poniedziałek, 8 października 2012

Wit Szostak - "Dumanowski"

"Chochoły" to była niesamowita epopeja rzeczywistości niedopowiedzianej, wymykającej się sprecyzowaniu, złudnej i niepokojącej swoją mnogością percepcji, a jednocześnie alegoria wiotkości relacji międzyludzkich, relacji rodzinnych:
"Patrzę na twarze swoich bliskich, znane od dziecka, od niedawna, niezmienne dzięki codziennemu oglądaniu, niestarzejące się pozaczasowe, przez te nieruchome, zastygnięte w moim umyśle oblicza nie dociera do mnie nic ważnego o nich samych. Nasze spotkania wywołują w nas te same reakcje, witamy się tymi samymi słowami, wszystko odbywa się według niezmiennego rytmu powtarzanego za każdym razem obrzędu. Małe, wstydliwe ryty przejścia, poranne pozdrowienia, południowe zapytania, konwersacje, nie rozmowy, ryty odpychające, odpychające nas od siebie, pozwalające przejść przez życie nie spotykając nikogo, i jednocześnie mieć poczucie uczestniczenia we wspólnocie. Wiem czego mogę oczekiwać, wiem, że mnie nie zaskoczą, ja też nie zaskakuję, odpowiadam ciągle to samo, to, czego można oczekiwać. I tak trwamy od lat, w poczuciu porządk i bezpieczeństwa, w domu nie czyhają żadne pułapki, dom to przecież świat oswojony. Spotykam moich bliskich, nad nami zawisa nastrój, i mówimy to, co powiedzieć powinniśmy. To, co chcę naprawdę powiedzieć, to, co mi się wydaje, że chcę powiedzieć światu na swój temat, zachowuję dla siebie i pomstując na skamienienie obyczajów rodzinnych, sam dostrajam się, mimowolnie i bezrefleksyjnie, do tego nastroju. Zapewne inni myślą to samo, kiedy się mijamy, czują ten sam niedosyt, to ukłucie utraconej szansy, dlaczego miałoby być inaczej, dlaczego tylko ja miałbym posiadać przenikliwość dostrzegania owej trudności nie do przezwyciężenia, na której panowanie wszyscy wydajemy przyzwolenie, więc mijamy się i rozstajemy z goryczą niespotykania, goryczą poddania się nastrojowi, niesmakiem kolejnego błahego przegapienia się nawzajem i po chwili przełykamy tę gorycz bez bólu. A potem się do tego przyzwyczajamy, nie można przecież ciągle mijać się z gorzkim smakiem na języku, to przechodzi, nadzieje prawdziwych spotkań płowieją, nastroje, w których ludzie dotykają się naprawdę, schną w zapomnianych zielnikach." - Chochoły

Powieść  "Ględźby ropucha" i "Poszarpane granie" to z kolei świetne fantasy, rozegrane na nutę podań ludowych. Nie do końca natomiast rozumiem, o co biega z "Dumanowskim".

Koncept jest taki, że Szostak wrzuca w dzieje Polski zaborowej długowiecznego, fikcyjnego bohatera narodowego, którego zasadniczą zaletą jest to, że trwa. Trwa na posterunku, czy to fizycznie, czy to w formie mitu w zbiorowej świadomości Polaków. Dumanowski jest bohaterem narodowym, bo jest. Nic wielkiego nie musi robić, tylko z czasem i zaskoczeniem nawet dla samego siebie staje się symbolem, żywym obrazem skrawka polskiej niepodległości, jakim zostaje Republika Krakowska. Do tego ciągle żyje, w pewnym momencie staje się przedwiecznym starcem, o którym wszyscy myślą, że jest już legendą, sam o sobie myśli częstokroć tak:
"Moje życie dobiegło już końca, tylko śmierć o mnie zapomniała" - Dumanowski

Ponadto, tenże Dumanowski wpływa samą swoją obecnością na znane osobistości polskiej sceny historyczno-kulturalnej, takie jak Mickiewicz, Słowacki, czy Adam Czartoryski, których losy przez to toczą się zgoła inaczej, aniżeli świadczą o tym znane wszem fakty:
"Adam Mickiewicz za namową Dumanowskiego postanowił na starość zostać księdzem (...) Szybko postępował w nauce świętej teologii i niebawem przyjął z rąk biskupa święcenia kapłańskie" - Dumanowski
"- Znam człowieka, książę, który na finansach zna się nie gorzej niż pan Ignacy, a do tego marzy o tym, by móc służyć Ojczyźnie>
- Znam go?
- Ty, książę, znasz wszystkich. Człowiek ów zwie się Juliusz Słowacki i ręczę za niego, gdyż znam go od dziecka" - Dumanowski

W ten sposób Mickiewicz zostaje biskupem, a Słowacki wybitnym ministrem skarbu w rządzie księcia Adama Czartoryskiego.

Lubię czytać Szostaka dla samego czytania. Oczywiście fabuła jest ważna, ale do tej pory bardziej urzeczony byłem jego stylem, doskonałym piórem. W "Dumanowskim" zabrakło mi czegoś więcej. Co prawda pomysł na książkę jest ciekawy i wciągający, ale nie do końca pojmuję jaki jest w tym cel. "Dumanowski" to nadal kawał porządnej literatury do obowiązkowego przeczytania dla każdego czytelnika, nawet niekoniecznie wymagającego (to nie "Chochoły"). Niemniej, może właśnie przez to nieszczęśliwe porównanie z "Chochołami", "Dumanowskiego" odebrałem jako pewnego rodzaju anegdotkę, ot bajeczkę opowiedzianą jednego wieczoru przez górala przy ognisku. Fajna sprawa, nieco alternatywna historia, w której motorem napędowym jest fikcyjna postać odwiecznego Dumanowskiego, ale nic ponadto. 

Nie wątpię, że Szostaka intencje były nieco głębsze, tylko że ich z "Dumanowskiego" nie byłem w stanie wyłowić. I tak pozostanie mi wspomnienie powieści dobrej, którą zdecydowanie warto przeczytać (Szostak jest jednym z nielicznych pisarzy, którego biorę w ciemno), ale która nie niesie ze sobą głębszych refleksji.


niedziela, 7 października 2012

Karaiby mistrzem świata 2012 w krykietowym Twenty 20!

Krykiet jest fantastycznym sportem, u nas niestety totalnie nieznanym, lekceważonym i wyśmiewanym (fani skoków, piłki kopanej, MMA, boksu i żużla, zmiłuj się Panie). Jak widać na załączonym obrazku Polska jest białą plamą na krykietowej mapie:

Na szczęście dzięki Eurosportowi od 2009 roku mogę co roku na przełomie września i października śledzić rozgrywki Twenty 20, czyli najnowszej, skrojonej pod telewizję odmiany krykieta. Tutaj trochę zasad:
Wbrew pozorom krykiet jest bardzo prostą i dającą się oglądać z fascynacją grą. Mnie w 2009 roku wystarczyło obejrzenie dwóch meczy, żeby wszystko zrozumieć i móc następnie z wypiekami na twarzy wyłapywać niuanse tej fascynującej dyscypliny sportu. Do tego bardzo dobry fachowy komentarz prowadzony przez dwóch panów, Polaka i bardzo zabawnego Hindusa, spowodowały, że rozgrywki klubowe Twenty 20 w latach 2009 i 2011 roku, oraz mistrzostwa świata w 2010 roku, były niezapomnianym przeżyciem. Tym razem rozgrywki śledziłem wyłącznie na Eurosport Player ( w końcu się do czegoś przydał), z komentarzem angielskim.

W tym roku mistrzostwa świata Twenty 20 odbywały się na Sri Lance i dosyć niespodziewanie, trochę też dla samych siebie, zwyciężyła najsłabsza do tej pory drużyna spośród posiadających tzw. test status (wyjaśnienie w pierwszym linku). Na całym świecie jest to sportowa informacja numer jeden w dniu dzisiejszym - reprezentacja Karaibów (w turnieju pod nazwą oficjalną Indii Zachodnich) zwyciężyła w World Twenty 20 2012: 
A tutaj nagrana przeze mnie radość zawodników i wywiady:

Karaiby zwyciężyły dosyć niespodziewanie. W pierwszym meczu grupowym rundy 1 przegrali z Australią. Następnie ich mecz z Irlandią się nie odbył i tym samym awansowali do rundy 2. Tam w pierwszym meczu sensacyjnie wygrali z mistrzami świata Twenty 20 z 2010 roku Anglikami, następnie przegrali ze Sri Lanką, by w ostatnim meczu grupowym rundy 2 wygrać z Nową Zelandią przez Super Over, czyli taką niezwykle emocjonalną krykietową dogrywkę. Tutaj rzeczony Super Over:
Żałuję, że akurat tego meczu nie obejrzałem, poziom dramaturgii niesamowity.

Tym samym West Indies wdarli się do półfinałów, gdzie już totalnie i bezdyskusyjnie roznieśli najpierw Australię, a potem w dzisiejszym finale Sri Lankę. Zwraca uwagę fakt, że przez obydwa zespoły zostali wcześniej bezdyskusyjnie pokonani :) Progres godny podziwu, umiejętność nauki na błędach doskonała, co jest zasługą przede wszystkim tego pana, dyrygenta gry obronnej zespołu:
http://en.wikipedia.org/wiki/Darren_Sammy (którego akurat w wywiadach zabrakło)

Statystyki turnieju:
oraz sylwetki pozostałych bohaterów:

Tak się jakoś złożyło, że obejrzałem niestety tylko 8 meczy turnieju, z czego aż 5 meczy z udziałem Indii Zachodnich :) W tym wszystkie z Australią i Sri Lanką oraz z Anglikami. 

Świetny sport, doskonała postawa outsajderów z Karaibów i już nie mogę doczekać się przyszłorocznego turnieju.


piątek, 28 września 2012

"Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie" - autoreferencyjne bzdury

Ta książka jest o niczym. Taka jest moja teza. I jest ona dobra, jak każda inna. Albo ta książka jest o życiu. Ta teza też jest dobra, jak każda inna. Być może ta książka jest o życiu w życiu o życiu - czyli życiu w metażyciu. I również ta absurdalna antyteza jest tezą dobrą, jak każde inne.

Mógłbym tak wydurniać się do skończenia świata i nie zbliżyłbym się na centymetr do zrozumienia sieczki jaką próbuje Charles Yu zrobić z mojego mózgu. Chyba najbliżej prawdy (czyli tak na 5 milimetrów) będę, jeżeli stwierdzę, że Yu bawi się (= czy też robi czytelnika w balona) swoją prawniczo-logistyczną erudycją wykorzystując do tego sztafaż podróży w czasie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby w tym wszystkim nie przemycał całkiem niezłych, kiczowato poetyckich zdań, które wyrwane z kontekstu brzmią nieźle, ale w ramach zwartego tekstu powieści brzmią jakby Yu robił kopiuj-wklej z Szekspira do podręcznika "Logiki praktycznej" Ziembińskiego. Oto przykłady:

"(...) Lata jego życia, mojego życia, życia z moją mamą, lata, lata i kolejne lata na dole w garażu, obok nas, ale nie z nami, obok nas w czasie i przestrzeni, lata przegryzania się przez obliczenia, zapisywania ich na tablicy. Mój ojciec zbudował wehikuł czasu, a potem przez resztę życia próbował zrozumieć, jak można go wykorzystać, aby mieć więcej czasu. Przez cały ten czas, kiedy był z nami, myślał tylko o tym, jak bardzo chciałby mieć więcej czasu i czy mógłby mieć go więcej. Wciąż to robi, jeśli się nie mylę. Nie widziałem go od iluś lat. (...) Czy jest sam? Czy jest szczęśliwszy tam, gdzie przebywa? Czy myśli o nas przed zaśnięciem?"
"(...) moja matka jest zamknięta w sześćdziesięciominutowej wzmocnionej pętli czasowej (...) buddystka, która niegdyś wierzyła, że poprzez medytację można uwolnić się z temporalnego więzienia krótkowzrocznej samoświadomości, zdecydowała się spędzić resztę życia w wybranej przez siebie godzinie. Wciąż przeżywa na nowo te same sześćdziesiąt minut dopóty, dopóki zechce. Wybrała niedzielną kolację, hipotetyczną, niebędącą autentycznym wspomnieniem. (...) chce żyć w swego rodzaju niedokonanym czasie przeszłym, w powtórzeniach, ciągłości i jednoznaczności, w stanie podobnym do snu. Przyjemna godzina, rodzinny obiad, który mógłby się odbyć w naszym domu jednego z lepszych dni, ale nigdy naprawdę się nie zdarzył."
"Życie bez niebezpieczeństw. Bez zagrożenia teraźniejszością. Zresztą do czego jest potrzebna teraźniejszość? Jej wartość jest przeceniana. Chronologiczne życie to rodzaj kłamstwa. Dlatego z niego zrezygnowałem. Istnienie w jednym kierunku nie ma głębszego sensu niż istnienie w innym. Przeżywanie dni w rygorystycznym porządku kalendarza może sprawiać wrażenie przymusu. Przypadkowości. większość znanych mi ludzi idzie przez życie, poruszając się stale do przodu, ale nieustannie patrząc do tyłu."

Mądre nie? Ale tuż obok jest coś takiego, także mądre, ale inaczej:
"Nigdy nie byłem żonaty. Nigdy się nie ożeniłem. Kobieta, z którą się nie ożeniłem, ma na imię Marie. I, technicznie biorąc, nie istnieje.
Tyle że istnieje. Sprzeczność, pomyślicie. Ale naprawdę, kobieta-z-którą-nigdy-się-nie-ożeniłem jest zupełnie uprawnioną jednostką ontologiczną. Lub klasą bytów. Z logicznego punktu widzenia każda kobieta jest kobietą-z-którą-nigdy-się-nie-ożeniłem. Więc dlaczego by nie nazwać jej Marie? – myślałem.
Nigdy nie poznaliśmy się w taki oto sposób:
Pewnego słonecznego wiosennego dnia Marie wybrała się do parku w centrum miasta, leżącego koło gimnazjum i starej piekarni, którą teraz zamieniono na magazyn mebli. Tak zakładam. Przecież musiała się tam wybrać. Ktoś taki jak ona musiał kiedyś w jakimś punkcie czasu zrobić coś takiego. Marie zapakowała kanapki oraz książkę i piechotą pokonała kilometr dzielący park od domu, w którym mieszkała lub w którym nigdy nie mieszkała. Usiadła na zniszczonej drewnianej ławce, czytała książkę i podjadała kanapkę. Powietrze było jak ciepły syrop, dosłownie gęste od pyłków kwiatów, kulistych dmuchawców i mknących z prędkością światła fotonów. Minęła godzina, potem dwie. Nigdy nie pojawiłem się w tym parku, ubrany w jedyny garnitur, jakiego nigdy nie miałem, ten z dziurą w bocznej kieszeni, której nikt nigdy nie zauważył. Nigdy nie zobaczyłem jej wtedy po raz pierwszy, jak przygląda się czubkom eukaliptusów, jak przesuwa kciukiem po wymiętych rogach stron książki rozłożonej na kolanach. Nasze spojrzenia nigdy się nie spotkały, a ja nigdy się nie potknąłem, po raz pierwszy sprawiając, że się roześmiała. Nigdy nie zapytałem, jak ma na imię, a ona nigdy nie powiedziała, że Marie. Tydzień później nie zadzwoniłem do niej. Rok później nie pobraliśmy się w małym białym kościele na wzgórzu, z którego widać było park, gdzie podczas tego pierwszego wspólnego popołudnia siedzieliśmy razem na ławce, wymienialiśmy uprzejme uwagi i staraliśmy się nie przyglądać sobie zbyt nachalnie, jednocześnie konstruując w wyobraźni idealne życie, którego nigdy nie mieliśmy z sobą dzielić, życie, którego nigdy nawet nie straciliśmy, które zaczęłoby się właśnie tam, właśnie w tamtej chwili, ale którego nigdy nie było."

Zapytam brutalnie - WTF? Czy ja trafiłem z powrotem na pierwszy rok studiów prawniczych, żeby zastanawiać się nad pytaniem: "Nie jest tak, że Wojtek lubi lody lub Jacek lubi lody wtedy i tylko wtedy, gdy nie jest tak, że Wojtek lubi lody i nie jest tak, że Jacek lubi lody? Odpowiedź brzmi:  Nie jest tak, że Wojtek lubi lody lub Jacek lubi lody.

Problem jest taki, że ten prawniczo-logiczny sposób narracji, w połączeniu z fragmentami egzystencjalnymi brzmi po prostu kosmicznie źle, bełkot totalny, powieść, która do niczego nie zmierza, to nawet nie jest meta-powieść, tylko kreacja chaosu myślowego w połączeniu z wydumanym popisem erudystycznym. Yu chce pisać naraz o wszystkim i wychodzą mu trzy-stronicowe akapity o tym, że ojciec na niego przeciągle spojrzał. Książka jest króciutka, a męczyłem się z nią niemiłosiernie, nie mogłem znaleźć punktu zaczepienia. Trzeba naprawdę się postarać, by znudziła mnie powieść o podróżach w czasie o objętości 280 stron i dużej czcionce, no ale autor dał radę.

No sorry panie Yu, ale te pańskie grafomańskie, autoreferencyjne wypociny są funta kłaków warte. Gdyby mi Pan sprzedał tę historyjkę jako maksymalnie 50-stronicowe opowiadanie to jeszcze bym zdzierżył, ale 280-stronicowa tortura? No way.

środa, 26 września 2012

Drew Magary - "Postmortal"

Pozory jak zwykle mylą i przesłaniają obraz całości. Pomimo durnego tytułu i wybitnie debilnej ilustracji okładkowej, pomimo prostego stylu pisarskiego Drew Magary'ego i kilku irytujących błędów jego debiutancka powieść jest zaskakująco ciekawa, wciągająca, niegłupia i ma to coś, co sprawia, że będzie się o niej pamiętać  - przebijające się z opowiadanej historii przesłanie, że życie jest wszystkim, ale nie za wszelką cenę. Banał? W interpretacji Magary'ego nie do końca.

Stawiam "Postmortal" (będę się upierał przy oryginalnym tytule) bdb z minusem. Może na początek wymienię minusy:
1. Błąd logiczno-prawniczy - John jest prawnikiem, a jakoś nie wie podstawowej w zawodzie rzeczy, że emeryturę nabywa się z wiekiem. To, że bohater nie będzie się fizycznie starzał, nie oznacza, że nie będzie się starzał pod względem prawnym (posuwał w latach). Tym samym dywagacje na początku powieści, że z momentem pozbycia się "genu starzenia" bohater nigdy nie przejdzie na emeryturę są zwyczajnie durne i pokazują braki warsztatowe autora (słaby prawniczy research) oraz logiczne.
2. "Lekarstwo na śmierć/lekarstwo" - naprawdę autor nie mógł wymyślić lepszego określenia, np. R30 albo dopomulfocelotelomamina? Cokolwiek. To oklepane "lekarstwo" używane wszem i wobec przez wszystkich sprawia wrażenie niezmiernie infantylne i prostackie wręcz, co stoi w rażącej sprzeczności z samą powieścią, która jest zwyczajnie dobra i inteligentnie napisana.  "Lekarstwo na śmierć" to nie było żadne lekarstwo (czyli produkt, który leczy), tylko zwyczajny specyfik, antidotum, produkt genetyczny likwidujący w organiźmie człowieka tzw. gen starzenia.
3. Pomimo tego, że pod względem konceptualnym Magary wychodzi obronną ręką, to jednak konstrukcja powieści jest ograniczająca i autorowi poza te ograniczenia wyjść się niestety nie udaje. No bo w zasadzie obserwujemy całość z punktu widzenia mało istotnego bohatera, w określonych odcinkach czasu, a tym samym zasadnicze wydarzenia dzieją się niejako z boku albo w ogóle się o nich nie dowiadujemy. Sprawia to, że wydarzenia pojawiające się w powieści (o ile nie stanowią relacji z innych wydarzeń w formie listów, artykułów, reportaży itd.) są nierelewantne. Nie jest to bynajmniej duży kulfon, Magary'emu się wszystko ładnie zazębia, po prostu czegoś mi tutaj zabrakło, jakiejś kropki nad i.

Ale dosyć psioczenia, pora wymienić zalety począwszy od sympatycznych drobnostek, a skończywszy na zaletach natury ogólnej:
1. Przedstawiona jako konsekwencja "lekarstwa na śmierć" rewolucja w prawie, czyli m.in. nowa definicja śmierci, czy nowe prawo rodzinne (np. alimenty od tego, że drugi małżonek nigdy nie umrze, małżeństwa cykliczne) oraz wynikające z tego problemy natury społecznej. Z zawodowego punktu widzenia niezmiernie zajmujące :)
2. Rzucanie się na trudne tematy jak np. historia "matki-zamrażarki", eutanazji itd. Różnie to autorowi wychodziło, ale generalnie potrafił wciągnąć, przejąć czytelnika problemem, a dodatkowo bardzo interesująco i oryginalnie zaprezentować takie zagadnienia. Jest to jeden z większych plusów powieści.
3. Pojawiający się od czasu do czasu humor. Nie jest to może pełna beka, jak sugeruje wydawca w promocyjnych notkach na okładce, ale trochę się w niektórych momentach słodko-gorzko pośmiałem, co z uwagi na ogólny pesymistyczny wydźwięk całości nie było łatwe.
4. "Postmortal" czyta się świetnie. Pomimo tego, że osobowość bohatera jest zdawkowa, to jego losy przejmują, tak jak i losy jego bliskich. Do tego wartkie tempo, wciągająca historia, interesujące rozwiązania fabularne, wszystko łącznie dobrze się prezentuje.
5. Rzecz najważniejsza - jest klimat, do tego miejscami mocno sugestywny! Tytułem przykładu (John z ramienia rządu dokonuje eutanazji osób umierających na owczą grypę):
"(...) Klęknąłem przy pierwszej chorej. Lekarstwo musiała przyjąć jeszcze przed trzydziestką. Delikatnie pociągnąłem ją za ramię, jakbym budził śpiąca dziewczynkę. Otworzyła oczy. Były zielone, zaropiałe. Z ust spływał jej brązowy płyn, skapywał na liście i igły, karmiąc ziemię śmiercią. Sięgnąłem po jej prawo jazdy. Miała na imię Olivia.
- Czy umarłam? - spojrzała na mnie.
- Nie. Ale jest pani bardzo chora. Zapewne zostało pani około sześciu godzin życia. (...) Mam tutaj sto milionów roztworu fluorooctanu sodu, który położy kres zarówno pani chorobie, jak i pani życiu. Nie poczuje pani bólu ani innych nieprzyjemnych doznań (...)
Podwinąłem jej rękaw. Chwyciła mnie za rękę.
- Zaczekaj - poprosiła. - Jeszcze... minutę. Proszę. Chciałabym dostać jeszcze jedną minutę.
Cofnąłem się. Kobieta spojrzała w niebo, poprzez baldachim surowych, mokrych gałęzi. Powiodła oczami z lewa na prawo. Pociła się mocno, gorączkowała. Ciężkie, skapujące z drzew krople spadały jej na twarz i obmywały pot. Przez chwile wydawała się zadowolona. Nagle skurczyły się jej źrenice, jakby ktoś wyłączył światło. Znów popatrzyła na mnie.
- Nie tak miało być. Chciałam o wiele więcej.
Skinęła głową. Wykonałem zastrzyk (...)"

Do tego zaskakująco ciekawe i trafne przemyślenia, niebanalne wnioski na temat otaczającej nas rzeczywistości. Powieść godna polecenia.

niedziela, 23 września 2012

Ku chwale Rewolucji Światowej

Kanwą "Kontroli" i "Wyboru" Wiktora Suworowa są losy stalinowskiej przodowniczki Rewolucji Światowej, Nastii Strzeleckiej. To, co przechodzi ta dziewczyna z rąk reżimu ma służyć jako przykład tego, co się działo z ludźmi w okresie stalinizmu, i co może się stać, kiedy podobne systemy znowu dojdą do głosu. Śmierć rodziców, nieludzkie, poza granice wytrzymałości szkolenia, śmierć koleżanki, tortury, a przede wszystkim psychiczna i fizyczna indoktrynacja połączona z młodym wiekiem i samotnością. Czytelnik sympatyzuje z Nastią, ale przy tym ma świadomość, że jest ona jednocześnie wzorcem ofiary i elementem fundamentu terroru. Z jednej strony bowiem musi ona przejść tortury i "kontrolne rozstrzelanie" z rąk znienawidzonego ukochanego Gryfa, z drugiej ślepo wierzy w system i jest bezkrytycznym wykonawcą wszelkich rozkazów. Powstaje, więc pytanie, na ile wiara w system wynika z przebytej, katorżniczej indoktrynacji młodego umysłu, a na ile ze świadomego wyboru. Suworow nie daje odpowiedzi na to pytanie do samego końca. Moim skromnym zdaniem Nastia Strzelecka miała we wszystkim wybór, ale na pewno nie w podstawowej kwestii: w jakim kraju się urodziła i w jakich czasach przyszło jej żyć. W jednym z wywiadów dostępnych w internecie Suworow mówi, że pisze książki o walce zła z innym złem. Być może to jest klucz do zrozumienia tragizmu postaci Nastii.

Losy Nastii są kanwą, ale nie jedynym elementem dylogii Suworowa. Autor wprowadza wiele wątków pobocznych dotyczących samego Stalina, Berii, Jeżowa, kilku pomniejszych dygnitarzy bolszewickich, Aleksandra Gołowanowa (pod postacią książkowego Gryfa), Stalinowskiego Argumentu (legendarna tajna broń Stalina), Moskwy-600 (legendarne podziemne miasto zbudowane przez Stalina), czy w końcu tytułowej Kontroli, czyli (także) legendarnego, nieformalnego, utajnionego systemu organów kontroli podległych wyłącznie Stalinowi, funkcjonującego nawet ponad wszechwładną NKWD.

Pojawiają się również wątki stricte fikcyjne, jak czarodziej Rudolf Mazur w "Wyborze". Moim skromnym zdaniem nie były to pomysły udane, zaś wspomniany wątek Mazura jest wyjątkowo niepotrzebny. Przesłania swoim absurdem powagę i sens rzeczywistych wydarzeń historycznych. Sprowadza on tragizm opowiadanych faktów historycznych do poziomu zabawnej anegdotki, ale przede wszystkim odrealnia historię, czyni ją bardziej podobną do dzieł Roberta Ludluma, aniżeli do prawdziwej rozprawy ze stalinizmem, do czego zdaje się zmierzać Suworow w swoich dziełach. Ok, rozumiem zamysł autora, aby jego powieści zainteresowały jak najszersze grono odbiorców (czemu służyć ma również celowo prostacki styl narratorski), ale w tym wszystkim autor chyba nie wziął pod uwagę, że szerokie masy mogą nie zrozumieć ironii i sensu głębiej ukrytego, aniżeli podanego dosłownie. Pod tym względem strzał w stopę Stalinowskim Argumentem panie Suworow.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że Suworow dobrym pisarzem jest. Czyta się go świetnie,a najlepsze są krótkie dialogi i anegdotki odnoszące się do różnych kwestii, jak np. absurdalne, a jednocześnie niebezpiecznie trafne, nauczanie teorii ludożerstwa (jako jednego z licznych "usprawiedliwień" stalinowskiego terroru) przez profesora z Wydziału Ludożerstwa:
"Ludożerca to taki sam człowiek jak każdy inny, tyle że bardzo głodny. My też jesteśmy ludożercami, ale właśnie zjedliśmy obfite śniadanie i jesteśmy syci. Na razie. Słowem, ludożerstwo dlatego jest tak ciekawą gałęzią wiedzy, że zajmuje się badaniem psychologii człowieka, który stał się bydlakiem. Z punktu widzenia nauki szczególnie interesująca jest właśnie ta granica, która oddziela życie ludzkie od zwierzęcego.
 Przemiana ludzi w bestie odbywa się zaskakująco szybko. Pamiętajmy, że tak zwana cywilizacja, to jedynie trwający sześć tysięcy lat epizod w życiu człowieka. Wystarczy lekko poskrobać i spod tej cienkiej naleciałości wyłazi sto milionów lat prawdziwego bestialstwa. Zwierzę drzemie w każdym z nas, choć nie wszyscy mamy tego świadomość. Inna sprawa, że zwierzęcość człowieka nie tylko jest kwestią psychiczną. Czasem czysto praktyczną, gdy na przykład mamy do wyboru: zdechnąć, lub pożreć bliźniego. A ściślej: pożreć bliźniego, nim bliźni zeżre nas.
Człowiek, stając się raz ludożercą, pozostaje nim zwykle do końca życia, choć stara się to ukryć przed otoczeniem. To jak morderstwo: zabijasz raz, drugi, a potem samo wciąga. Z jedną różnicą: ludożerstwo wciąga znacznie silniej niż zwyczajne zabójstwo, takie bez zżerania trupa. Wciąga od razu i na dobre. Jeśli po pierwszym razie człowiek nawet będzie miał żywności pod dostatkiem, to i tak pozostaje ludożercą, jawnym lub utajnionym. Może czynnie uprawiać ludożerstwo albo tylko o tym marzyć, ale nie zmienia to faktu, że jest ludożercą. Jak my wszyscy.
Nauka radziecka, jako przodująca w świecie, może się poszczycić zupełnie unikalnymi rezultatami badań przyczyn, okoliczności, samych aktów oraz skutków ludożerstwa. Naszym uczonym stworzono niepowtarzalne możliwości wszechstronnego, zbadania fenomenu masowego ludożerstwa, zwłaszcza w latach 1918 i 1920, oraz w okresie 1932-1933. Nauka radziecka w pełni wykorzystała tę szansę.
Nastia nie wytrzymała:
- I naprawdę mieliście okazję oglądać prawdziwych ludożerców?!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Profesor również:
- Moja droga, w piwnicy pod dzwonnicą trzymam dla celów eksperymentalnych siedemdziesięciu sześciu ludożerców." - z Kontroli

Albo myśl stalinowskiego terroru w chwili szczerości jednego z jej wykonawców:
"Z punktu widzenia Rewolucji Światowej ludzie zasadniczo dzielą się na dwie kategorie: na tych, którym trzeba natychmiast poderżnąć gardło i na tych, którym na razie nie trzeba" - także z Kontroli

Albo też fragment o analizie wypracowania Nastii Strzeleckiej na temat praktycznych metod przejęcia władzy nad światem przez Rewolucję Światową: 
"- A cóż w tym niejasnego? Jest defilada na Placu Czerwonym. W każdym szeregu po dwudziestu ludzi. W każdym sektorze dziesięć szeregów, dwustu ludzi. Tych sektorów jest po horyzont. Maszerują równo, aż miło patrzeć. Każdy żołnierz przez okrągły rok wyciskał z siebie siódme poty, szkoląc się na defiladę. I to nie tylko w Moskwie, ale wszędzie. Pytanie, czy wyrzucanie wyprostowanych nóg powyżej pasa, wypinanie piersi i zadzieranie brody powyżej nosa przydatne jest na wypadek działań wojennych? Po co tracić czas na ćwiczenie kroku defiladowego? Odpowiedź: po to, żeby zmusić tysiące ludzi do reagowania w sposób bezrefleksyjny, przyzwyczaić ich do słuchania rozkazów, a nie zdrowego rozsądku.
- Trudno się nie zgodzić.
- Dobrze. W takim razie trzeba podobne ćwiczenia zastosować wobec setek milionów ludzi.
- Zmusić obywateli, żeby maszerowali krokiem defiladowym?
- Niekoniecznie. Mam na myśli treść, a nie formę. Najważniejsze, żeby te ćwiczenia były absurdalne i żeby równocześnie dotyczyły setek milionów ludzi. Najlepiej zmusić ich do wykonywania jakiegoś kretynizmu. Regularnie.
- Masz przykłady takich kretynizmów?
- Można na przykład zmusić całą ludzkość, żeby dwa razy w roku przestawiała wskazówki zegarów.
- Czym to uzasadnić?
- Oszczędnością energii.
- To prawda?
- Skądże znowu! Najważniejszym odbiorcą energii elektrycznej są fabryki. Na drugim miejscu są środki transportu. Przesuniemy wskazówki, czy nie przesuniemy - i tak ilość zużywanej energii nie ulegnie zmianie. Poważnym odbiorcą są kopalnie węgla. Tam zawsze ciemno. Albo oświetlenie ulic. Światło włącza się kiedy jest ciemno, a wyłącza kiedy jest jasno. Co zmieni przestawienie wskazówek?
- Część energii wykorzystują ludzie w swoich mieszkaniach...
- Słusznie. Niecały jeden procent. Ale w ramach tego procentu też nie wszystko idzie na oświetlenie. Niebawem nadejdą takie czasy, że ludzie będą mieć elektryczne żelazka, elektryczne maszynki do mielenia mięsa, telefony na prąd, radia, elektryczne kino domowe. Możesz kręcić wskazówkami zegara w każdą stronę i nie wpłynie to w żaden sposób na zużycie energii. Zresztą z oświetleniem mieszkań to wygląda podobnie: latem i tak jest widno i nie ma znaczenia, czy wstajesz o piątej, czy o dziesiątej. Z kolei zimowym rankiem i tak jest ciemno i nie obejdzie się bez oświetlenia. Nieważne, czy jest godzinę wcześniej, czy później.
- Zatem uważasz, że nie będzie żadnego pożytku z przestawiania zegarów?
- Będą tylko kłopoty. Masa kłopotów.
- I nikt nie będzie oponować?
- Tłum nie potrafi myśleć. Tłum przyjmie to jako coś naturalnego. Sam będzie sobie przysparzać nowych problemów. Jeśli tylko narzucimy ludzkości z dziesięć takich idiotycznych zachowań, jeśli sprawimy, że wszyscy podporządkują się bez zastrzeżeń, wtedy zawładniemy światem." - z Wyboru

Śmiać się, czy płakać? W końcu do dziś przestawiamy dwa razy w roku zegarki ku chwale Rewolucji Światowej.

A na koniec burżujska teoria przetrwania:

"- Każdy z nas ma w życiu wybór. - Kniaź spojrzał przez okno na przelatujące francuskie równiny, podrapał się po brodzie. - Jak to mówią: albo dupczysz, albo sam jesteś dupczony. Świat to jedna wielka piramida dupczenia. Jeżeli nie próbujesz wdrapać się na sam szczyt, ześlizgujesz się w dół. Miliard jest potrzebny po to, żeby nie dać się wydupczyć komuś, kto ma sto milionów. Dziesięć miliardów trzeba mieć po to, żeby wydupczyć tego, kto ma ich tylko pięć." - z Wyboru