pytania nawarstwiające się od pierwszych stron "Miasta szaleńców i świętych". A jeżeli kryminał noir to nie ma tez problemu, by Vandermeer swój styl dostosował do konwencji, a więc zdania są krótkie urywane, dialogi doprawione szczyptą czarnego humoru i wszechobecnego fatalizmu. Majstersztyk. 
Podsumowując krótko, epickie dzieło Vandermeera jest kwint i esencją literatury, właśnie dla takich rzeczy kocham literaturę! Są oczywiście pewne niedociągnięcia, stąd brak maksymalnej oceny, niemniej są to pierdoły niepozbawiające powieści Vandermeera zasadniczych walorów literackich. 


5. James Herbert - "Jonasz" (ocena 4/10)
"Jonasz" to kolejna w ostatnim czasie przypominajka ze szczeniackich czasów, kiedy zaczytywałem się Koontzem, Mastertonem, Herbertem i innymi autorami zapewniającymi dreszczyk strachu. Jeszcze bardziej niz w przypadku "Włóczni" "Jonasz" nie jest horrorem. "Jonasz" to napisany na zamówienie, dla kasy, dosyć drętwy i nudny kryminał z mystery w tle. Sprzedawanie tego jako horror świadczyć może tylko o buractwie wydawcy. Powiastka napisana całkiem poprawnie, ale co z tego, skoro historia Kelso i jego mrocznego cienia zupełnie mnie nie zainteresowała, a końcowy niby-twist należy traktować jako desperacki krok Herberta w celu ratowania mistyki swojej książki. 

6. Agatha Christie - "Tajemniczy przeciwnik" (ocena 5/10)
Powieść jest taka jak tytuł - bardziej chce, niż może.Utrzymana w lekkim, wręcz sztubackim tonie historyjka o parze młodych weteranów I wojny światowej, którzy wobec kryzysu na rynku pracy postanawiają założyć coś na kształt awanturniczej agencji detektywistycznej. I oczywiście dosłownie z miejsca dostają zlecenie, które zmienia ich życie o sto osiemdziesiąt stopni. Dużo tutaj zbiegów okoliczności, mało typowego śledztwa charakterystycznego dla opowieści o Herkulesie Poirot, jednak Poirot co klasa, to klasa. Końcowy twist wydumany i ewidentnie nastawiony na wywołanie maksymalnego zaskoczenia, a przy tym jakiś taki niezbyt prawdopodobny. Na plus w sumie tylko to, że się dobrze czytało.

To na tyle z podsumowania książek przeczytanych w grudniu. Być może w kolejnym wpisie pokuszę się o czytelnicze podsumowanie roku 2013, ale nie obiecuję, bo to różnie ze mną bywa niestety, entuzjazm w moim przypadku wyparowuje równie szybko, co się pojawia.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Poświąteczne podsumowanie grudnia 2013r. część 1

No dobra, dosyć lipy i obijania się, trzeba coś napisać, bo za chwilę blog przejdzie do annałów Internetu jako kolejny projekt, który się autorowi znienacka znudził. Za oknem w końcu wyjrzało słoneczko, od razu chce się żyć i robić coś sensowniejszego, aniżeli beznamiętne klikanie po serwisach informacyjnych. Zapewne za dużo ostatnio czasu i energii włożyłem we wpis o speleologii i grotołazach, stąd poniżej postaram się zwięźle podsumować ostatnie podboje czytelnicze, a trochę tego będzie, bo aż dziesięć książek. 


1. Orson Scott Card - "Mówca umarłych" (ocena 4/10), "Ksenocyd" (ocena 3/10), "Dzieci umysłu" (ocena 4/10) [trylogia Lusitanii]
Czasami czytanie jest drogą przez mękę. Cierpienie nie sprawia, że chce się porzucić lekturę, ale jest konsekwencją cudów wyczynianych przez autora z fabułą i konstrukcją powieści. Przyznam szczerze, zadziwia mnie popularność Orsona Scott Carda, jego powieści są przegadane, przekombinowane na tysiąc różnych sposobów, wszyscy się tu ze wszystkimi kłócą, przy czym konflikty te, pomimo nasycenia emocjonalnego, są prowadzone za pośrednictwem zdań wielokrotnie złożonych i ZAWSZE zawierają racjonalne i wyważone argumenty pchające fabułę do przodu. Emocje i racjonalność? Coś tu zgrzyta. Jest to zresztą jedyny czynnik, który pozwala autorowi powiązać wątki, poza oczywiście wtrętami deus ex machina. Akcji jest jak na lekarstwo, jednym słowem flaki z olejem. Tak było z cyklem "Powrót do domu", który zjechałem na jesieni ubiegłego roku, tak jest i z umownie określoną przeze mnie trylogią Lusitanii, na którą składają się wydane w przeciągu dekady "Mówca umarłych", "Ksenocyd" oraz "Dzieci umysłu". Z racji tego, że powieści te stanowią klasyczną trylogię (np. pomiędzy końcem "Ksenocydu", a początkiem "Dzieci umysłu" jest może z kilka minut różnicy czasu akcji), omawiam je łącznie. 
Trylogia Lusitanii jest opowieścią, której kręgosłupem jest dorosłe życie Endera Wiggina. Ender jest mówcą umarłych na planecie Trondheim, jego siostra wyszła za miejscowego wikinga i spodziewa się dziecka, tymczasem na odległej o 22 lata świetlne planecie Lusitania pojawia się problem z asymilacją katolickiej kolonii ludzkiej z miejscową inteligentną formą życia nazwaną wybitnie kretyńsko "prosiaczkami" (za każdym razem miałem przed oczyma prosiaczka z Kubusia Puchatka). Ender zostawia więc siostrę i w towarzystwie swojej nadduszy (sic, oczywiście Jane, takie drobne przejęzyczenie) leci na Lusitanię, by tam związać swe doczesne losy z losami planety, miejscową wybitnie dysfunkcyjną rodzinką oraz przywrócić do życia rasę robali (kolejna wybitna nazwa). W ten sposób zawiązuje się fabuła na trzy powieści. 
Miałem nadzieję, że cykl "Powrót do domu" jest taką jedyną słabostką, w której Card folguje swoim mormońskim zapatrywaniom na rzeczywistość. Niestety także w powieściach trylogii Lusitanii, z założenia stanowiących jego sztandarowe dzieła, Card opiera konstrukcję świata przedstawionego na ideologii stworzonej przez Josepha Smitha Jr. "Gra Endera", jako pełną gębą przygodówka z pewnym nienachalnym morałem w tle, to był jednak wypadek przy pracy. Z klimatu i tempa "Gry..." w trylogii Lusitanii już nic nie pozostało, Card stawia tutaj na gadanie, mnóstwo drętwej filozofii i swoje ulubione konflikty wewnątrz licznej rodziny, które tak dobitnie zmasakrowały "Powrót do domu". Ma to niestety wpływ na konkretną konstrukcję świata przedstawionego, będącą momentami zlepkiem dyrdymałów i karkołomnych kombinacyj wszelakich. Aby nie być gołosłownym podaję kilka tego przykładów: 
  • katolicka kolonia Lusitanii niebezpiecznie przypomina w swych założeniach zamkniętą enklawę mormońską z początków Kościoła Jezusa Chrystusa w Dniach Ostatnich,
  • znowu pojawia się Naddusza (aaa!!!) tylko tym razem pod postacią Jane, awatara systemu ansibli; ta naddusza ze świata Endera ma jeszcze większą moc sprawczą, niż jej alter ego z "Powrotu do domu",
  • nachalnie promowana w trylogii obrzydliwa zasada "przez cierpienie do szczęścia",
  • całe dialogi w języku portugalskim, którym się Card popisuje do wyrzygania, strasznie to przeszkadza w czytaniu,
  • nudy, nudy, nudy, nic się zasadniczo nie dzieje, same dialogi mistyczno-masochistyczne na poziomie tysięcznego sezonu "Mody na sukces",
  • prosiaczki, poczynając od nazwy, a skończywszy na ich kreacji jako gatunku rozumnego, to jedno z większych rozczarowań,
  • motywacje Endera i większości bohaterów,
  • monstrualne błędy logiczne - we wszechświecie, w którym światy oddalone są od siebie o 22 lata świetlne i oczywistym jest, że osoba podróżująca z prędkością światła z jednego punktu do drugiego zestarzeje się tylko parę dni w porównaniu z mieszkańcami planety, na której ląduje, absolutnie nikomu na Lusitanii, nawet największemu geniuszowi fizyki tej planety, nie przyjdzie do głowy, że Ender to Ender i że może relatywnie żyć od trzech tysięcy lat (pomijając już taki podstawowy niuans, że według jakiego kryterium należy liczyć upływ tych trzech tysięcy lat, w końcu relatywizacja nie dotyczy samego czasu, ale przede wszystkim sposobu jego obliczania),
  • przykładem na deus ex machina jest scena, gdzie Ender po raz pierwszy odłącza się od Jane (wspomniana wyżej naddusza Endera). Jane sie w tym gubi, ma tam jakieś dylematy itd. ale koniec końców wraca do Endera i może się do niego odezwać, ale tego nie robi. Wtf? Ok, dalej mamy motyw, że Jane znajduje kluczową dla fabuły odpowiedź, która już od pierwszych stron stanowi clou do rozwiązania wszystkich problemów ... ale z jakiegoś powodu nie mówi o tym Enderowi, który w dalszej kolejności popada z tego powodu w nieliche tarapaty. Dlaczego Jane, dlaczego się do niego odezwałaś? Orson mi kazał! Ok, luzik, nie mam więcej pytań.
Oczywiście, nie jest aż tak źle, jakby to wynikało z mojego biadolenia, niemniej powyższe elementy odbierają całkowicie przyjemność z lektury, czytanie staje się męczarnią, a jedynym elementem odżegnującym od rzucenia książką o ścianę jest zwyczajna ciekawość, jak to się skończy. Po takim doświadczeniu trochę wody w Warcie upłynie, zanim ponownie sięgnę do twórczości Carda.


2. Jack Womack "Chaotyczne akty bezsensownej przemocy" (ocena 9/10)
Kapitalny tytuł bardzo dobrej powieści. Obraz upadku moralnego i degrengolady osobowości 12-letniej Loli Hart, obserwowany przez czytelnika z punktu widzenia prowadzonego przez nią pamiętnika. Nie ma chyba bardziej karkołomnego pomysłu, aby dorosły facet-pisarz opowiadał historię oczyma młodej siksy wchodzącej w okres dojrzewania. Tymczasem Womack przekonał mnie do swojej wizji, tym bardziej, że jest to wizja spójna z tym, co można samemu zaobserwować na co dzień.
"Chaotyczne akty bezsensownej przemocy" to przede wszystkim wstrząsająca wycieczka po skutkach bezrozumnego, okrutnego w swej obojętności odrzucenia ze strony bliskich i przyjaciół, samotności i bezduszności świata. Najstraszniejsze jest to, że nie są to działania świadome, celowe, wynikają głównie z bezmyślności, egoizmu, konformizmu (jak szkolny ostracyzm ze strony koleżanki, która liczy się ze zdaniem większości, chociaż wie, że Lola jest niewinna). Prezentacja upadku niewinnej, młodej, dobrze wychowanej, rozsądnej i wrażliwej, a jednocześnie całkiem przeciętnej dziewczyny. Fragmenty, gdy nawiedzona ciotka z Los Angeles w sposób egocentryczny i całkowicie pozbawiony choćby grama empatii znęca się nad matką Loli, a potem i samą Lolą, ryją beret swoją pozorną banalnością. No bo w końcu kto nie miał w życiu takiej sytuacji, gdy ktoś nas niesprawiedliwie ocenia ze swojego punktu widzenia.
"Chaotyczne akty..." to nie jest w zasadzie fantastyka, wbrew niesprawiedliwie przyszytej łatce, sprawdza się doskonale jako tzw literatura głównego nurtu.  Akcja toczy się w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale nie jest to czynnik, który ma jakiekolwiek znaczenie dla fabuły. Oprócz tego rzeczywistość powieściowego Nowego Jorku przypomina tę z lat 90-tych (nie ma wszechobecnych aktualnie komórek, smartfonów i innych bajeranckich szitów). Womack po prostu opisuje teraźniejszość w swej dołującej formie, rzeczywistość, która w każdej chwili może się zdarzyć.

3. Boyd Morrison - "Arka" (ocena 4/10)
Mocno przeciętna kalka z Indiany Jonesa, Jamesa Bonda i "Commando" ze Schwarzennegerem. Czasami warto dla zdrowia zapodać sobie taki typowy odmóżdżacz, "Arka" Boyda Morrisona spełnia założenie czytadła skrojonego jakby z podręcznikowego konspektu słuchaczy wieczorowej szkoły nauki pisania. Stereotypowi bohaterowie (ona-archeolog, on-inżynier, były wojskowy, oboje po przejściach, lgną do siebie z konsekwencją godną lepszej sprawy), tajna i fanatyczna organizacja pragnąca zniszczyć świat (pomijając już taki szczegół, że po raz kolejny pojęcie "zniszczyć świat" jest synonimem zagłady ludzkości, a nie planety Ziemia, to ten cały evil Sebastian Ulric i jego organizacja Kościół Świętych Wód są tak ultra straszni, jak sama nazwa na to wskazuje, kupa śmiechu generalnie), morze mniej lub bardziej niedorzecznej akcji, która pojawia się wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe oraz biblijny artefakt (tutaj zaliczyłem niezłą jazdę, bo dopiero po ok.100 stronach dotarło do mnie że oni szukają Arki Noego, a nie Arki Przymierza). Ten ostatni element pokazuje jak bardzo byłem skupiony na lekturze. 420 stron czytania i jednocześnie myślenia o innych sprawach. Bezbolesna i już zapomniana lektura. Na największy plus zdecydowanie pojawiający się w fabule klasztor Khor Virap u stóp góry Ararat w Armenii i wspomnienie legendy początków ormiańskiego chrześcijaństwa. 
loch Grzegorza Oświeciciela, klasztor Khor Virap