środa, 17 kwietnia 2013

Douglas Preston, Lincold Child - "Granica lodu"

Długo nie zwlekałem, aby ponownie zanurzyć się w świecie przygód i tajemnic wykreowanym przez duet Preston&Child. Panowie są bezpretensjonalni, mają świadomość, że nie tworzą literatury na miarę Jamesa Joyce'a, że ich dzieła są rzetelną produkcją klasy B, ale zupełnie im to nie przeszkadza, racząc mnie tym razem wyśmienitą dawką science fiction i desperackiego pościgu morskiego po wzburzonych wodach Ziemi Ognistej, ze skrajnie niebezpiecznym meteorytem na pokładzie. "Granicą lodu" osiągają jednak niebotyczne szczyty literatury rozrywkowej, tworząc dzieło gatunkowe najprzedniejszego sortu.

Tak, tak, nie przejęzyczyłem się. "Granica lodu" to rasowa fikcja naukowa, która wykorzystuje bogaty arsenał wiedzy technicznej i naukowej, by zaprezentować nam brawurową i trzymającą się kupy fabułę i akcję wydobycia międzygalaktycznego bolidu z wybitnie niedostępnej, fikcyjnej wyspy z archipelagu Horn. Lincoln&Child nie patyczkują się z niczym, w tym i ze swoimi bohaterami, logika jest u nich na pierwszym miejscu, a wszelkie fantastyczne ekstrapolacje są sztywno zakotwiczone w nauce i technice. 

Fascynująca jest przede wszystkim podana geneza i właściwości meteorytu, on sam zaś okazuje się być nowym, niezwykle ciężkim pierwiastkiem powstałym w wyniku wybuchu kolapsara (hipernowej), wyrzuconym nieprawdopodobną energią kinetyczną w kierunku Ziemi. Czysta, klasyczna s-f można by rzec, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej :). Z kolei fikcyjna wyspa Desolacion, na której ma się znajdować meteoryt, została przez autorów wymyślona i sprytnie umieszczona pomiędzy wyspami przylądka Horn. Jest to zauważalne dopiero jak się porówna szczegółowe mapy tego regionu dostępne w necie z mapką zamieszczoną na wstępie książki. Poza tym elementem miejsce akcji, czyli rejony Ziemi Ognistej, aż po samą granicę lodu antarktycznego, są jak najbardziej autentyczne i realistyczne, i wyglądają przeważnie jak na załączonym filmiku z opływania jachtem przylądka Horn.

Ale zakończeniem powieści panowie autorzy rozwalają system!!! (bawiąc się przy tym doskonale). Tak genialnego zakończenia, tak nieoczekiwanie fenomenalnego podsumowania całości historii ze świecą szukać we współczesnej literaturze rozrywkowej. "Granica lodu" jest absolutnie wyśmienitym czytadłem, ale jego finalny twist winduje całość na niebotyczny poziom osiągalny jedynie dla najlepszej literatury. Tę książkę trzeba przeczytać od początku do końca, po drodze delektując się fabuła, klimatem i świetną akcją w końcówce, aby ostatecznie zostać uraczonym najlepszym deserem świata. Perfekcyjny orgazm. 

Uff. Muszę trochę ochłonąć. Ok, jedziemy dalej. Jak to u duetu bywa w "Granicy lodu" jak zwykle można uzyskać mnogość ciekawostek za świata nauki i techniki. I tak np. z cyklu, czy wiesz że: 
-> tankowce są najmniejszymi z dotychczas skonstruowanych przez człowieka wehikułów, które przy swoim ruchu muszą uwzględniać efekt Coriolisa,  
-> rakiety Saturn V (używane w programie Apollo) były najcięższymi do tej pory (3 tysiące ton) przedmiotami transportowanymi przez człowieka, 
-> najdalej wysuniętym na południe miastem świata jest Puerto Williams na wyspie Navarino (a nie Punta Arenas, jak się powszechnie przyjmuje), 
->  wody pomiędzy przylądkiem Horn a Antarktydą (równoleżniki 51-60) są wiecznie wzburzone i osławione falami sięgającymi 60 metrów oraz cmentarnymi wiatrami (Wyjące Pięćdziesiątki*)
->  tytułowa granica lodu wynika z konwergencji antarktycznej, 
->  Yaghan, niemal wymarli Indianie (Cristina Calderon) są pierwotnymi mieszkańcami przylądka Horn, 
->  "wyspa stabilności" układu okresowego pierwiastków nie została jeszcze osiągnieta, ale Rosjanie intensywnie nad tym pracują itp.

Lincoln-Child lubią też puścić oko do czytelnika. W "Granicy lodu" pojawia się bowiem postać lekarza pokładowego Patricka Brambella, którego brat-bliźniak Simon został zamordowany w Nowym Jorku. Simon Brambell był lekarzem medycyny sądowej zamordowanym przez stwory z "Relikwiarza". 1-0 dla mnie za spostrzegawczość :) W ogóle postać doktora Patricka Brambella jest fajna, gość kocha książki, jest minimalistą jeśli idzie o pracę, nie cierpi za dużo towarzystwa ludzi, ale tylko dlatego że przeszkadzają mu w czytaniu.

Klimatyczna powieść, klimatyczna okładka, świetna i trzymająca w napięciu, logiczna i konsekwentna, ale przy tym w kilku miejscach przyjemnie zaskakująca fabuła, z perfekcyjnym twistem na samym końcu, do tego całkiem nieźle poprowadzeni bohaterowie z Glinnem i Vallenarem na czele), to wszystko sprawia, że po raz kolejny Lincoln & Child udowadniają, że razem są w stanie osiągnąć wyżyny literatury rozrywkowej, do tego bez ujmy dla inteligencji czytelnika. W mojej prywatnej klasyfikacji "Granica lodu" awansuje na pierwszy stopień podium z  "Reliktem", nieznacznie wyprzedzając "Nadciągającą burzę" i "Relikwiarz". Poniżej kilka linków do klimatu sztormowego z udziałem m.in. tankowca:
http://www.youtube.com/watch?v=856HPcGWGr4

Zaprawdę powiadam, że "Granica lodu" jest obowiązkowym przystankiem dla fanów literatury spod znaku techno-thriller i science-fiction.

* zachodzi tutaj pewna nieścisłość, bo w powieści używane jest określenie "Ryczące Sześćdziesiątki", co jest o tyle mylące, że pomiędzy 61, a 70 równoleżnikiem występują tzw. Bezludne Sześćdziesiątki
 
Ocena: 10/10 (absolutny top literatury rozrywkowej, powieść z gatunku "must read")

niedziela, 14 kwietnia 2013

Życie zaczyna się po dziewięćdziesiątce?

Po heroicznym boju z prozą Hala Duncana konieczne było gwałtowne zejście na ziemię i zapodanie sobie czegoś wyjątkowo lekkiego i krótkiego. Wybór padł na skromną nowelę Gabriela Garcii Marqueza o rzucającym się w oczy tytule "Rzecz o mych smutnych dziwkach".

Na wstępie totalnie z czapy dostajemy pretensjonalne biadolenie tłumacza Carlosa Marrodana Casasa, jaką to szkodą dla kultury w Polsce jest, że nie można było wydać książki Marqueza w dosłownym przekładzie "Rzecz o mych smutnych kurwach", powołując się przy tym na prawnicze ekspertyzy, mieszając kategorie przestępstwa i wykroczenia (art.141 kodeksu wykroczeń "Kto w miejscu publicznym umieszcza nieprzyzwoite ogłoszenie, napis lub rysunek albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1.500 złotych albo karze nagany" jak nazwa wskazuje penalizuje wykroczenie, a Marrodan marudzi o przestępstwach, instytucji kodeksu karnego), i dowodząc jaki to on jest biedny artysta, któremu grozi więzienie (za wykroczenie nie ma kary pozbawienia wolności, a skazanie na ograniczenie wolności nie polega na wtrącaniu niewinnych tłumaczy za kratki) za wydanie książki w oryginalnym tytule. Dalej pan translator to już totalnie popłynął powołując się na przykład uciemiężonej przez polski wymiar niesprawiedliwości Doroty Nieznalskiej (która swoją instalacją "Pasja" ewidentnie znieważyła uczucia religijne katolików, a przecież w końcu i tak została uniewinniona, i to w zasadzie w dwóch instancjach sądowych), by na końcu bredzić o jakichś polskich hunwejbinach (co stanowi nielichą obrazę, jak się poszuka w necie, kim byli hunwejbini). Ktoś powinien w wydawnictwie Muza S.A. utemperować pana tłumacza, bo czuję się ewidentnie (intelektualnie, i jako Polak) znieważony tym wstępnym bełkotem pana Marrodana, zwłaszcza że cała "afera" idzie tylko o użycie w tytule zamiast słowa "kurwa" jego nieco tylko łagodniejszego synonimu "dziwka". Słabo, panie Marrodan, słabo.

No cóż, a co do treści opowiadania Marqueza o tym tak "kontrowersyjnym" tytule (pomimo formy powieściowej "Rzecz o mych smutnych dziwkach" jest tylko nieco obszerniejszą nowelą) to jest ona taka sobie, ot smutna refleksja starszego pana nad swoim samotnym z wyboru życiem. Jest sobie 90-letni (sic!) dziadek, który do tej pory bardziej egzystował na pograniczu społeczeństwa niż żył pełna parą, w którym nagle zaczynają buzować hormony i postanawia się zakochać. Do tego celu koniecznie potrzebuje dziewicę. Najlepiej nieletnią, 14-letnią dziewczynę z biedoty, która zamierza sprzedać swoje dziewictwo (generalnie nigdy nie zrozumiem kultu "dziewictwa") za 5 peso kolumbijskich, czyli według gugla równowartość 0,00864086182 złotego. Niezły mindfuck. Dla rzeczonego dziadka te 5 peso to też jest nielicha fortuna. Tanio kosztuje ciało młodej dziewczyny w Kolumbii, pomijając już fakt prostytuowania się nieletniej. Fabuła jak widać do skomplikowanych nie należy, a przy tym dosłownie (a tak jest napisana opowiastka Marqueza) sprawia wrażenie wybitnie niedorzecznej.

Ale nie to jest przedmiotem zainteresowania Marqueza, ostatecznie bowiem do konsumpcji nie dochodzi. Co zatem jest motywem "Rzeczy o mych smutnych dziwkach"? Marquez nie sili się na oryginalność, chce bowiem pokazać, że na miłość nigdy nie jest za późno. W tym celu korzysta z wyrazistych kontrapunktów (zramolały, zasuszony dziad proszalny vs młoda, 14-letnia dziewczynka, dysponująca argumentem virginitas). Dziad się zakochuje platonicznie, trochę tam młodą pomizia, popatrzy sobie na nią, ale generalnie chodzi o to, że stanowi ona dla niego fundament miłości, której adresatem jest nie ta chica, ale zasadniczo wyimaginowanej Delgadiny. Dziewczę podczas miłosnej fascynacji dziadka cały czas śpi, nigdy pomiędzy nią a dziadkiem nie ma dialogu, jest tylko świadomość wzajemnego istnienia. Dziewczę, poprzez jej protektorkę Rosę, zapewnia dziadka o swojej miłości, ale ile z tego jest szczere, biorąc pod uwagę, że Rosa to burdelmama, a dziewczyna chce zarobić i zarabia na dziadku, nie musząc nawet z nim spać? Dziadek do samego końca tego nie wie, chociaż rozum mu podpowiada (w chwilach, kiedy nie jest swą miłością zamroczony), że jest tutaj robiony w bambuko. Więc z jednej strony Marquez tezuje, że na miłość nigdy nie jest za późno, ale z drugiej strony zdaje się stawiać pytanie: co to za miłość do kurwy? Niby to mądre i ważkie pytania, ale mnie swoim opowiadaniem Marquez nie przekonał, przez większość część historii sprowadza się to generalnie do wniosku, że dziadek nadal może w wieku 90 lat, tylko nie chce wykorzystywać śpiącej dziewczyny* (parafrazując klasyka "stary człowiek i może").

Ocena: 4/10** (książka przeciętna, na pewno przereklamowana, cos tam można z niej wynieść, ale zasadniczo oklepane prawdy życiowe)

* koncepcja wykorzystania śpiącej dziewczyny jest głównym motywem mocno niesmacznego filmu australijskiego pt. "Sleeping beauty"

** od tej notki blogowej będę wstawiał oceny przeczytanych książek, z krótkim opisem, co rozumiem przez tę ocenę

piątek, 12 kwietnia 2013

Hal Duncan - Księga wszystkich godzin

 

„Książka powinna rozdrapywać rany, wręcz je zadawać. Książka powinna być zagrożeniem”. 

— Emil Cioran










Trochę czasu upłynęło od ostatniego wpisu, ale jest to spowodowane tym, że przez ostatnie dwa tygodnie toczyłem apokaliptyczną batalię z prozą Hala Duncana. Na własnej skórze doświadczyłem tezy Emila Ciorana, moje zmysły i zdrowie fizyczne uległy nadwątleniu w konsekwencji lektury "Księgi wszystkich godzin", epickiej opowieści o świecie Welinu ("Welin" i "Atrament" to dwie części jednej powieści, z przyczyn redakcyjnych podzielonej; sytuacja analogiczna jak przy "Władcy pierścieni"). Zaliczając epos Duncana męczyłem się, chorowałem, nudziłem, przeżywałem istne tortury, a jednak miałem do czynienia z jedną z najlepszych rzeczy, jakie miałem w życiu okazję przeczytać (chociaż nie perfekcyjną, o czym na końcu). Duncan zrobił z mojego mózgu kartoflankę, życie osobiste w kryzysie, dziewczę bliskie memu sercu nie może na mnie patrzeć, funkcjonuję jak zombie.

Już początek czytania odznaczył się swoistą niebanalnością. Oto egzemplarz biblioteczny "Welinu" lekko zużyty, grzbiet i rogi zniszczone (jak na zdjęciu), co w połączeniu z kolorystyką okładki sprawiało klimatyczne wrażenie obcowania ze starą, zniszczoną księgą. Do tego w tle "Equinox" Jean Michaela Jarre'a i odpowiedni nastrój zapodany. Trochę może przesadzam, ale coś w tym jest, póki nie wsiąkłem do reszty w świat Księgi, to miałem nieodparte poczucie  niezwykłości. Potem już były tylko bitmity, legendy i nowe spojrzenie na Boga.

Po lewej materiał naszej historii, welin i pokrywający go atrament. "Księga wszystkich godzin" składa się z czterech tomów, które nazwę sobie po kolei (od głównych ich motywów) sumeryjskim, prometejskim, commedia dell'arte i palestyńskim.

Welin - fałdy rzeczywistości ukształtowane przez słowa. Kluczem jest więc słowo, Duncan tka gobelin historii z wprawą godną twórcy najbardziej szalonej fantasmagorii. Niech przemówi Księga: "(...) Pusta kartka ma w sobie wielki potencjał. Na tym... podłożu za pomocą atramentu można stworzyć wszystko. Milion słów czeka na wyczarowanie lekkim muśnięciem pióra po papierze. I nawet jak już wyryjesz swoją wersję porządku na czystej tabliczce, między słowami zawsze pozostaną wolne przestrzenie, możliwości, które można wyczytać między wierszami.(...) Historia nie biegnie prostą linią od początku do końca. Może być – i bywa – opowiedziana w różny sposób przez różnych pisarzy, z których każdy wybiera własną ścieżkę i dodaje jej drugi wymiar. Ta sama historia może być – i jest – przekazywana w różny sposób przez kolejne pokolenia. Następcy poprawiają wersję poprzedników, wznoszą własne konstrukcje na szczątkach przeszłości, nowe warianty nadają historii trzeci wymiar. Kiedy potem ją czytamy, podążając szlakiem atramentu, poruszamy się w trzech wymiarach, mkniemy naprzód, skaczemy do tyłu, zbaczamy tu i tam, zastanawiając się, jak mogło być inaczej, kopiąc w złożach osadowych opowieści, martwych prawd ukrytych pod nowym tekstem. To metafora czasu. Taka jest natura Welinu. Czas ma trzy wymiary, podobnie jak przestrzeń.(...)" I dalej: "(...) jakbyśmy wszyscy w Welinie zmierzali ku swojej istocie, znajdowali jedność pośród miriadów wariacji naszych dusz. Hindusi uważają, że w każdym ciele jest pięć skandas. Starożytni Egipcjanie rozróżniali ich siedem. Nie jestem pewien, może mamy nieskończoną liczbę dusz rozrzuconych po całym Welinie albo jedną roztrzaskaną na niezliczone kawałki. Czy właśnie to czeka nas na końcu podróży, zastanawiam się, na ostatniej stronie Księgi wszystkich godzin, w miejscu gdzie łączą się wszystkie wariacje, gdzie nasze liczne ja stapiają się w jedną doskonałą platońską formę?(...) Egipcjanie wierzyli w siedem dusz: sekhu, proch cielesnych powłok, które zostawiamy za sobą; khaibit, cień przeszłości, który podąża za nami, kiedy przed nim uciekamy; ka, lustrzana powierzchnia; ba, serce; khu, anioł stróż; sekem, czysta siła; ren, sekretne imię. Myślę, że jestem teraz tylko jedną z tych dusz, choć nie wiem którą. Na podstawie tego, co zrozumiałem z Księgi, mogę dokonać czegoś w rodzaju... mapowania. Stary żołnierz MacChuill (Don) z pewnością jest sekhu, cielesną powłoką. Pieczorin (Joey) to bez wątpienia khaibit, cień. Tamuz (Puk) jest ba, sercem każdej z takiej grupowej duszy, Anat (Phreedom, Anestezja), groźny wojownik, jest khu. Nie bardzo wiem, co z von Strannem (Guy Fox) i ze [...] (w tym miejscu niewypowiedziane imię). Ale jestem pewien, że Jack z niezliczonych dzienników to nikt inny, jak sekem."  Finnan jest ka.

Ten przydługi cytat chyba najlepiej oddaje może nie tyle treść powieści, co raczej jej konspekt, rusztowanie fabularne. Jednym z niewielu kluczy do fabuły jest właśnie cyfra siedem. Mamy siedem rozdziałów w każdym z czterech tomów, siedem głównych postaci. Każdy z siedmiu głównych bohaterów występuje w wielu własnych wersjach, w zależności od czasu i rzeczywistości. Wersje te odznaczają się pewnymi archetypami, "Fox zrozumiał, że łączy ich głębszy związek - Jacka, Puka, Annę, Joeya, Dona i jego... Finnana też, gdziekolwiek jest. Siedem osób, siedem dusz, ale może tylko jedna tożsamość.(...) Inni – Jack, Puk, Joey, Anestezja, nawet Don – chyba lepiej pasują do mniej przyziemnych fałdów; są istotami welinu i atramentu, Welinu i bitmitów. Ale Fox... Może i wiele podróżował, zagłębiał się w tym świecie na dłużej niż tamci, lecz nigdy nie zagubił się w nim, nie zatracił tak jak oni... przynajmniej nie na całą wieczność. Czasami wolałby się poddać, pogrążyć w takim śnie, jakiego, zdaniem bitmitów, pragnie. Ale on chce się obudzić, chce, żeby oni wszyscy się obudzili, żeby Jack i Joey przestali się bawić w „zabij mnie, a potem ja zabiję ciebie”, a Puk i Anestezja odgrywać role ofiary i mściciela. Jeszcze jest Don, który po prostu robi to, co trzeba zrobić, stoicki i rozsądny stary żołnierz."  Duncan konsekwentnie przez 1000 stron epopei buduje opowieść w oparciu o te siedem archetypów, które są uzupełniane przez postaci Metatrona, innych enkin i bitmity. 

Czym jest w ogóle Księga wszystkich godzin? "Ona nie powinna istnieć, ale istnieje, książka ukradziona z piwnic biblioteki, niesiona przez cały Welin. Spisana w wiecznym Kentigern na skórze aniołów. Podrobiona w Paryżu, w 1939 roku. Otwarta w Berlinie w 1929. Gubiona i kradziona, niszczona, tworzona na nowo, przepisywana, ma tyle historii co świat, zawiera je wszystkie niczym własną pętlę Mobiusa czasu i przestrzeni, sprzeczne historie, lecz połączone w jedną bezładną, rozwlekłą opowieść, rodzaj prawdy, ale pełnej niekonsekwencji i dygresji, fałszywych interpretacji i interpolacji, fikcji przedstawianej jako fakty, faktów przedstawianych jako fikcja. Są w niej prawdy i półprawdy, myśli Fox, kłamstwa, białe kłamstwa i cholerne kłamstwa. I historie, które są tym wszystkim." Poszatkowana rzeczywistość, eony możliwości każdej sekundy, te rzeczy próbuje oddać w swojej prozie Hal Duncan. 

Światem Księgi jest Welin. Welin to nicość, pętla Móbiusa czasu i przestrzeni, atrament to jego nieskończność, ich połączenie daje istnienie, chaotyczne, ale istnienie. Od strony fabularnej zrębem tomu sumeryjskiego Duncan czyni sumeryjski mit Dimuzi (Tammuza) i Inanny, w części prometejskiej mit dawcy ognia, w commedia dell'arte znajdujemy bawimy się w relację scena-życie, w tomie palestyńskim złożony obraz religijno-społeczny Bliskiego Wschodu, miejsca gdzie ludzkość ma swój początek i kulminację. Światy, rzeczywistości się przenikają, bohaterowie mają przebłyski własnych działań w alternatywach, wspomnienia zdarzeń z innych fałdów Welinu. Na geniusz zakrawa fakt, że czytając Księgę wszystkich godzin w pewnym momencie zorientowałem się, że też mam takie mgnienia, wrażenia powtórki, gdzieś na skraju świadomości przeczucie, że dany wyraz, dane określenie, dany motyw, czy zdarzenie już wcześniej się powtórzyło, Duncan o tym już napisał 500 stron wcześniej, gdzieś w didaskaliach. Tym samym autor wciąga mnie do Welinu, staję się mimowolnym, ósmym bohaterem świata przedstawionego. Myślę, że to było główne założenie autora w przyjęciu takiej chaotycznej, poszatkowanej narracji, coby złapać czytelnika w paszczę lewiatana-Welinu. 
W tym wszystkim, w nagromadzeniu i przemieszaniu wszystkich wątków, w fałszywym chaosie fabuł, motywów, postaci, czasów i przestrzeni istotną rolę odgrywają rolę (stanowią element subtelnego przesłania) różne motywy jak romantyczny homoseksualizm, socjalizm społeczny, jazydyzm o fascynującej teologii, istota Boga i wiele, wiele innych. Złożoność dylogii Duncana, jej wieloznaczność, mnogość poruszanych zagadnień jest oszałamiająca.

Co do stylu Duncana to jest on swobodny, wręcz nonszalancki, Duncan z łatwościa pisze kronikarsko, by przejść do niemal czystej poezji. Do tego bogactwo języka, paralel, interesującej treści między wierszami sprawia, że Księgę wszystkich godzin czyta się z ogromną przyjemnością. Świetne są fragmenty typu: "Szaleństwo jest ruiną mądrości. Chaos ruiną porządku. Słowo niewinnego chłopca potrafi zburzyć imperium do samych fundamentów, rozpędzić ludzi na cztery wiatry. Anioł może mieć ognisty miecz i palec spływający mlekiem. Wszyscy jesteśmy ulepieni ze sprzeczności. Śmierć jest ruiną życia. A jeśli Bóg jest życiem, wiecznym i duchowym, jego Słowo, z którego powstało wszelkie stworzenie, musi być efemeryczne i materialne, a my sami tylko jego echem. Wszyscy ludzie muszą umrzeć, przyjacielu, bo jesteśmy śmiercią, Słowem, które stało się ciałem."

Dzieło Duncana nie jest jednak idealne, nie mogę dać mu maksymalnej oceny. W moim przekonaniu autor przesadził z chaosem. Doprowadził do takiego pomieszania i skomplikowania fabuły, że konia z rzędem temu, kto się połapał w co najmniej połowie niuansów. Księgi wszystkich godzin się nie czyta, przez nią się brnie z mozołem, jak nie przymierzając przez amazońską dżunglę, po drodze napotykając wiele pułapek i zdradliwego otoczenia. Jestem dosłownie wypruty, przez dwa tygodnie starałem się skupić tylko pracy i na Duncanie, a pomimo tego mam wrażenie, że wiele rzeczy mi zwyczajnie uciekło. Pod koniec miałem wrażenie, że autor sam się w tym wszystkim pogubił ździebko, ale to może tylko takie moje odczucie, ciężko bowiem zweryfikować zamysł Duncana i jego realizację z powodu braku punktu odniesienia. 

To niewielkie psioczenie z mojej strony nie powinno jednak zniechęcać nikogo z ambicjami dobrej literatury do przeczytania dylogii. Księga wszystkich godzin to epicka, zapadająca na zawsze w pamięć, wybitna epopeja pisarza o niesamowitej wyobraźni i nieograniczonym talencie. Dzieło z gatunku "must have, must read", do wielokrotnego czytania i studiowania, wyzwanie dla czytelnika, dzieło, po którym większość światowej literatury wyda się zwyczajnie banalna i zbyt prosta w obsłudze.

czwartek, 4 kwietnia 2013

M. John Harrison - "Viriconium"

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu zbioru opowiadań i minipowieści Michaela Johna Harrisona, umiejscowionych w świecie Viriconium. Z jednej strony bowiem doceniam zabawę z formą i tym samym wyzwanie rzucone czytelnikowi na zasadzie "orientuj się!", z drugiej jednak trochę się namęczyłem z przeczytaniem całości, wynudziłem i wymęczyłem się setnie, z wyjątkiem może "Pastelowego miasta".

Harrison w "Viriconium" prezentuje obrazy, wizje rzeczywistości, z których większość sprawia wrażenie majaków sennych, odbić niesprecyzowanych założeń świata wyobrażonego. Albo posługuje się przy tym barokowymi, kwiecistymi i obszernymi opisami, pod którymi ugina się pretekstowa fabuła ("Skrzydlaty sztorm"), albo tworzy rzeczywistość, będącą swego rodzaju projekcją różnych alternatywnych możliwości zdarzeń ("Rycerze Viriconium"). Ta alternatywność jest charakterystyczna dla zbioru "Viriconium" i odnosi się do zdarzeń, czasu i bohaterów. Najbardziej spójne fabularnie (chociaż już nie stylistycznie) trzy powieści, z których każda kolejna wydaje się być czasowo kontynuacją poprzedniej. Przyznaję się jednak, że są tutaj opowiadania, których w uniwersum Viriconium nie byłem w stanie umiejscowić (np. "Bardzo dziwne grzechy"). Być może klucz do zrozumienia sensu poszczególnych historii leży w ich tytułach.

Historie Viriconium (za wyjątkiem linearnego i stonowanego pod tym względem  "Pastelowego miasta") są oniryczne, przesycone atmosferą snu na jawie, rzeczywistość sprawia wrażenie rozmytej, nieczytelnej, jakby autor skupiał się przede wszystkim na doprowadzaniu konfabulacji do perfekcji. Harrisona nie interesuje logika i przyczynowość, czas i przestrzeń, nawet materia sprawia wrażenie projekcji umysłu (co najdobitniej widać w "Skrzydlatym sztormie"). Autor konsekwentnie podąża tą drogą, przypominając co jakiś czas czytelnikowi, że "świat nie jest takim, jakim go widzimy". Viriconium ... takim, jakim jest, takim, jakim nigdy nie było i takim, jakim będzie ...

Tak więc będąc pełnym podziwu dla konsekwencji autora w budowie tak rozmytego świata przedstawionego, dla wspaniale budowanych zdań i opisów, których rozmach momentami wręcz oszałamia, pozostaję w sporym niedosycie i mogę nawet powiedzieć, że mnie osobiście "Viriconium" zwyczajnie rozczarowało. To, co mi tak naprawdę przeszkadzało, czego mi brakowało w tych górnolotnych i rozwlekłych opisach wszystkiego był zasadniczy brak treści, pustosłowie, które zostało przykryte barokowym stylem. Każda z historii, czy to powieść, czy krótkie opowiadanie, zdawało się bardziej zabawą z formą, takim ćwiczeniem się z językiem, aniżeli pełnoprawną opowieścią dla ludu z początkiem, rozwinięciem i końcowym morałem. Poza "Pastelowym miastem" oraz drugą połową "Skrzydlatego sztormu", pozostałe fabuły są dosyć wątłe i nudne, z wiodącym prym w tym zakresie "W Viriconium". Koncept konceptem, ale opowieść jest zawsze najważniejsza. Uwielbiam oryginalne i śmiałe pomysły, niemniej uczta wyobraźni jak dla mnie powinna być umiejscowiona w co najmniej znośnej fabule (tak jak to miało miejsce np. w "Nakręcanej dziewczynie" albo w "Rzece bogów").  Taki ze mnie literacki konserwatysta. Świat Viriconium tego założenia nie spełnia, stąd też spory zawód. Mam tylko nadzieję, że że w trylogii Kefahuchiego Harrison zapewni nieco lepszą fabułę dla swoich fantastycznych pomysłów.

piątek, 29 marca 2013

Misterium ludu Anasazi

Bardzo dobrą powieść przeczytałem. Lubię sobie od czasu do czasu zapodać dzieła duetu LIncoln-Child, panowie nie schodzą poniżej pewnego całkiem przyzwoitego poziomu. "Nadciągająca burza" jest już piątą w ostatnim czasie powieścią tychże autorów i trzeba przyznać, że każda z nich miała mi coś ciekawego do zaoferowania. "Nadciągająca burza" plasuje się zaraz po "Relikcie", a więc w moim przypadku jest to świetna rekomendacja.

Tym razem głównym daniem dnia jest archeologia, a oś fabuły zbudowana jest z jednej z największych tajemnic archeologicznych naszych czasów, czyli zniknięciem Indian kultury Anasazi, przy czym Indian w znaczeniu rdzennych Amerykanów, a nie stricte lud, który tradycyjnie rozumie się pod tym pojęciem.  Nie bawiąc się w Wikipedię można krótko stwierdzić, że do dzisiaj niewiele wiadomo o Anasazi, owiani są oni z jednej strony tajemnicą swoich niesamowitych miast naskalnych pueblo (poniżej na zdjęciu Cliff Palace w Masa Verde, warto to zdjęcie oglądać w maksymalnym powiększeniu), z drugiej strony tajemnicą swojego zniknięcia. Lincoln i Child umiejętnie rozgrywają motyw Anasazi, przy czym fabuła opiera się na legendzie poszukiwania miasta złota Quivira przez XVI-wiecznego konkwistadora Francisco Vasqueza de Coronado (pomocą służy Wiki: Quivira).
Dość powiedzieć, że im dalej w las, tym wydarzenia są bardziej porywające, a zakończenie przypomina nieco dramaturgią wydarzenia w "Relikcie". Wyjaśnienie zniknięcia Anasazi, które proponują autorzy, jest całkowicie zaskakujące, a przy tym nie ma w sobie nic z taniej sensacji, wszystko ma tutaj naukowe ręce i nogi. Być może takie wiarygodne przedstawienie Anasazi wynika z tego, że Douglas Preston podróżował i przez jakiś czas żył pośród Indian z rejonów stanów Utah/Arizona.

Największym atutem "Nadciągającej burzy" jest jej klimat (to w sumie najlepsza cecha wszystkich powieści duetu), unikalna atmosfera archeologicznej gorączki, skałkowego trekkingu, życia obozowego, a pod koniec autentycznego surwiwalu. Jest wędrówka, wieczorne ogniska, są ruiny, stopniowe odkrywanie tajemnicy i emocjonująca końcówka, czegóż chcieć więcej. Pewną atrakcją są również bohaterowie (chociaż razi pewien niesprecyzowany dysonans w charakterystyce znanego z "Reliktu" i "Relikwiarza" Billa Smithbacka) oraz sama wciągająca fabuła. Podobało mi się w szczególności jak umiejętnie autorzy rozgrywają zagrożenie wynikające np. z poruszania się po skałach, widać praktyczne obycie z topografią i zagrożeniami trekkingu. Oprócz tajemnicy Quiviry autorzy dają możliwość zapoznania się z miejscową geografią np. dotarcie w odludne rejony stanu Utah, gdzie zostaje umiejscowiona Quivira, wymaga przebycia klimatycznego jeziora Powell na granicy Arizony i Utah, będącego terenem zalewowym wód gruntowych, które podniosły się w wyniku zbudowania tamy Glen Canyon. Warto sobie pooglądać w necie zdjęcia tego niezmiernie urokliwego, sztucznego akwenu, poniżej próbki:

W każdym razie podczas potencjalnej w przyszłości wędrówki po Stanach Zjednoczonych odwiedziny miast naskalnych Anasazi oraz Lake Powell będą objęte programem obowiązkowym :). 

Reasumując "Nadciągająca burza" to bardzo dobra, trzymająca w napięciu, wciągająca przygodówka z horrorem w tle, a ja po kilku pozycjach mogę pokusić się o stwierdzenie, że duet Preston-Child można brać w ciemno, jeżeli oczywiście lubi się takie thrillery z domieszką horroru i naukowej tajemnicy.