środa, 27 marca 2013

Najlepszy mecz i najlepsze zagranie sezonu WTA 2013

Ostatnio o tenisie ziemnym piszę nieco mniej, ale takiego wydarzenia jakie miało miejsce dzisiejszej nocy, nie mogę przemilczeć. Na początek kilka słów tytułem wstępu. Aktualnie trwa tzw. "piąta lewa" Wielkiego Szlema, czyli turniej Sony Open 2013 w Miami. W sezonie 2012 Agnieszka Radwańska zdobyła w tym turnieju swój najcenniejszy jak do tej pory tytuł WTA, siłą rzeczy więc w tym roku jest jego obrończynią. W pierwszym meczu Agnieszka łatwo uporała się z Su Wei-Hsieh z Tajwanu, w kolejnej męczyła się niemiłosiernie z Magdaleną Rybarikovą ze Słowacji prezentując zasadniczo słabą grę, w 1/8 finału ograła w trzech setach przedstawicielkę gospodarzy Sloane Stephens 4-6, 6-2, 6-0, w drugim i trzecim secie prezentując nareszcie grę na najwyższym swoim i światowym poziomie, aż w końcu doszło do nocnego, kapitalnego ćwierćfinału z Belgijką Kristen Flipkens, który to mecz Agnieszka wygrała w cuglach 4-6, 6-4, 6-2.

Mecz z Flipkens był pojedynkiem fenomenalnym, obfitującym w niewyobrażalną w dzisiejszym tenisie liczbę zagrań przy siatce, wolejów, zmian rytmu zagrań, slajsów, kombinacji i kobiecej gracji, a przede wszystkim akcji serve&volley, nie widzianych w tenisie kobiecym od czasów prehistorycznych, generalnie wszystkich tenisowych perełkowych zagrań, których w dzisiejszym siłowym i schematycznym tenisie kobiecym jak na lekarstwo. Belgijka grała swój "best tennis", zawsze była to tenisistka z potencjałem, ale w Miami grała świetnie, Agnieszka od drugiego seta zaczęła jej jednak pokazywać, że można grać jeszcze lepiej, m.in. tym zagraniem, które już w tym momencie jest murowanym faworytem do zagrania roku:

Flipkens w tym meczu pokazała kawał porządnego tenisa na najwyższym poziomie, ale w ostatecznym rozrachunku musiała uznać wyższość naszej mistrzyni. A tutaj skrót całego meczu:
Mina Flipkens po meczu mówi wszystko. Jak będzie w sieci dostępny cały mecz, to wtedy go tutaj zalinkuję. Oby więcej takich meczy w WTA, mniej Williamsów, Azarenek i Sharapów, więcej Radwańskich, Flipkensów i innych artystek tenisa.

Na deser tzw. momenty:
Grać dalej, czy nie grać, oto jest pytanie
Boże, kobieto, jak Ty to ze mną wygrałaś?!
W nocy z czwartku na piątek Agnieszka zaprezentuje się w meczu z Sereną Williams. Jeżeli wygra, to będzie absolutny kosmos tenisa, z taką grą jak dzisiaj nie jest bez szans.

poniedziałek, 25 marca 2013

Pyrkon 2013 - fotorelacja ze spotkania z Grahamem Mastertonem i Jackiem Dukajem

W ostatni weekend w mieście Pyry odbyła się kolejna edycja tzw. Pyrkonu, czyli festiwalu fantastycznego, który zasadniczo sprowadza się aktualnie do spotkania regimentu różnego rodzaju przebierańców (tak w każdym razie można wnioskować po zdjęciach w necie, gdzie tylko takich uczestników można zobaczyć). Coby nie było wątpliwości, że tylko do tego sprowadza się Pyrkon, poniżej kilka moich fotek ze spotkań z Grahamem Mastertonem i Jackiem Dukajem, a także z panelu z udziałem rzeczonego Dukaja, Jacka Inglota, Anny Kańtoch, Roberta Wegnera oraz Jacka Komudy. 


Od lewej: poważny tłumacz, Masterton i wyluzowany Orbit
Od lewej: zdołowany przez Dukaja Inglot, zagubieni Kańtoch i Wegner, zagubiona we własnym panelu prowadząca oraz buc i palant Komuda
Grono uzupełnia po prawej gwiazda i monopolista panelu Jacek Dukaj
Świetny i wyluzowany prowadzący oraz wyśmienity i wyluzowany Jacek Dukaj (podczas spotkania autorskiego)
Przebierańcy
Przybyłem przede wszystkim dla Mastertona i Dukaja, który rzadko pojawia się na konwentach, a szkoda, bo w sobotę wymiótł konkurencję inteligencją, dystansem i luzem. Graham Masterton to fajny i sympatyczny dziadek, szkoda że jego powieści to przeważnie chłam. Jak byłem młodszy to łykałem kolejne horrory na pniu, teraz to już trochę podrzędna liga, ale może sobie coś przypomnę w najbliższym czasie. Na panelu było trochę też o jego "poradnikach" erotycznych, które na początku lat 90-tych zrobiły w Polsce oszałamiającą karierę. Generalnie Polska to dla Mastertona druga ojczyzna, lubi Polskę, to było widać i słychać.

Z kolei Jacek Dukaj zafascynował, 2 godziny z nim w dusznej sali to była czysta przyjemność. Człowiek-instytucja. Nie tylko spotkanie autorskie, ale i wcześniejszy panel pt. "Czy warto czytać mądre książki?", to była w zasadzie rozmowa z Dukajem, nie było istotne co mówią Kańtoch, Wegner, Komuda (którego durne wtręty Dukaj zmiażdżył jednym krótkim komentarzem), a nawet sprawiający wrażenie dobrze przygotowanego do rozmowy Inglot. Inglot z początku się trzymał, ale potem wziął bezsensu  do siebie merytoryczne poprawki Dukaja do tego, co próbował w temacie powiedzieć, i zaczął Dukajowi niezbyt lotnie odgryzać, co spowodowało, że w oczach odbiorców wyszedł na małego człowieka. Ale i tak przynajmniej jako jedyny starał się prowadzić dyskusję z Dukajem, bo reszta panelistów to była widownia. Prowadząca też chyba nie wiedziała, o czym ma być panel, dopiero Dukaj po bełkotliwych wypowiedziach Komudy, Wegnera i Kańtoch naprowadził dyskusję na ok. 15-20 minut na w miarę właściwe tory. Dobór uczestników był chyba przypadkowy. Inglot, Dukaj jasna sprawa, może i Ania Kańtoch, gdyby była trochę bardziej ośmielona, ale Komuda i Wegner? Pierwszy to grafoman i palant, drugi pisze nawalanki wojenne, gdzie tu podstawy do rozmowy o czytaniu "mądrych" książek? Ania w pewnym momencie chciała się włączyć, ale agresywny po docinkach Dukaja Inglot trochę ją zniechęcił, może gdyby siedziała dalej od Inglota :) Zabrakło mi na tym panelu Wita Szostaka, który moim zdaniem pisze takie "mądre", ale nienaukowe książki. W każdym razie się nie dziwię, że Dukaj to zadra dla wielu pisarzy w Polsce, swoim przygotowaniem merytorycznym i wrodzoną inteligencją przerasta każdego autora w Polsce, może jedynie Szostak by dał radę, ale trzeba by to skonfrontować. Do tego jak się Dukaj na spotkaniu autorskim w końcu wyluzował (brawa dla prowadzącego chłopaka!), to się zrobiła naprawdę fajna atmosfera na sali.

Shadowmage na Katedrze zwrócił uwagę na to, że Dukaj z mikrofonem się za bardzo nie lubią :). Faktycznie praca z mikrofonem to nie dla Dukaja, gdzieś mu ten przyrząd co chwila w bok uciekał, stąd znaczna część uczestników połowy jego kwestii mogła nie słyszeć, ale można byłoby temu prosto zaradzić przyczepiając mu mikrofon pod szyją.

Podsumowując, dla tych 2,5 godziny z Dukajem i Mastertonem warto było wydać 3 dychy wstępu i postać godzinę w kolejce, zostałbym dłużej, ale miałem ciekawsze rzeczy do roboty poza Pyrkonem. Trochę jednak drażni picie przez organizatorów piany odnośnie bicia rekordów frekwencji (podobno było 12 tyś akredytacji). Nie robi to na mnie żadnego wrażenia, liczby i bicie rekordów frekwencji to tylko statystyka, wrażenie na mnie zrobi, jak przyjdę po bilet w dowolnym momencie i przy takich tłumach spędzę w kolejce maksymalnie 10-15 minut.

PS Bonusowo dorzucam fotkę z ubiegłorocznego, interesującego spotkania autorskiego z Ianem Mcdonaldem:

Conan z Cymmerii - proza autentyczna

Będąc nastoletnim pożeraczem literatury uwielbiałem m.in. sięgać po masowo wydawane przez wydawnictwo Amber opowieści o Conanie. Różna była jakość tych dzieł, niezmiennie jednak urzekał mnie archetyp mitycznego herosa, kierującego się w swoich poczynaniach twardymi zasadami barbarzyńcy. Cała fascynacja tego typu bohaterem zaczęła się zapewne wcześniej jeszcze, od kultowego He-Mana, które zapewne był wzorowany na Conanie. Podobnie do Conana uwielbiałem wówczas  komiksowego Thorgala, którego klimat do dzisiaj robi na mnie niesamowite wrażenie. O Thorgalu może jednak przy innej okazji, zamierzam sobie wkrótce odświeżyć ten cykl komiksów.

Po tych latach jakie upłynęły od mojej młodzieńczej fascynacji Conanem i Thorgalem wydawnictwo Rebis postanowiło wydać w naszym kraju dzieła zebrane twórcy postaci Conana, autorstwa tylko jego protoplasty, czyli Roberta E. Howarda. Howard żył jedynie 30 lat (na własne życzenie), ale w tym czasie zdążył wykreować kultowych do dzisiaj herosów, jak Solomon Kane, Kull, czy przede wszystkim Conan. Mają się ukazać 3 tomy, póki co wyszły dwie "Conan i pradawni bogowie" oraz "Conan i skrwawiona korona". Przedmiotem tej recenzji będzie zbiór opowiadań "Conan i pradawni bogowie". 

Juz na pierwszy rzut oka widać, że "Conan i pradawni bogowie" to zbiór ekskluzywny, obejmujący nie tylko kilkanaście pierwszych chronologicznie powstałych opowiadań o Conanie, ale także szkice, robocze mapki, opisy ludów i krajów ery hyporyjskiej, czy nawet pierwotne wersje opowiadań! (czyli mamy np. "Feniksa na mieczu" w wersji oficjalnej i "Feniksa na mieczu" w wersji roboczej), do tego analizy chronologii i powstawania dzieł o Conanie i wiele innych atrakcji. Praktyka taka spotykana jest na niwie płyt dvd, ale pierwszy raz mam z tym do czynienia w wydaniu książkowym. Trzeba przyznać, że jest to ciekawe i jako czytelnik poczułem się doceniony przez wydawcę. Jedyne, czego mi brakowało, to czytelna i kompletna mapa ery hyboryjskiej, szkice Howarda są mało precyzyjne i szczegółowe.

Oczywiście nie opakowanie jest istotne, lecz zawartość, stąd też w tym miejscu przystępuję do wrażeń po lekturze opowiadań. Poziom poszczególnych nowel jest zróżnicowany, od wyśmienitej "Wieży Słonia", po przeciętną "Córkę mroźnego olbrzyma", jedna jest jednak cecha wspólna wszystkim opowiadaniom, który decyduje o wyjątkowości prozy Howarda i postaci Conana - autentyczność. Bohaterowie są niesamowicie żywi, spotykamy się z nimi czasami jedynie przez stronę lub dwie, a pomimo tego czujemy ich, wyobrażamy ich sobie jakby stali tuż obok nas, ich akcje, interakcje są niezwykle plastyczne, dynamiczne i właśnie dzięki temu autentyczne. Emocjom towarzyszącym lekturze nie przeszkadzało nawet takie ograniczenie, że przecież cały czas wiadomo, że Conan przeżyje. Nawet stosowane z lubością przez Howarda rozwiązania deus ex machina zasadniczo mi nie przeszkadzały, co zazwyczaj sprawia, że mam ochotę podrzeć czytadło na strzępy. Taka jest siła prozy Howarda. Howard od pierwszej frazy, pierwszego zdania każdej swojej historii o Conanie wciągał mnie bez reszty w pułapkę, materializował przede mną klimatyczne wizje minionych czasów, potrafił sprawić, że 30-letni wyga zatracał się w świecie całkowicie bajkowym, jakby ten świat był jedynym rzeczywistym. Na tym właśnie polega potęga sztuki, na przeżywaniu razem z autorem jego dzieła. Zanim się spostrzegłem przeczytałem połowę opowiadań i przesiedziałem jak trusia bez zmiany pozycji, jedzenia, picia, czy siusiu bite 4 godziny. Niesamowita sprawa, prawdziwie energetyczna, witalna literatura, podparta autentycznym talentem i ciężką pracą Howarda.

No dobra było ogólnie, to teraz w szczególe, lecimy od początku:
"Feniks na mieczu" - opowiadanie dostępne w dwóch wersjach! Przy czym ta druga wersja jest lepsza, bardziej dwuznaczna, wskazująca na to, że tym debiutanckim Conanem Howard chciał pociągnąć wątek starej magii. Ostateczna wersja pozostawia pod tym względem pewien niedosyt.
Fabularnie "Feniks na mieczu" jest dobry, intensywna, choć nieco schematyczna historia z magią na drugim planie. Poznajemy Conana od razu jako króla Aquilonii, nieco zagubionego w swej roli, rwącego się do bitewki i wojennej chwały, ale jednocześnie mający świadomość, że chwała ta może przetrwać jedynie poprzez poezję. Stąd z trudnością przychodzi mu potem zabicie zdradzieckiego barda Rinaldo. 

"Córka mroźnego olbrzyma" -  dosyć przeciętne opowiadanie, na niwie konspektu powiela nieco schemat "Feniksa na mieczu". Czyli znowu w tajemniczych okolicznościach Conan spotyka się z siłami wyższymi, tym razem pod postacią pięknej kusicielki, córki Ymira boga Północy. Klimat jest, jest tym razem wojowniczy i agresywny młody Conan, ale fabularnie trochę kicha. 

"Bóg w amforze" - świetnie poprowadzony klimat grozy, w końcówce dokumentnie spaprany durnym rozwiązaniem tajemnicy stwora (ciągle te węże) i niepotrzebną bijatyką Conana ze strażnikami. Jak na Howarda wyjątkowo słabe rozplanowanie akcentów, szkoda zmarnowanego potencjału.

"Wieża Słonia" - najlepsze opowiadanie zbioru od początku do końca, świetna intryga i rewelacyjne wyjaśnienie tajemnicy nazwy wieży. Do tego od początku napięcie i świetna intryga. No i przede wszystkim nie ma węży.

"Szkarłatna cytadela" - drugie opowiadanie o Conanie jako królu Aquilonii, fabularnie nieco lepsze niż "Feniks na mieczu", ale bez szału. Poziom całości mocno obniża zastosowanie w kluczowym momencie niewoli Conana chyba najbardziej durnego rozwiązania deus ex machina w historii fantasy. W ogóle zdarzenia w podziemiach mimo że klimatyczne, to narażają inteligencję czytelnika na trwałą indolencję i uszkodzenie.

"Królowa Czarnego Wybrzeża" - pod względem konceptu opowiadanie wyborne, niestety doskonałość dosyć skutecznie psują rozwiązania deus ex machina, które w kluczowych momentach psują napięcie na rzecz uśmiechu zgrozy. Klimat interioru jest jednak porażający, a geneza upadłego miasta oraz jego mieszkańców fenomenalna (w końcu nie ma węży!). Z kolei sama postać Belit wydaje się być nie do końca wykorzystana, Conan z kolei trochę jakiś nieobecny momentami chyba jest, nie zmienia to faktu że proza Howarda znowu wgniata w fotel dynamiką, klimatem i żywotnością.

"Czarny kolos" - Epickie opowiadanie. Gdyby Howard chciał, mógłby zrobić z tego porządną powieść. Zaczyna się z dużego C, czyli uwolnienia przedhistorycznego maga Thugry Khotana, a potem napięcie tylko rośnie. Niestety w końcówce otrzymujemy jedynie dosyć rozczarowującą i stereotypową nawalankę wojenną z porwaniem nadobnej księżniczki w tle.

"Stalowe cienie pod księżycem" - kolejna opowieść, w której Conanowi partneruje piękna białogłowa. Tym razem Conan z panną trafiają na wyspę na odległym morzu Vilayet, wyspę, gdzie królują stalowi ludzie, budzący się o blasku księżyca. Do tego piraci, człekopodobny stwór, generalnie fajna fabuła, jedno z lepszych opowiadań.

"Xuthal o zmroku" - I znowu Conan z kolejną panną przy boku trafiają do tajemniczego miasta Xuthal, położonego na pustyni blisko hyboryjskiego interioru. Miasto śniących pod wpływem specjalnie hodowanego czarnego lotosu (kwiat ten pojawił się już w "Królowej Czarnego Wybrzeża", co jest spójne w świecie przedstawionym, bo akcja "Królowej..." toczyła się nieco tylko dalej na południe od Xuthal). Oprócz złowrogich i rozpustnych mieszkańców miasta strach i zniszczenie sieje demoniczny cień-bóg Thog, poruszający się po ciemnych korytarzach miasta w poszukiwaniu nowych ofiar. Mocna fabuła i deus ex machina Conan, oto siły sprawcze tej noweli. W pewnym momencie fabuła zaczęła nawet przypominać grę Prince of Persia, gdzie Conan przemierza kolejne etapy sił wroga i magii, by wyrwać z rąk potwora ukochaną. śmieszne to to i sympatycznie naiwne, cały urok Conana. W tej historii ponadto Conan toczy chyba najcięższą walkę w swojej karierze, bo właśnie z rzeczonym Thogiem, z której oczywiście wychodzi zwycięsko :)

"Sadzawka czarnych ludzi" - opowiadanie, do którego stworzona została okładkowa ilustracja. Generalnie monotonne już jest to, że w piątej po kolei noweli Conanowi towarzyszy nadobna niewiasta. Zmieniają się jedynie imiona i kraje, z których dziewczęta pochodzą. I znowu niewiastę trzeba ratować z rąk łotrów, i znowu deus ex machina Conan ratuje ją w ostatniej chwili. Poza tymi stałymi nużącymi już elementami nie mam się do czego przyczepić. Historia żywa i wciągająca, dużo akcji, lejącej się posoki i innych howardowskich atrakcji.

"Łotrzy w domu" -  Nareszcie opowiadanie bez duetu Conan - panienka w opałach. Tym razem Conan jest wybitnym awanturnikiem i włóczykijem, który nie ma oporów by mordować i wrzucać do gnoju niesforne dziewoje. Fabuła przeciętna, w pewnych momentach miałem nawet wrażenie pewnego niedopracowania, szkicu (bezimienne miasto, brak wyjaśnienia relacji Murilo - czarownik). Generalnie więc historia bez rewelacji.

"Kotlina zaginionych kobiet" - przeciętne opowiadanie, z kolejną kobietą do ratowania, chociaż tym razem postać kobieca wzbudza autentyczną sympatię. 

"Diabeł w stali" - ostatnie pełne i oficjalne opowiadanie ze zbioru, rozpisane z rozmachem politycznym, z oryginalną i wciągającą fabułą. Howard kumuluje tutaj nie tylko deus ex machinę Conana, białogłowę, ale także czarownika, węża i złe królestwo ze Wschodu. Howard rozwija tutaj wcześniejsze wątki przewodzenia przez Conana kozakom, czyli zgrai rzezimieszków, nękających życie królestwa Hyrkanii. Głównym enemy Conana jest tutaj Khosatral Khel, demoniczny przedwieczny, chyba najbardziej niebezpieczny przeciwnik Conana. Całkiem interesująca i rozbudowana fabuła posiadająca wiarygodne tło, nieźle to Howardowi wyszło.

Tyle o opowiadaniach. W dalszej kolejności mamy właśnie do czynienia z dodatkami. Interesujące są opisy niektórych ludów ery hyboryjskiej oraz samej ery, takie kronikarskie spojrzenie na świat Conana autorstwa Howarda. Dalej mamy kilka szkiców bez tytułu, zaczątki nowel, które nigdy nie zostały ukończone. Na koniec mapki i ciekawy felieton o rodowodzie hyboryjskim, ale już innego autora. 

PS Poniższa mapka świata ery hyboryjskiej nie została dołączona niestety do zbioru "Conan i pradawni bogowie", ale wyszukana w sieci, stanowi najbardziej dokładne odwzorowanie zamysłu autorskiego Howarda:

środa, 20 marca 2013

Społeczny obłęd

Coś z nieco innej, blogowej beczki. W sobotę byłem na jednym z lepszych filmów jakie widziałem w ostatnich latach, a już najlepszym filmie kinowym od niepamiętnych czasów. Chodzi oczywiście o duńskie arcydzieło społecznego suspensu, czyli "Polowanie".

Ta historia nie jest sielska i anielska
W roli Lucasa fenomenalny Mads Mikkelsen, w mojej prywatnej ocenie najlepszy w ostatniej dekadzie aktor świata. Idąc na ten film, szedłem przede wszystkim, żeby zobaczyć jego grę, dopiero w dalszej kolejności, aby zobaczyć dobry film. Otrzymałem jedno i drugie, a kilku znajomych, którzy poszli ze mną, dziękowało mi za rekomendację i polecało się na przyszłość, jakbym znowu wymyślił jakis film do obejrzenia w kinie :).

Mads Mikkelsen - najlepszy aktor świata
"Polowanie" to  film niemal w każdym elemencie doskonały. Wspaniała gra aktorska, świetny, niejednoznaczny i wielowątkowy scenariusz, wyśmienita reżyseria oraz kapitalne zakończenie pokazujące, że jak już się społeczeństwo na kogoś uprze, to nie ma zmiłuj, pozostaje się wyklętym na zawsze. Polowanie na czarownice jest odwieczne, nawet w XXI wieku, w cywilizacji zachodniej. W tym miejscu warto zacytować XIX-wiecznego pisarza, Natsume Soseki: "Cy­wili­zac­ja na wszel­kie możli­we spo­soby kształtu­je oso­bowości. Po to tyl­ko, by je po­tem wszel­ki­mi możli­wymi spo­soba­mi zwal­czać i pognębić."

Oto kilka fragmentów tego wyśmienitego filmu:
Zakupy (scena po tym, kiedy Lucas został wyrzucony ze sklepu i pobity, klasycznym przykładzie ostracyzmu społecznego),
Atak (to już scena po tym jak Lucas został uniewinniony przez wymiar sprawiedliwości; ostracyzm społeczny nie uznaje jednak praworządności),
Nieufność (nawet ukochana mu nie wierzy, pomimo tego że ma świadomość, że zachodzi tutaj jakieś wredne polowanie na czarownice).

"Polowanie" jest oczywiście o społeczeństwie duńskim, trzeba znać kontekst, niemniej czy i u nas nie jest tak, że w masie siła, że w grupie nie myślimy tak, jak jesteśmy w stanie myśleć samodzielnie? Na tym polega psychologia społeczna, umiejętność narzucenia większości paranoi i obłędu, nawet w imię szczytnego celu ochrony dziecka przed domniemanym molestowaniem. Trzeba znać granicę, a żaden cel nie zwalnia od prawa do sprawiedliwości i obrony, ani nie daje prawa do samosądu. Cały problem, całe zło ze strony przyjaciół i sąsiadów, które spotyka Lucasa, polega na tym, że wierzy się słowom po pierwsze małej dziewczynki, po drugie dziewczynki lekko autystycznej, co do której od zawsze wiadomo, że są problemy z właściwą komunikacją werbalną. Przyjmuje się słowa tej dziewczynki bez cienia sprzeciwu, pomimo tego że człowiek, którego oskarżenia dotyczą nosi duszę na ramieniu i jest ostatnią osobą, którą można by podejrzewać o pedofilię. Wszyscy się od niego odwracają, niszczą jego wiarę w ludzi i w życie, co więcej niemal doprowadzają do tego samego jego nastoletniego syna, który jest jedynym w zasadzie stojącym po stronie Lucasa. 

Kiedy najlepszy przyjaciel się od Ciebie odwraca ...
Film jak najbardziej godny polecenia, chociaż jest jeden mały zgrzyt, który de facto stawia ekipę realizacyjną pod tym samym pręgierzem, co oni stawiają społeczność w "Polowaniu" - pręgierzem ignorancji. Mianowicie, czy naprawdę tak trudno było zrobić lepszy research i nadać tej Polce, z którą spotyka się Lucas, jakieś naprawdę polskie, a nie rosyjskie imię? Nie mówię, że u nas absolutnie nikt nie ma na imię Nadia, ale co innego kiedy jakiś polski twórca robi film, w którym występuje postać o dziwnym, niepolskim imieniu, a co innego kiedy Duńczyk nazywa swoją polską bohaterkę Nadia. To tylko potwierdza, że dla zachodu nie ma żadnej różnicy czy Polak, czy Rosjanin, dla nich to wszystko jedno, jak dla wielu ludzi nie ma różnicy między Japończykami, Chińczykami czy Koreańczykami. Trochę to irytujące. Nie czuję się Rosjaninem, mimo przynależności do tej samej grupy etnicznej. Do tego aktorka grająca Nadię jest rodowitą Szwedką, o śniadej, typowo południowej karnacji. Wielkie WTF! w stronę scenarzysty. Stąd też film oceniam tylko na 8/10 - kawał dobrego kina, ze zgrzytem w stronę widowni polskiej.

poniedziałek, 18 marca 2013

A.J.Quinnell - "Mahdi"

Głupota boli. Widzę, że pod wpływem tego, co mnie czekało o godz.16, dosyć ostro potraktowałem "Podziemia Veniss". Książka Vandermeera faktycznie mnie rozczarowała, ale nie aż tak mocno, zawsze warto przeczytać każdą pozycję z Uczty Wyobraźni, bo nawet, jeżeli jest nieudana, to zawsze pewne wrażenia pozostaną. Mnie pozostanie przede wszystkim w pamięci wizja złowrogich zmutowanych surykatek, ten pomysł się Vandermeerowi udał :). 

No ale chwast wyrwany, dolna prawa, sczerniała na maksa siódemka poszła do kosza, a ja siedzę ze sparaliżowaną połową twarzy, czuję się jak totalny kretyn, że ze zwykłej ignorancji (no bo dzisiaj już nie boję się dentysty, poza tym nie trzeba się bać tak jak ongi bywało za agonii PRL-u, kiedy byłem małym szkrabem z mleczakami), że "jakoś to będzie" tak sobie trwałem i trwałem, kilka lat ewidentnego psucia się tego zęba skończyło się tym, że dzisiaj w nocy obudził mnie paraliżujący, promieniujący na pół twarzy ból, który już nie pozwolił mi zasnąć. Wiedząc w zasadzie, co to oznacza trzeba było niezwłocznie udać się do lekarza, który tylko uśmiechnął się z politowaniem, że łudziłem się, że ząb da się uratować. Ot, klasyczny idiotyzm, klasycznego kretyńskiego ignoranta. 1-0 dla głupoty, jeden ząb mniej w wieku 31 lat, brawo Mamerkusie!

Ale dosyć o pierdołach, tutaj ma być o "Mahdim" A.J.Quinnella. Autor kryjący się pod tym dosyć wymyślnym nazwiskiem znany jest przede wszystkim z "Człowieka w ogniu", powieści zekranizowanej z Denzelem Washingtonem, całkiem zresztą niezłej. W"Mahdim" największą wartością jest wyjściowy pomysł. Przyznam, że ten pomysł oraz renoma Quinnella skłoniły mnie do wyboru tej niefantastycznej pozycji (chociaż pomysł zestrzelenia laserem z satelity małego jagniątka przed trzymilionowym tłumem pielgrzymów zakrawa na czystą s-f). Otóż grupa wytrawnych szpiegów z Anglii, Rosji, i USandA wpada na rewelacyjny wydawałoby się pomysł - stwórzmy Mahdiego, legendarnie zapowiedzianego proroka Islamu, którego wyznawcy muszą ślepo słuchać (w końcu to prorok), a będziemy kontrolować nieprzewidywalny rynek Bliskiego Wschodu.

Tak więc pomysł dosyć karkołomny, ale Quinnell całkiem zgrabnie go rozwija. "Mahdi" jest powieścią gabinetową, akcja pojawia się dopiero pod koniec i nieco na siłę, jakby autor zorientował się, że nagle napisał thriller polityczny bez szczypty akcyjki. Również wątek miłosny jest totalnie z czapy i zbędny, a przy tym smutno się kończy i mogło go w ogóle nie być. Ale bez tego i tak krótka powieść straciłaby ze 100 stron. 

Największym plusem "Mahdiego" jest zakończenie, trochę zaskakujące, ale przede wszystkim bardzo ładnie spina pojawiające się tu i ówdzie epizodyczne informacje, czy postaci, dzięki czemu "Mahdi" zdaje się być powieścią bez zbędnych wątków (za wyjątkiem wspomnianej akcyjki). Dzięki temu ocena tej nieco nużącej i nudnawej historyjki idzie w górę. Powieść rozgrywa się w realiach końca Zimnej Wojny, ale już wtedy autor zdawał się zauważać niuanse i zagrożenia dla świata płynące ze strony fundamentalizmy islamskiego. Należy jednak zwrócić uwagę, że nie ma tutaj jakiejkolwiek obrazy uczuć religijnych, czy traktowania kultury Zachodu jako tej lepszej. Dzisiaj jednak nawet taka niewinna powieść, ukazująca raczej w niekorzystnym świetle zachodnich polityków, mogłaby się spotkać ze skrajnymi reakcjami muzułmanów. No cóż, takie czasy. W każdym razie "Mahdiego" warto przeczytać, nawet dla czystej rozrywki.

Taka myśl mi się przy okazji nasunęła. Islam aktualnie obchodzi 1400-lecie swojego istnienia. Jest to najsilniej rozwijająca się religia świata, najprężniej i jest najbardziej żywa. Chrześcijaństwo religia 2000-letnia umiera na naszych oczach. Istnieje chyba jednak jakaś analogia między tymi paradoksalnie bardzo podobnymi religiami. 600 lat temu chrześcijaństwo weszło w swój największy, ekspansjonistyczny rozkwit (zapoczątkowany krucjatami i kontynuowany chrystianizacją Ameryki), a jednocześnie wtedy właśnie było najbardziej skostniałe, podatne na fundamentalizm (XVI-wieczne odłamy jak luteranizm, kalwinizm, czy protestantyzm), liczne wojny religijne pomiędzy katolikami i resztą, a wreszcie słynny system śledczo-sądowniczy, czyli inkwizycja. Być może obserwujemy w Islamie właśnie odpowiednik XIV-XVI wiecznego chrześcijaństwa. Jeżeli tak, to wojna cywilizacyjna pomiędzy Islamem i Zachodem dopiero wchodzi w fazę prenatalną i potrwa jeszcze długo, być może nawet 200 lat.